Życie i twórczość Herschella Gordona Lewisa. Część I: Powabne początki impulsywnego wizjonera

Nieżyjący już Herschell Gordon Lewis, samozwańczy „ojciec chrzestny kina gore”, nie był pierwszym filmowcem, który wykorzystywał brutalną przemoc w celach komercyjnych. Zanim ekranami amerykańskich kin w 1963 wstrząsnęło jego Święto krwi, przemysł filmowy przeżył już Piekło (1960) – surrealistyczną, japońską wizję wiadomego miejsca – oraz Bayou (1957), surowy obraz z nurtu hixploitation (kino eksploatujące stereotypowy wizerunek amerykańskiego „rednecka”). Jednak Lewis do spółki z Davidem Friedmanem doskonalili formułę oparcia swoich dzieł głównie na efektach gore, co ostatecznie przekuło się na dość osobliwy kult. Tam, gdzie Alfred Hitchcock obiecywał stale rosnące napięcie i wieńczący go szok, Herschell dawał widowni krew, flaki, obsceniczność i jeszcze więcej posoki na wspaniałej, kolorowej taśmie filmowej. Na Święto krwi wpływ mogło mieć wszystko, od Draculi (1931) Toda Browninga, po paryski teatr Grand Guignol…

87-letni Lewis nie był już aktywny zawodowo, kiedy dokonał żywota we wrześniu 2016 roku. Praktycznie zrezygnował on z kręcenia filmów już w 1972 roku, po jednym ze swoich sztandarowych dzieł, wszystko mówiącej Krwawej orgii. Choć powrócił on na reżyserski stołek w 2002 roku, kiedy to stworzył kontynuację swojego przeboju, Święto krwi 2: Wszystko, co możesz zjeść, był to raczej ukłon w stronę grona jego wiernych fanów, aniżeli próba forsowania dzisiejszego przemysłu filmowego.

W zasadzie nikt przed Lewisem i Friedmanem nie oferował widowni tylko i aż obscenicznego spektaklu krwi. Nikt też otwarcie nie czerpał z tego korzyści tak, jak robił to omawiany duet. Z tego powodu obaj panowie zapisali się czerwonym atramentem na kartach historii kina jako pionierzy! To właśnie ich filmy wpłynęły na całe pokolenia twórców, jak choćby Franka Hennenlottera, który swój pamiętny Wiklinowy koszyk (1982) zadedykował właśnie Lewisowi. Tom Savini wspomina zaś dzieła Lewisa jako „bardzo mięsiste i zdecydowanie różne od wszystkiego tego, co kiedykolwiek widziałem, a co utknęło mi w głowie na zawsze”, a John Carpenter chwali Gordona za „chęć uderzenia widowni w twarz i powiedzenia <<oglądaj to!>>”. W pewnym sensie spadkobierca twórczości Lewisa, John Waters, przeprowadził wywiad z „ojcem chrzestnym kina gore” w swojej książce Shock Value: A Tasteful Book About Bad Taste, podczas gdy Stuart Gordon jawnie odnosił się do Święta krwi podczas pracy nad efektami specjalnymi dla swojego Re-animatora (1985).

Ale nawet, gdy kolejne pokolenia w mniejszym lub większym stopniu składały hołd twórczości Herschella Gordona Lewisa, sam bohater niniejszego tekstu nie ukrywał tego, że narosłym kultem Świętem krwi triumfował jako sprytny marketingowiec, nie artysta. Kiedy redakcja francuskiego miesięcznika Cahiers du Cinema okrzyknęła Święto oraz Dwa tysiące maniaków (1964) dwoma najlepszymi horrorami wszech czasów, określając ich twórcę jako „temat do dalszych badań”, Lewis zażartował w słowach: „To właśnie mówi się o nowotworach!”.

Ale zacznijmy od początku. Herschell Gordon Lewis przyszedł na świat w Pittsburghu latem 1929 roku. Po byciu wykładowcą języka angielskiego w Mississippi State College oraz dj-em w rozgłośni radiowej AM w Wisconsin, przeniósł się w połowie lat 50. do Chicago i zaczął pracę w agencji reklamowej Alexander and Associates. Kiedy zorientował się, że jego szef nie do końca radzi sobie z ogarnianiem firmy, wykupił połowę udziałów spółki i zmienił nazwę na Lewis and Martin Films – drugi człon nawiązywał do jego partnera biznesowego, Martina Schmidhofera – oraz przeniósł biznes do słonecznej Kalifornii. Jednak czas ten nie trwał długo. Schmidhofer porzucił spółkę na rzecz operatorki filmowej na Florydzie, a zrezygnowany Lewis wrócił do Chicago z nową maksymą na ustach – opłacalne jest tylko kręcenie filmów fabularnych.

Jednak pogrążający się w coraz mocniej w odmętach pruderii rynek szybko przesycił się zalewającymi go, zwykle bardzo błahymi obrazami sexploitation. I choć nakręcone przez Lewisa w 1961 roku debiutanckim Living Venus można dzisiaj odbierać jako sprawnie nakręconą, dość gorzką rozprawkę na temat figury kobiety w ówczesnym przemyśle rozrywkowym, tak nakręcone w tym samym roku The Adventures of Lucky Pierre nie niesie za sobą praktycznie żadnych wartości dodanych. Nakręcony jako jeden z pierwszych filmów nudie ciutie, The Adventures of Lucky Pierre zwrócił się już po pierwszym pokazie kinowym! Być może w uzyskaniu tego wyniku pomogła nowatorska technika kręcenie filmu w pełnym kolorze, a może publika była po prostu spragniona nagości? Na sukcesie obrazu musiał zaważyć któryś z tych dwóch czynników, gdyż sama produkcja ma do zaoferowania naprawdę niewiele.

Lewis i Friedman zdali sobie sprawę, że nagości nie da się eksploatować w nieskończoność. Zasiedli więc razem i po krótkiej burzy mózgów powstała lista tematów, które dałoby się sprzedać, minimalizując przy tym budżet. W główniej mierze było to rzeczy, których nie mieliby odwagi wprowadzić do swoich dzieł inni twórcy, a wielkie studia bałyby się ryzykować w nie swoje fundusze. Jednymi z pomysłów Friedmana było osadzenie historii w nazistowskim obozie tortur oraz pseudo-etnograficzne filmy zakręcone wokół rdzennych mieszkańców Afryki Środkowej. Lewis skwitował pomysły kolegi jednym zdaniem: „Nigdy więcej nagości!”.

Mając na uwadze wszystkie wytyczne, obaj panowie postawili na gore – co od początku było mocno sugerowane przez Herschella. Ich kroki powędrowały w stronę Florydy, gdzie wcześniej nakręcili kilka swoich rozbieranych komedyjek i nakręcili swoiste arcydzieło kina plugawego. Ciężko jest oszacować, jaki budżet został wykorzystany przy produkcji wspomnianego już wcześniej Święta krwi – najbardziej wiarygodne źródło podaje 24 500 USD – a sam okres tworzenia trwał zaledwie tydzień. Dochód z biletów przekroczył 4 miliony dolarów, więc sam Roger Corman uznałby to za strzał w dziesiątkę. To właśnie Święto krwi przysporzyło Lewisowi przydomek „ojca chrzestnego kina gore” i nadało charakter jego dalszym krokom w przemyśle filmowy. Jednak tej historii przyjrzymy się w kolejnym odcinku „Życia i twórczość Herschella Gordona Lewisa”…

C. D. N.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.