Wysypisko #6: Walerian Borowczyk

Po kilkumiesięcznej przerwie wracam do Wysypiska, tym razem zbierając napisane w bardzo różnych okresach teksty na temat pięciu filmów naszego zapomnianego skandalisty. Pozwalam tu sobie na małe oszustwo, łącząc ze sobą nie tylko notki obecne wcześniej na łamach kinomisyjnego fanpejdża (a więc to, co do tej pory stanowiło jedyną zawartość kolejnych odcinków Wysypiska), ale dodając też do nich mini-recenzje, które napisałem przy okazji zupełnie innych publikacji obenych już na stronie – kolejno pierwszej edycji naszej corocznej wyliczanki Halloween Horror Show oraz relacji z zeszłorocznego Octopus Film Festival. Najstarszy z tekstów liczy więc sobie trzy i pół roku, a najmłodszy niecały miesiąc, aczkolwiek każdy został tu trochę przeredagowany. Oczywiście, wraz z seansami kolejnych filmów Borowczyka pojawiać się będą następne notki, a tym samym kolejny poświęcony mu odcinek niniejszego cyklu (choć pewnie nie wcześniej niż za pół roku). Tymczasem zapraszam do lektury.

PS. Główne zdjęcie zdobiące niniejszy wpis do fragment plakatu do Opowieści niemoralnych.


1973 – Opowieści niemoralne

Chociaż to Luis Bunuel miał powiedzieć, że „Seks bez religii jest jak jajko bez soli”, hasło to spokojnie służyć by mogło za motto (niemałej części) twórczości Waleriana Borowczyka. Opowieści niemoralne, jego pierwszy film erotyczny i zarazem jedna wielka prowokacja, to dobitny tego przykład. Rzecz składa się z czterech nowel, którymi kontrowersyjny reżyser stopniowo cofa się w czasie, zaczynając od współczesnej Francji i pewnego wakacyjnego romansu wkraczających w dorosłość nastolatków, a kończąc na XV-wiecznym Watykanie i kazirodczym związku ówczesnego papieża ze swoim potomstwem. Po drodze mamy też historię nastolatki, dla której kościół stanowi osobliwy bodziec seksualny, a także niesławne polowanie królowej Elżbiety Batory (na poły horrorowa nowela, choć niewyzbyta rozbrajającego dowcipu, kiedy przyszłe ofiary mrocznej antagonistki biegają po jej łazienkach, aby rysować na ich ścianach penisy). Najciekawsze jest w tym to, że Borowczyk unika jakiejkolwiek oceny moralnej, zamiast tego głównie obserwując kolejne postaci niczym owady pod lupą. Jeśli nie liczyć elementów satyry i krytyki społeczno-politycznej, które jasno mówią nam, po której stronie barykady stał twórca, film cechuje się specyficznym zimnem i szczegółowością obserwacji (bardzo liczne zbliżenia ust, oczu, pośladków, ale też rozmaitych przedmiotów i mebli z otoczenia postaci, które czasem stają się z nimi jednym), co wespół z ograniczeniem dialogów do niezbędnego minimum sprawia, że chwilami ogląda się to jako wzorcowy przykład „artystycznego porno” (tyleż sugestywne, co plastyczne zdjęcia i pomysłowy montaż, za sprawą których rzecz gdzieniegdzie zmierza w stronę odrealnienia), a chwilami jak najprawdziwszy dokument przyrodniczy. O braku oceny obserwowanych żyjątek pięknie przypomina samo zakończenie. Oto dziecko papieża i jego córki (choć być może jej i jej brata…) zostaje ochrzczone w Watykanie i po prostu się uśmiecha. Nieświadome i niewinne.

PS. W rzeczywistości Borowczyk nakręcił sześć nowel i pierwotna – najbardziej skandaliczna – wersja filmu składała się z trzech, w tym dwóch, które zostały zeń szybko usunięte. Pierwsza z nich to Prywatna kolekcja, pseudo-dokument o zbiorze przedmiotów rodem z XIX-wiecznego sex shopu, i często towarzyszyła projekcjom Opowieści niemoralnych w formie krótkometrażówki. Druga to Bestia, którą reżyser wyciął, aby później rozbudować i stworzyć z niej osobny pełny metraż pod tym samym tytułem, o czym więcej za chwilę.


1975 – Dzieje grzechu

Jedyny polski pełny metraż na koncie Borowczyka. Nakręcony został już po kilkunastu latach jego życia na emigracji, kiedy to najpierw dał się poznać jako oryginalny artysta ceniony przez krytykę, lecz ignorowany przez publikę, a następnie jako skandalizujący „pornograf” gnojony przez krytykę, lecz oglądany przez publikę. Podobno władze PRL-u pozwoliły mu wrócić do kraju, aby zrealizował ten film, ponieważ żyjąc we Francji unikał krytycznych wypowiedzi na temat swojej ojczyzny i definiującej ją doktryny politycznej. Kiedy jednak przyjechał, tworząc Dzieje grzechu przy współpracy z Tadeuszem i Stanisławem Różewiczami, bardzo szybko zaczęto mu rzucać kłody pod nogi. Mimo przyspieszonej przez to realizacji i problemów natury cenzuralnej, powstał film znakomity (przez Andrzeja Żuławskiego określany nawet jako jeden z absolutnie najlepszych obrazów polskich w historii). Nie znam literackiego pierwowzoru, lecz Dzieje grzechu, ze swoją tematyką miłości (oraz kobiecości) wyrzuconej do rynsztoka, bogatą scenografią, imponującym przywiązaniem do detalu, romantyzmem zmieszanym z wulgarnością oraz realizmem i mocną psychologią postaci zmieszanymi z elementami surrealizmu, jawi mi się jako brakujące ogniwo między Lalką (1968) Wojciecha Jerzego Hasa a Mrocznym przedmiotem pożądania (1977) Luisa Bunuela. Borowczyk, zaznaczmy, miał jednak własny styl. Rezultatem dzieło, które z poetyckiego melodramatu o wielkiej miłości przeobraża się w nihilistyczną groteskę o wielkiej przemocy. Film odniósł w Polsce duży sukces komercyjny. Reżyser wrócił jednak do Francji, aby kontynuować niejako przymusową (wynikającą już wtedy głównie z jego zaszufladkowania, lecz ciągle bardzo interesującą) karierę „specjalisty od golizny”.


1975 – Bestia

Flm jedyny w swoim rodzaju. Z jednej strony stanowi on bowiem podszytą surrealizmem i freudyzmem satyrę społeczno-obyczajową, z drugiej zaś rasowe soft-porno, z którego, być może (zważywszy na jego ekscentryczny i anarchiczny charakter), dumny byłby sam Russ Meyer. Fabuła skupia się na losach Lucy, nastoletniej piękności, która, wedle testamentu jej majętnego ojca i jako rezultat pewnych politycznych gierek, zmuszona jest poślubić nieznanego jej nieokrzesanego jegomościa mającego podobno koneksje w Watykanie. Gdy dziewczyna przybywa do jego wiejskiej posiadłości, dowiaduje się o legendzie o potworze, który pojawia się tam co 100 lat, aby terroryzować okolicę. Wkrótce Lucy zaczyna fantazjować… Muszę przyznać, że kiedy oglądałem ten film po raz pierwszy, jakieś 10 lat temu, nie podobał mi się. Teraz, nie mając już większego „ale” wobec początkowego nawału dialogów, a bardziej doceniając szaloną pomysłowość twórcy i wreszcie mając swoiste wprowadzenie do projekcji w postaci bardzo fajnego dokumentu Kuby Mikurdy Love Express. Przypadek Waleriana Borowczyka (2018), na nudę już nie narzekałem. Zgrabnie wypunktowując zwykłą ludzką hipokryzję i zakłamanie, pięknie nabijając się z kleru i konserwatywnych wartości (jest tu nawet scena, w której bohaterka ściąga gorset, by wyrzucić go do sadzawki) i nietuzinkowo – bo  głównie za sprawą sekwencji groteskowego seksu z monstrum – zespalając rzeczywistość ze snem, Bestia stanowi przykład naprawdę odważnego kina, które i dziś mocno dzieli odbiorców. Dowodem reakcje publiczności na odbywającym się w sierpniu zeszłego roku Octopus Film Festival. Jedni śmiali się z kolejnych odjechanych żartów i prowokacji, drudzy raczej wyśmiewali film prezentujący się dlań kuriozalnie, inni zaś nie kryli zażenowania, kiedy w ostatnim akcie opowieści rzecz, wcześniej podejrzanie stonowana, wybucha dzikim i absurdalnym seksem. Nie zabrakło też osób, które wolały opuścić salę i przyznam, że ja się wcale nie gniewam. Podejrzewam, że mniej więcej tak wyglądał premierowy pokaz Bestii 6 stycznia 1975 roku.


1978 – Za murami klasztoru

Klasyczne nunsploitation i swego czasu dosyć kontrowersyjna komedia erotyczna, która ugruntowała pozycję Borowczyka jako prowokacyjnego zbereźnika. Najprościej rzecz ujmując film ukazuje grupę młodych i pięknych zakonnic, które trzymane w kościelnej niewoli dojrzewają i po prostu chce im się pieprzyć. Nie ma tu żadnych opętań i zwyrodnialstw, które zwykle przychodzą do głowy, gdy słyszy się hasło „nunsploitation„. Jest zdrowa pochwała seksu jako swoistej afirmacji życia oraz list miłosny do kobiecego ciała. No, i jedna wielka szydera z kleru.

Film podzielić można na trzy części. W pierwszej oglądamy głównie, jak kolejne zakonnice dążą do seksu lub masturbacji, a faszystowska matka przełożona, która doczekuje się miana Antychrysta, biega po całym zakonie i je wyłapuje próbując im przeszkodzić w dokonywaniu kolejnych występków. Druga część jest spokojniejsza, już niemal wyzbyta erotyki, gdyż przedstawiająca czas pokuty, nawrócenia itp. I jest to oczywiście klasyczna cisza przed burzą, jaka następuje w części trzeciej. O niej napiszę tylko tyle, że zaczyna się w momencie, kiedy jedna z zakonnic wyciąga ze swoich majtek fiolkę z opium, które wlewa wieczorem matce przełożonej do herbaty, aby ta przez całą noc nie mogła już wstać z łóżka.

Tak jest, Za murami klasztoru to nie tyle kino eksploatacji, co śmiała satyra na kościół katolicki. Jak to na Borowczyka przystało. Pod kątem konstrukcji i treści przypomina Bestię, która również wybuchała w finale szalonym seksem i przekonywała, że jedyną drogą do kobiecego wyzwolenia jest symboliczne zrzucenie gorsetu (tu oczywiście zastąpionego habitem).

Na zakończenie pozwolę sobie opisać najzabawniejszy dla mnie fragment całego filmu. Oto miejscowy osiłek (potajemnie chętnie służący za kochanka) rąbie drewno zaraz pod klasztorem. Robi to tak mocno, że kolejne kawałki drewna latają dookoła. Jeden z nich rozbija szybę i wpada do klasztoru, trafiając pod nogi przechodzącej akurat zakonnicy. Ta z rozdziawionymi ustami podnosi go i robi znak krzyża. Następnie bierze do pokoju, gdzie z pomocą kawałka szkła rzeźbi z niego dildo. „To dar niebios” – tłumaczy później matce przełożonej.


1981 – The Strange Case of Dr. Jekyll and Miss Osbourne

Podobno pierwszą, i podobno diametralnie inną od tej powszechnie znanej, wersję Dr Jekylla i pana Hyde’a Robert Louis Stevenson napisał w trzy dni będąc na nieustannym kokainowym haju. Ponoć rękopis trafił w ręce jego żony, a ta, oburzona perwersyjną zawartością, spaliła go. Mija jednak dokładnie 95 lat i oto Walerian Borowczyk ogłasza, iż jakoby spalony rękopis odnalazł i właśnie szykuje się do jego ekranizacji. Posiadanie tegoż tekstu okazało się kłamstwem, ale mniejsza z tym. Ważne, że „Boro” nakręcił niezwykłą adaptację głośnego dzieła – poetycką, deliryczną i wywrotową, zakotwiczoną w sztuce surrealizmu. Ale hej, podobno zarys fabuły swojego opus magnum przyszedł do głowy Stevensonowi podczas snu, więc wszystko pasuje: przejaskrawione postaci, które za sprawą odpowiednich zdjęć i oświetlenia sprawiają wrażenie stale znajdujących się w delikatnej mgle; fabuła rozgrywająca się jednej nocy, ale jakby poza czasem, w gęstwinie korytarzy i pokojów gotyckiej willi; psychodeliczna muzyka, której wyraźne oddzielanie kolejnych scen jest obce; wreszcie ikoniczny szwarccharakter grany nie przez jednego, a dwóch aktorów. To ostatnie przywieść może na myśl Bunuela spod znaku Mrocznego przedmiotu pożądania, lecz bliższy majstersztykowi Borowczyka jest Anioł zagłady (1962). Tu też mamy burżujów, którzy zamknięci w domostwie ukazują z czasem swoje prawdziwe oblicza, aby stać się ofiarami jednej wielkiej drwiny reżysera. Tyle że ten dorzuca jeszcze wiadomego mordercę (i gwałciciela). Postać będącą, w interpretacji polskiego autora, uosobieniem całkowitej wolności i równie wielkiej nienawiści – do społecznych norm i zakazów, do stojących za nimi hipokryzji i zakłamania. Zaraz, a co z panną Osbourne, która jest narzeczoną doktora-potwora? Napiszę tylko, że kiedy przyjdzie jej podglądać transformację swojego ukochanego, na jej twarzy pojawi się nie tylko strach.

1 Komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.