Wielogłos: Suspiria (2018)

Czwarty w tym roku Wielogłos poświęcamy przynoszącej pewne kontrowersje nowej wersji klasycznego horroru Dario Argento o wiedźmach w szkole baletowej. Tym razem mamy pięć opinii, w tym gościnnie Patryka Karwowskiego z Po napisach. Trzy głosy pozytywne i dwa negatywne. Zapraszamy do lektury.


Oskar Dziki

Luca Guadagnino stworzył prawdziwe arcydzieło. Polaryzujące widownie zarówno za sprawą bezkompromisowej i celowo niejednoznacznej wizji, jak i zupełnego porzucenia ścieżki wytyczonej ponad 40 lat temu przez Dario Argento. W otoczce okultystycznego horroru, Suspiria to przede wszystkim opowieść o zakorzenionym w naszej historii okrucieństwie, nacjonalizmie i zbrodniczych reżimach. Podzielona na sześć aktów i epilog historia podąża za Susie Bannion (Dakota Johnson), od jej początków na farmie w Ohio, na podzielonym murem Berlinie kończąc. Choć scena „mimowolnego” tańca jednej z dziewczyn zapowiadać może ekspresyjny festiwal krwi i przemocy, film Guadagnino praktycznie do samego końca folguje sobie pokazywanie okropności. Bo Suspiria to przede wszystkim obraz piękny w swej powściągliwości. Sceny taneczne to cudownie hipnotyczna fuzja zmysłowej kobiecości i dzikiej seksualności – pierwotna ekspresja ruchu i magicznej mocy. Po podlanym sporą ilością krwi, finalnym akcie, reżyser robi coś niespodziewanego. Swój film kończy z czułością i ciszą, dając widzom uroczysty moment do namysłu, a co ważniejsze, otwierając furtkę do refleksji nad naturą dobra i zła. Suspiria to interpretacyjne drzwi. By stać się aktywnym uczestnikiem tego wspaniałego rytuału, należy tylko dać poprowadzić się w tańcu.


Grzegorz Fortuna

Problemem nowej Suspirii nie jest wcale – jak można by się spodziewać – niemożliwość konkurowania z kultowym oryginałem, bo Luca Guadagnino ucieka z pola walki właściwie od razu, stawiając na autorską wizję i „hołd dla uczuć”, które towarzyszyły mu po seansie klasyka Daria Argenta. Szkoda jednak, że wyraźnie nie wie, co z tymi emocjami zrobić – lawiruje między kilkoma wątkami i niepotrzebnie porusza więcej tematów, niż jest w stanie udźwignąć. Jego film jest prawdziwą kopalnią wątków, od których filmoznawcze serca zwykły bić szybciej – mamy tu feminizm, psychoanalizę, nazizm i historię politycznych napięć – przez co łatwo budować na jego bazie kunsztowne i wymyślne interpretacje. Żadna z nich nie zmieni jednak tego, że Suspiria AD 2018 jest filmem przekombinowanym, męczącym, bałaganiarskim i wypełnionym nieuzasadnionymi zabiegami formalnymi; innymi słowy – filmem, który wszystkie wady nieudanych art-horrorów zamienia w dwuipółgodzinny destylat. W jednym z przedpremierowych wywiadów scenarzysta David Kajganich śmiał się, że oryginalna Suspiria „nie ma sensu jako opowieść”. To dość ironiczne, bo po seansie remake’u prosty i skuteczny scenariusz oryginału wydaje się jeszcze lepszy niż wcześniej.


Patryk Karwowski

Luca Guadagnino postanowił nie tyle odtworzyć na nowo fabułę, co zreinterpretować trylogię wykorzystując do tego kilka elementów z filmu Argento. Reżyser Tamtych dni, tamtych nocy (2017) poszerzył znaczenia Suspirii, rozciągnął makabreskę, rozsupłał worek z gore, który w kinowym mainstreamie w takim wydaniu gości rzadko, oddał hołd staremu artyście, wypuścił jego wiedźmy i dał im zatańczyć. Od pierwszych chwil na kolana potrafi rzucić imponująca praca kamery, opanowanie ruchu, ale i kadry stanowiące o źródle grozy. Otóż Suspiria to horror, który żyje nie tylko w szkole baletowej, ale i w każdym przedmiocie, otoczeniu i wokół niego. Nastrój niepokoju wzmaga łapany w obiektyw raz za razem róg kanapy, fragment krzesła, meblościanka, bo nadchodząca groza oddycha fragmentami życia swoich bohaterów, całym środowiskiem i tłem niezwykle ważnych wydarzeń. Na zewnątrz bowiem szaleje polityczna zawierucha, a akcja rozgrywa się w podzielonym na pół Berlinie w 1977 roku. Służby municypalne próbują opanować chaos, relacje telewizyjne donoszą o porwaniu samolotu Lufthansy „Landshut”, działania Frakcji Czerwonej Armii odbijają się rykoszetem od ścian zakleszczonego państwa, trafiają w ulicę i weryfikują nastroje na niej. Tło jednak, niezwykle wybuchowe, agresywne w swoich wyładowaniach nie może w pełni zakłócić rozgrywającego się na parkiecie aktu. Tutaj tancerki, co ironiczne, znajdują azyl pod matczynymi skrzydłami. Tam, gdzie Argento poskąpił nieco w temacie tańca, Guadagnino docisnął z ujściem tematu – tańcem jako pomostem, naturalnym, fizycznym językiem, ale i pewnym rytuałem przejścia, być może zaklęciem. Suspiria to perfekcyjnie zrealizowany film – dreszcz, niemal tak fizyczny, jak Opętanie (1981) Żuławskiego, tak artystyczny w niektórych sekwencjach, jak kino Tarkowskiego, w końcu bardzo wyrafinowany, otwarty dla interpretacji, rozwinięcia, rozmowy o nim, a przede wszystkim bardzo zachęcający do powtórnego z nim spotkania.


Piotr Kuszyński

Zabierając się za remake kultowego dzieła Argento, Luca Guadagnino stanął przed nie lada wyzwaniem. Pewne było, że gdyby spoczął jedynie na unowocześnieniu oryginału, zostałby uznany za kopistę, a film byłby z góry skazany na pozostanie w cieniu oryginału. Zamiast tego postanowił więc pójść swoją własną drogą, przy czym w trakcie tej wędrówki zdążył oddalić się od materiału źródłowego tak bardzo, że jego dzieło jest w zasadzie idealnym filmem dla tych, którzy Suspirii tak naprawdę nie lubią. Reżyser “naprawia” tu bowiem “wady” pierwowzoru. Ucieszy to wszystkich tych, którzy uważali, że fabuła była dotychczas zbyt pretekstowa, ponieważ tym razem intryga jest dużo bardziej rozbudowana, a bohaterki napisano z większą głębią. Jeżeli komuś nie odpowiadała odrealniona, baśniowa estetyka, to tu również film Guadagnino robi dużo dobrego. Otoczka tym razem jest dużo bardziej przyziemna, umieszczona w konkretnym miejscu i czasie, a psychodelia pojawia się tylko w odpowiednich momentach. Zapewne znajdą się też i tacy, którym nie odpowiadał soundtrack grupy Goblin, zbyt natrętny i hałaśliwy. Na to reżyser również znalazł receptę. Nową ścieżkę napisał Thom Yorke z Radiohead i zadbał o to, by muzyka była dużo bardziej subtelna i wtapiała się w tło zdarzeń. Szczerze powiedziawszy, nie bardzo rozumiem co miał reżyser na myśli mówiąc, że jego film jest hołdem dla dzieła Argento, skoro wymazał z Suspirii wszystkie te elementy, które się na nią składały i czyniły o jej wyjątkowości. Pozostał tu jedynie pomysł na fabułę, a to przecież najmniej istotny element oryginału. I w zasadzie to nie jest przecież zły film sam w sobie. Jest całkiem sprawny pod względem technicznym i na tyle ciekawy, że da się te dwie i pół godziny przesiedzieć przed ekranem bez większego zająknięcia. Rzecz jedynie w tym, że poszedłem do kina na kolejny, współczesny art-housowy horror, który równie dobrze mógłby nosić tytuł Berliński balet dla wolności. Bo Suspiria to na pewno nie była.


Sara Nowicka

Nie będę porównywać nowej Suspirii z filmem Argento, bo uważam, że mimo oczywistych podobieństw i odwołań, jest to zajęcie równie bezsensowne, co porównywanie ferii barw z odcieniami szarości (pozbawione wartościowania). Guadagnino stworzył film zupełnie inny. Kicz zastąpiony jest arthousem, ekstatyczna kolorystyka stonowanymi zdjęciami, a zamiast lapidarnych dialogów i ledwie naszkicowanych postaci dostajemy pełne metafor rozmowy i bohaterów z bogatym życiem wewnętrznym i określoną historią. Suspiria 2018 to doprowadzony do maestrii popis kinowego sensualizmu. Taniec odczuwa się każdą komórką, podskórne zagrożenie wypełza wprost z ekranu, a chłód przykrytego śniegiem Berlina powoduje dreszcze nawet w ogrzewanej sali kinowej. Muzyka, a pisze to jedna z największych antyfanek Radiohead, jest dokładnie taka, jaka być powinna i nie sposób wyrzucić jej z pamięci. Smaczków aktorskich jest tu co niemiara. Mnie najbardziej ucieszył epizod genialnego operatora i reżysera – Freda Kelemena, rola Angeli Winkler, ikony niemieckiego kina lat 70. (rewelacyjnej w Utraconej części Katarzyny Blum, 1975), obecność Susy z pierwszej Suspirii, czyli Jessiki Harper, oraz kreacja Małgorzaty Beli, której twarz robi bardziej niepokojące wrażenie niż sny czarownic. Tilda Swinton świetnie stworzyła postać wymagającej nauczycielki, natomiast powierzenie jej jeszcze dwóch innych ról jest według mnie posunięciem zupełnie bezsensownym, które ani przesadnie nie cieszy, ani nie pociąga za sobą głębszego znaczenia. Filmowi Guadagnino muszę wytknąć jeszcze jedną wadę. Moim zarzutem jest to, że wiele intrygujących i rozbudzających wyobraźnię wątków nie zostało doprowadzonych  do końca i nie łączy się w spójną całość. Niedosyt i fascynacja, chyba tak najlepiej mogłabym określić moje odczucia po seansie. Guadagnino, jako ekspert od zmysłowości, powinien być zatem dumny, że udało mu się stworzyć obraz budzący w widzu takie nienasycenie. Bo czyż nie o to chodzi w jego kinie?

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.