Wzgórza mają oczy II (1984). Ostatnie łowy Wesa Cravena

Wes Craven rozpoczął pracę nad scenariuszem do Koszmaru z ulicy Wiązów (1984) zaraz po ukończeniu zdjęć do Potwora z bagien (1982). Gotowy skrypt przechodził od jednej wytwórni do drugiej, konsekwentnie odrzucany przez studyjnych decydentów (choć wieść niesie, że historią zainteresowane było Disney Studios, które jednak domagało się licznych zmian w fabule i stonowania drastycznych fragmentów, na co twórca nie przystał). Nie mogąc znaleźć finansowania dla projektu, w którym – jak się później okazało, słusznie – pokładał nadzieje, zdesperowany i spłukany reżyser postanowił znaleźć „szybką fuchę”, która przynajmniej pozwoliłaby na opłacenie bieżących wydatków. Padło na kontynuację głośnego shockera Wzgórza mają oczy (1977), który parę lat wcześniej ugruntował pozycję Cravena jako twórcy niskobudżetowego kina grozy.

Pod względem szkieletu fabularnego, sequel uznać można za rasowy slasher dla młodzieży: oto grupa nastolatków wybiera się na pustynię, aby urządzić sobie wyścigi na motocyklach (sic!). Traf chce, że to właśnie na tej pustyni przed laty dokonała się masakra familii Carterów. Okoliczne wzgórza wciąż nie są bezpiecznym miejscem, a na spragnione rozrywki dzieciaki czeka niespodzianka w postaci bezwzględnych kanibali…

Prościej już się chyba nie dało i ciężko nie odnieść wrażenia, że Craven pisząc scenariusz myślami był na planie zupełnie innego filmu. Wprawdzie całość rozpoczyna się od powrotu dwójki postaci z części pierwszej, ale jedna z nich prędko dezerteruje (wcielający się w ocalałego z rzezi Bobby’ego Robert Houston najwyraźniej zainkasował czek i zwiał z planu w te pędy), a druga (grana przez Janus Blythe dzikuska Ruby, przemieniona w cywilizowaną Rachel) stanowi łącznik na tyle wątły, że w zasadzie nieistotny. Zamiast logicznego powiązania wydarzeń mamy więc jakieś bzdury o super-paliwie motocyklowym i garstkę irytujących postaci, których jedynym celem w życiu jest dać się zaszlachtować. Kiedy już pośmiejemy się z czerstwych żartów, do akcji wkraczają gwiazdy przedsięwzięcia, czyli kanibale. A dokładnie dwóch, bo rodzinka się mocno uszczupliła: do cudem ocalałego Pluto (Michael Berryman) dołącza jego wuj Reaper (John Bloom), który postanowił zaprowadzić porządek na pustkowiu po tym, jak Papa Jupiter dostał po dupie.

Wzgórza mają oczy 2 mają opinię jednej z najgorszych kontynuacji w dziejach i w trakcie seansu bardzo łatwo zrozumieć ów stan rzeczy. Produkcja została ze względów finansowych wstrzymana na etapie, gdy ukończone było około 2/3 filmu. W międzyczasie Craven ruszył wreszcie ze zdjęciami do Koszmaru i zdążył zapomnieć, że jeszcze niedawno odparzał sobie tyłek na jakimś pustkowiu. Kiedy jednak horror o zabójcy ze snów okazał się gigantycznym hitem, do reżysera odezwali się producenci jego poprzedniego obrazu, którym na tym etapie w oczach świeciły się już dolary. O kosztownych dokrętkach nie było mowy, więc nieszczęsny twórca zmuszony był kleić całość z dostępnego materiału. Efekt jest zgoła kuriozalny, bo aby wydłużyć metraż, Craven wplótł w fabułę szereg retrospekcji, co pozwoliło mu na użycie całych scen z części pierwszej. Gotowy produkt trafił na chwilę do limitowanej dystrybucji, a zaraz potem – na rynek video, po czym popadł w zapomnienie. Sam twórca, niczym Piłat umył od sprawy ręce i przestał się przyznawać do swego dzieła.

Jakby jednak nie patrzeć, ów pokraczny sequel nie zniknął na zawsze w czeluściach wypożyczalni VHS i stanowi dziś dobry przykład tego, co się dzieje, gdy filmy kręci się na przysłowiowe „odwal się”.  Oczywiście łatwo można pojąć zniechęcenie Cravena, który nie potrafił się zaangażować w niejako wymuszone na nim przedsięwzięcie. Z drugiej strony ciężko brać w obronę reżysera, który nawet nie stara się udawać, że wkłada wysiłek w pracę, za którą dostaje kasę. Postaci tutaj to mięso armatnie, idiotyczne zagrywki typu „niewidoma dziewczyna z pajęczym zmysłem” skutecznie odbierają akcji resztki powagi, a przerażający w oryginale Pluto tym razem zamienia się w płaczliwego pokrakę, który co rusz zbiera zewsząd cięgi (sam Berryman miał przyznać, że jest to po prostu „okropny film”). O tym jak „wywalone” na to wszystko miał pan reżyser niech świadczy fakt, iż na etapie montażu uznał, że dobrym pomysłem będzie wcielenie do gotowego tworu wspomnień… psa!

Owszem, „dwójka” to zgoła paranoiczny wybryk z gatunku tych, gdzie „scenarzysta forsę wziął, potem zaczął pić”. Żeby jednak nie było samego pastwienia się, to przyznam otwarcie, że ja nawet tego gniota lubię. Nic tu się nie klei, groźni w zamierzeniu kanibale to pocieszne fajtłapy w łachmanach, a napastliwe „flashbacki” z kultowego poprzednika skutecznie spowalniają rozwój wydarzeń, dzięki czemu całość sprawia wrażenie za długiej o co najmniej dwadzieścia minut. Jeśli jednak podejść do seansu na luzie i bez wygórowanych oczekiwań, to otrzymamy lekki, odmóżdżający slasher. Zgoła niewinny, bo z ponurego, dewiacyjnego nastroju oryginału nie ostało się nic, a i krwi zbyt wiele tu nie ma, niemniej na tle wielu spośród taśmowo produkowanych okazów nurtu z lat 80. rzecz wcale nie wypada aż tak tragicznie, jak chcieliby to widzieć rozliczni krytycy. Jeśli zaś patrzeć przez pryzmat całej filmografii Cravena, to z czystym sumieniem mogę stwierdzić, iż począwszy mniej więcej od roku 1989 popełnił on co najmniej kilka tytułów będących niepomiernie większym powodem do wstydu aniżeli ten – koniec końców sympatyczny – zakalec.

W każdym razie twórca Ostatniego domu po lewej (1972) na tytułowe wzgórza już więcej nie powrócił, najwyraźniej świadom faktu, że z tematu nic ciekawego nie zdoła już wycisnąć. No, przynajmniej taka jest oficjalna wersja wydarzeń. W 1995 roku premierę na antenie HBO miał bowiem wyprodukowany przez Cravena Rozpruwacz umysłów, ze scenariuszem jego latorośli, syna Jonathana, który uznał że on też będzie wybitnym specjalistą od kina grozy. Ten B-klasowy horror o naukowcach tworzących w położonym na pustyni laboratorium super-człowieka pierwotnie planowany był ponoć jako trzecia część cyklu o pustynnych kanibalach, jednak najwyraźniej ktoś się skapnął, że poza miejscem akcji nie ma tu za bardzo związku ze słynną serią i pomysł zarzucono. Nie przeszkodziło to jednak dystrybutorom na niektórych rynkach reklamować filmu jako trzeciej części Wzgórz. Wielu fanów franczyzy chętnie zresztą podchwyciło ten zabieg marketingowy i z radością powitali jeszcze jedną czarną owcę w „rodzinie”.  Na tym etapie Craven senior miał już jednak zabezpieczenie w postaci kolejnej odsłony Koszmaru, a w planach – prawdziwą bombę pod postacią Krzyku. Kanibale mogli odejść na zasłużoną emeryturę.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.