Wysypisko #11: Jean Rollin (część II: 1975-1982)

Wampiry, zombie, szaleńcy oraz wszelkiej maści outsiderzy i marzyciele uciekający z naszej rzeczywistości, czyli druga część krótkiego przeglądu filmografii zapomnianego reżysera specjalizującego się w poetyckiej pulpie. Tym razem na tapet wziąłem siedem jego filmów, zaczynając od najbardziej udanego artystycznie okresu w jego twórczości i kończąc na latach, kiedy powoli obniżał loty (ciągle jednak prezentując niezły poziom – no, poza jednym tylko z opisanych tu tytułów). Potencjalnego trzeciego odcinka, prezentującego jego najsłabsze dokonania, nie planuję przygotowywać. Skupmy się na tym, co u Rollina najlepsze.

PS. Kto zgadnie, z którego filmu główny kadr zdobiący niniejszy wpis, ten otrzyma uśmiech i mrugające oczko Brigitte Lahaie.


Lips of Blood (1975)

Jean Rollin odpływający w morze melancholii. No dobra, w takie morze to odpłynął już przy okazji wspaniałego The Iron Rose (1973) i nie wiem, czy da się jeszcze bardziej. Ale na pewno da się trochę inaczej, czego Lips of Blood – jego następny majstersztyk – kolejnym dowodem. Formalnie i tematycznie rzecz najwięcej ma wspólnego z jego pierwszymi wampirycznymi obrazami, ale, wzorem wspomnianej wyżej cmentarnej ballady, tutaj bliżej jest swojego bohatera oraz klasycznego romantyzmu. Bohater nie jest więc postacią pustą, będącą najwyżej nośnikiem jakiejś idei, który oprowadzać ma nas po onirycznym świecie reżysera, jak to zwykle wcześniej bywało. Tutaj bohater, jego wnętrze, jest tym światem. I to całkiem dosłownie, bo zawiązanie akcji rozpoczyna się w momencie, kiedy zahipnotyzowany pewną fotografią przenosi się do zaprezentowanej na niej scenerii, co wygląda jak coś między zapomnianym snem a nagle przywołanym wspomnieniem. I tym też okazuje się być, a mężczyzna z uporem maniaka przez całą opowieść dąży, aby odnaleźć tajemnicze miejsce, a przede wszystkim zamieszkujące ją widmo pięknej kobiety. Po drodze nie brakuje co bardziej pulpowych momentów, przypominających że Rollin był też wielkim miłośnikiem komiksów (najsympatyczniejsze wrażenie robią siostry Castel, gdy ukazują się nam jako wampirze pielęgniarki szpitala psychiatrycznego), ale to w najbardziej poetyckich scenach drzemie siła tego filmu. Ostatnie 10 minut – celuloidowy odpowiednik wiersza – to więc czyste złoto.


The Grapes of Death (1978)

Jak zrobić z prostego zombie horroru opowieść jawiącą się jako prawdziwy koszmar? Zatrudnić surrealistę do jego realizacji. The Grapes of Death to pierwszy bardziej „komercyjny” horror w dorobku Rollina. Fabuła jest jasna i klarowna, a miejsce fragmentów poetyckich zastąpiła klasyczna dramaturgia oraz większa dawka przemocy (i to nie byle jakiej – o ile się nie mylę, mowa o pierwszym w historii francuskiego kina filmie gore!). Tak jak w hiszpańskim klasyku The Living Dead at Manchester Morgue (1974), mamy tu pewne treści anty-establishmentowe (w tym dialog na temat faszyzmu, który zwalczać należy zawsze i wszędzie) oraz wątek ekologiczny (pestycydy trujące winiarnię czynią mieszkańców pewnego zadupia zombie-podobnymi maniakami). Całość zdaje się być zaś pomostem między Nocą żywych trupów (1968) a frenetyczną pulpą Nightmare City (1980).

Początkowo film nie wygląda zbyt rollinowsko – prezentując zwyczajne nakręcone normalne dialogi przeciętnie wyglądających postaci… – lecz gdzieś po 10 minutach atakuje odjechanym koszmarem, który trwa już do samego końca. Konstrukcja opowieści jest prosta, ale twórca postawił na umieszczanie informacji na temat fabuły (co, jak, dlaczego) pod sam koniec danych scen czy sekwencji oraz całkowicie pominął typowe dla gatunku ukazanie początku epidemii. W ten sposób uczynił kolejne wydarzenia bardzo dezorientującymi dla głównej bohaterki, a po części i dla widzów. Cały film, mimo braku poetyki snu sensu stricto, ukazuje Elizabeth przemierzającą kolejne odludne lokacje w taki sposób, jak gdyby przechodziła ze snu w sen. Wszędzie dzicz, ruiny, jakieś zniszczenia, coraz więcej zwłok. Kobieta nie wie, co się dzieje, chce tylko odnaleźć swojego ukochanego. Ktoś ją nagle atakuje, ktoś ją prosi o śmierć, biedaczka ucieka, chowa się, walczy, nagle na środku odludzia natyka się na niewidomą dziewczynę, która… staje się jej przewodnikiem. Rzeczywistość prezentuje się coraz bardziej absurdalnie, lecz w niekoniecznie zabawny sposób. A w międzyczasie pojawia się Brigitte Lahaie, w pewnym momencie wyraźnie wzorowana na Barbarę Steele z Maski szatana (1960), i rozsadza ekran swoim szaleństwem.

Jest to więc obraz odstający od większości dokonań francuskiego reżysera, zarazem jednak wyraźnie napisany jego specyficznym charakterem pisma, co zostaje uwypuklone jeszcze w samym finale, który okazuje się być mieszanką makabry, melancholii i poetyckiej symboliki. Szkoda, że The Grapes of Death nie otrzymało należytego budżetu, bo to chwilami psuje opowieść (kilka nieostrych ujęć, ktoś nieopatrznie przechadzający się w tle kadru i podobne amatorskie atrakcje), jednak warto przymknąć na to oko, bo to mimo wszystko kawał znakomitego kina.


Fascination (1979)

Podczas seansu tego kultowego filmu ciężko mi było nie dostrzec jego walorów – to horror nietuzinkowy, tyleż tani, co stylowy i nieoczywisty – lecz nie zakochałem się w nim i wyżej stawiałem z pięć spośród starszych obrazów Rollina, jakie wcześniej poznałem. Muszę jednak przyznać, że im więcej czasu mija od seansu, tym bardziej Fascination rośnie w moich oczach, jako rzecz pięknie wyrafinowana w kontekście norm kina gatunków. Co prawda, w ten sposób można chwalić i większość pozostałych dokonań francuskiego reżysera (przynajmniej tych stricte autorskich, oczywiście), który od zawsze przecież stawiał na ekscentryzm, poetyckość i minimalizm tworząc zupełnie własne reguły gry. Tutaj zwolnił jednak tempo opowieści jeszcze bardziej i ograniczył liczbę odrealnionych atrakcji, aby jeszcze bardziej dopieścić dzieło formalnie i uwypuklić subtelną zabawę gatunkowymi archetypami. Mamy więc dialogi o śmierci, która nadejdzie i wspaniałą Brigitte Lahaie, która w pewnym momencie przywdziewa wiadome szaty i bierze do ręki kosę, aby stać się jej personifikacją. Ale czy jej postać od początku jest właśnie Śmiercią, która bawi się w kotka i myszkę ze swoimi ofiarami, czy to ledwie chwilowa stylizacja będąca tylko (lub aż) częścią zabawy z samymi widzami? Kim są pozostałe postaci kobiece? Poznajemy je jako najwyraźniej znudzone życiem burżujki spędzające czas w rzeźni (motyw zdający się być wpływem okrutnie prześmiewczego kina Luisa Bunuela, którego Rollin był wielkim fanem), ale później jawią się nam a to jako czarownice szykujące się na coroczny sabat, a to raczej jako wampirzyce tworzące klan. Wszystko to zaserwowane jest z dziecinną wręcz prostotą (i naiwnością), ale też bardzo bezpretensjonalnie. Rezultatem popis wyobraźni należącej do jednego z tych ludzi, którzy widząc na ścianie cienie wieczorową porą potrafią rozpoznać w nich dziesiątki różnych postaci, które na zmianę przenikają się i rozdzielają współtworząc zlepek pokrewnych historii. Perspektywa Rollina, jak na należącą do świata surrealizmu przystało, jest jednak jedyną w swoim rodzaju.


The Night of the Hunted (1980)

Niewątpliwie jeden z najbardziej ponurych, najsmutniejszych i najdziwaczniejszych filmów sexploitation w historii. Nie dziwi więc, że bywa klasyfikowany jako horror, choć poza paroma makabrycznymi fragmentami nie ma z nim tak naprawdę nic wspólnego. Co ciekawe, jego realizacja była możliwa, gdyż reżyser zaproponował znajomemu producentowi porno, że w cenie przeciętnego ponola (i z zatrudnieniem aktorów wyłącznie z tejże branży) będzie w stanie nakręcić film fabularny, który trafi do normalnej dystrybucji kinowej i być może dzięki temu zarobi więcej niż typowa produkcja XXX. Dostał więc 40 tysięcy dolarów oraz 10 dni zdjęciowych, co zaowocowało jego pierwszym autorskim obrazem wyzbytym elementów nadnaturalnych (lub na nie stylizowanych), a za to czerpiącym z sci-fi i pokrewnym Dreszczom (1975) Davida Cronenberga. Film prezentuje losy Elysabeth (Brigitte Lahaie!), która cierpi na skrajną formę amnezji – nie tylko nie pamiętając niemalże nic ze swojego życia, ale też nie potrafiąc zapamiętać nowych informacji – i desperacko ucieka ze szpitala psychiatrycznego, którego celem nie jest bynajmniej leczenie jego pacjentów. Psychodeliczność, tajemniczość i melancholijność opowieści to jej największe plusy. Zaskakuje fakt, że Rollin rezygnuje z tak ukochanych przez siebie wiejskich i gotyckich plenerów, tym razem celując w scenerię nowoczesnego miasta i tworząc obraz wyjątkowo zimny, nieprzyjemnie „sterylny”, pełen pustych przestrzeni i ludzi przypominających żywe trupy. Choć nie brakuje typowego dla reżysera słodko-gorzkiego romantyzmu, aura beznadziei niekoniecznie klei się ze scenami erotycznymi, które, w kontekście fabuły o jednostkach, które nie bardzo wiedzą, co się z nimi dzieje, prezentują się chwilami wręcz niemoralnie i nieco na siłę (łatwo sobie wyobrazić, że golizna na ekranie była warunkiem postawionym przez wspomnianego producenta porno). Wespół z wolnym tempem narracji i względnie dużą liczbą dialogów trochę mnie to w pewnym momencie zaczęło męczyć. Niemniej, to i tak kolejny dowód na niezwykłość pana Rollina i każdemu grzebiącemu w ekscentrycznej obskurze The Night of the Hunted polecam. Zwłaszcza, że sporo fanów reżysera ocenia ten film dużo wyżej niż ja.


The Escapees (1981)

Jeden z ostatnich i mniej znanych filmów Rollina ze złotego okresu jego twórczości. Rzecz wyróżnia się zaskakującym realizmem, tylko kilka razy oferując rollinowską poezję, zawsze jednak właśnie wtedy działając najmocniej (także z powodu kontrastu, jaki wówczas powstaje). Opowiada o losach dwóch dziewczyn – zadziornej Michelle i panicznie bojącej się ludzi Marie – które uciekają ze szpitala psychiatrycznego, aby wkrótce dołączyć do wędrownej grupy tancerek erotycznych, jednocześnie śniąc o wielkiej ucieczce gdzieś na koniec świata, gdzie nikt nigdy nie będzie ich niepokoił, rozkazywał im, zmuszał do życia w rzeczywistości, której nie rozumieją i nie chcą znać. The Escapees jest więc dobrze wpisującą się w twórczość francuskiego artysty balladą o neurotycznych outsiderkach-marzycielkach. Zaskakuje pewna surowość formy i nawał dialogów, czyniące film na pierwszy rzut oka dosyć „zwyczajnym”. Jednakże Rollin co jakiś czas serwuje mniej czy bardziej ekscentryczne pomysły, które choćby częściowo / symbolicznie odrealniają opowieść (jak choćby poprzez ulokowanie nielegalnego show erotycznego dla marynarzy na złomowisku, zza którego co rusz dobiegają odgłosy aut pędzących pobliską szosą). Narracja bywa niestety trochę kulawa, zwłaszcza w drugiej połowie, kiedy pojawia się dużo scen barowych, a w ich obrębie kilka niekrótkich konwersacji, które wydają się prowadzić donikąd i niepotrzebnie wydłużać opowieść. Wreszcie sam finał prezentuje się od strony realizacji bardzo amatorsko. Rollin miał dziwną słabość do silenia się na pewną efektowność w swoich finałach, zwykle w formie strzelanin, i to rzadko przynosiło należyte rezultaty. Tutaj, pomimo lat doświadczeń w tej materii, wygląda to chyba najmniej przekonująco. Całe szczęście na ratunek przychodzi samo zakończenie, oczywiście wyjątkowo poetyckie i ujmujące tak, jak najlepsze z wcześniejszych scen filmu, gdzie hołd dla społecznych wyrzutków i umiłowanie wolności mieszają się z wielką empatią i czułością, a szara rzeczywistość z potęgą wyobraźni (lub wspomnień, jak w scenie z kadru wyżej, gdzie teraźniejszość staje się jednym z odległą przeszłością). Innymi słowy, The Escapees nie należy do czołówki dokonań Francuza, ale i tak zdecydowanie warto.


Zombie Lake (1981)

Najgorszy i prawdopodobnie najbardziej znany film Rollina, co jest, oczywiście, okrutną ironią losu. Zwłaszcza, jeśli wziąć pod uwagę okoliczności jego powstania. Francuski reżyser wybierał się bowiem na wakacje, kiedy, bodajże na dzień przed wyjazdem, dostał telefon od znajomego producenta, który proponował mu bardzo szybką robotę przy mikrobudżetowym projekcie. Pierwotnie film miał realizować Jesus Franco, ale nagle zniknął bez słowa (!) i znane już ze śmieciowych horrorów studio Eurocine nie wiedziało, co robić. Rollin zgodził się nie mając dostępu do scenariusza, który dostał dopiero w trakcie drogi na plan zdjęciowy parę dni później. Sam film go kompletnie nie interesował, kusił go tylko krótki okres produkcji i łatwa kasa. Następnie, aby odciąć go od swoich autorskich projektów, podpisał się pod nim pseudonimem, jak to zwykł robić podczas pracy nad pornolami. Ale, ktoś mógłby powiedzieć, ten wybitny surrealista został za swoją fuszerkę bardzo przewrotnie ukarany. Po pierwsze, Zombie Lake stał się jednym z nielicznych w jego karierze sukcesów komercyjnych. Po drugie, został jego pierwszym obrazem, który trafił na rynek VHS, gdzie doczekał się całkiem szerokiej dystrybucji. Po trzecie, następnie zaczął regularnie pojawiać się na listach najgorszych tytułów w historii kina. Na nic się zdał osobliwy pseudonim „J.A. Laser” – Zombie Lake rzuciło cień na autorską twórczość Rollina.

Fabuła prezentuje francuskie miasteczko, które zaczyna być terroryzowane przez nazi-zombie – trupy pomordowanych przez lokalny ruch oporu niemieckich żołnierzy, których ciała zostały porzucone w pobliskim jeziorze. Ich nagły powrót po latach (a może dekadach? ciężko stwierdzić…) jest powiązany z pewną klątwą, jest to jednak wytłumaczone raczej mętnie i nie ma większego znaczenia. Zombie mają zieloną skórę (i kiepską charakteryzację) i początkowo gustują w młodych pięknych kobietach, które lubią pływać nago w jeziorze (lub właściwie robić cokolwiek, byle nago i przy jeziorze). Kiedy zaś zaczyna brakować ponętnych piękności, truposze, jakby w akcie desperacji, ruszają do miasteczka, aby polować i na wąsatych staruszków.

Nie ma tu niestety zbyt dużo niezamierzenie komicznej akcji (choć sam początek i wybrane fragmenty potrafią przynieść trochę dobrej zabawy), gdyż film jest przede wszystkim wolny, ślamazarny i nijaki, wyraźnie zrobiony na odwal. Nie ma tu ani plastycznych kadrów, z których znany był Rollin, ani atrakcji innych niż ujęcia ukazujące kobiece kształty i pomalowanych na zielono kolesi sunących przed siebie z dziwnymi minami i ssącymi szyje swoich ofiar. A jednak łatwo mi sobie wyobrazić, że to faktycznie mógł być czysto Rollinowski projekt. Scenariusz, choć napisany ewidentnie pospiesznie i niekoniecznie mający ręce i nogi, miał bowiem pewien potencjał (kluczowy dla rozwoju fabuły wątek dawnej miłości jednego z nazistów) i prezentuje kilka prawdziwie melancholijnych fragmentów oraz scen rozgrywanych bez jakichkolwiek dialogów (ponad 10-minutowa sekwencja wojennej retrospekcji), co w połączeniu z atmosferą grozy wydaje się przecież pasować do stylu reżysera. Może więc w alternatywnej rzeczywistości, gdzie miał nad tym filmem więcej kontroli (i mógł sobie przerobić scenariusz pod siebie) i tym samym więcej ochoty (i najlepiej też pieniędzy) na realizację, Zombie Lake to całkiem przyzwoity obraz w duchu jego pozostałych dokonań (do głowy szybko przychodzi tu oczywiście mocarne The Grapes of Death!). W tej naszej to niestety taki hamburger znaleziony na śmietniku za rogiem.


The Living Dead Girl (1982)

Film nie wylądował w ścisłej czołówce moich ulubionych dokonań Jeana Rollina, ale jego finał to jeden z najbardziej wstrząsających i najlepszych finałów w całej historii kina grozy. Naprawdę, to jest dla mnie spokojnie top 5. Dodam, że przed seansem nadziałem się na gruby spoiler zdradzający jego przebieg, a mimo to i tak rozłożył mnie na łopatki. Cały film to bardzo nietuzinkowe podejście do zombie-horroru, gdyż tytułowa antybohaterka jest postacią niedookreśloną i choć teoretycznie najbliżej jej właśnie do zombiaka (wstaje z grobu pod wpływem chemikaliów, by instynktownie żywić się ludźmi), jej ciało nie ulega żadnemu rozkładowi, jej umysł powoli, lecz konsekwentnie zaczyna przypominać ten ludzki, a głodna jest nie tyle mięsa, co krwi, a to oczywiście przywodzi na myśl tak ukochany przez reżysera wampiryzm. Przypomina to też, że w latach 70. i 80. żywe trupy potrafiły być bardzo, bardzo różne, zależnie od portretujących je filmowców, i dalekie od bezlitośnie nudnej unifikacji cechującej współczesne kino, gdzie zombie w każdym (?) kolejnym tytule są identyczne (lub prawie). Jak na Rollina przystało, jest to też obraz bardzo melancholijny, romantyczny i w pewnym stopniu poetycki. Formalnie stoi niestety poziom niżej od jego wcześniejszych dokonań, stosunkowo niewiele tu typowych dlań plastycznych kadrów, które zastąpiło za to zaskakująco dużo, jak na niego, fragmentów solidnego gore. Sama fabuła bywa czasem psuta irytującym wątkiem pary turystów, który niepotrzebnie zabiera czas ekranowy temu, co tutaj najpiękniejsze/najsmutniejsze/najlepsze – wątkowi wielkiej miłości wspomnianej nieumarłej (granej przez śliczną, niewinnie się prezentującą Françoise Blanchard) oraz jej na poły demonicznej przyjaciółki i kochanki (granej przez charakterną Marinę Pierro, jedną z ulubionych aktorek Waleriana Borowczyka), która zrobi wszystko, aby utrzymać ją przy życiu. Innymi słowy, warto przymknąć oko na mankamenty filmu, bo ten potrafi się odwdzięczyć emocjonalnym knockoutem i mocarnym katharsis, jakiego nie da się zapomnieć.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.