Wielogłos: Midsommar. W biały dzień (2019)

Szanowne, Szanowni! Jako że środa symbolizuje środek tygodnia, w najnowszym odcinku Wielogłosu przyglądamy się nowej produkcji spod ręki Ariego Arstera. Zakręcony wokół kultu letniego przesilenia Midsommar. W biały dzień to zdecydowanie jedna z najmocniej wyczekiwanych przez nas premier tego roku! Swoimi wrażeniami po seansie (a może doświadczeniu?) dzieli się z Wami sześciu ochotników – Oskar Dziki, Piotr Kuszyński, Sara Nowicka, Arek Szpak, Antoni Urbanowicz i Marcin Zembrzuski – co zaowocowało trzema opiniami pozytywnymi i trzema negatywnymi. Zapraszamy do lektury!


Oskar Dziki

Ari Arster kupił moje serce już przy okazji swojego pełnometrażowego debiutu, Hereditary. Dziedzictwo (2018). Nic więc dziwnego, że jego kolejny projekt był przeze mnie wyczekiwany na równi z nową odsłoną Gwiezdnych Wojen. Kupiłem zatem bilet, zasiadłem przed wielkim ekranem i… na ponad dwie godziny odpłynąłem. Midsommar. W biały dzień z obsesyjną wręcz manierą opowiada o przemijaniu, cykliczności (stąd zakręcenie wszystkiego wokół przesilenia letniego symbolizującego prawidła rządzące naturą) i próbie zrozumienia życiowych zmian, takich jak śmierć, starzenie się czy rozpadający się związek. Horrorowa konwencja zaciera tutaj granice między psychologią a mistycyzmem, zwykłymi ludzkimi emocjami a symbolicznymi koszmarami. Gdy bohaterowie trafiają już na teren Hårga, szwedzkiej komuny usytuowanej w malowniczych plenerach, Aster atakuje naszą percepcję niczym psylocybina. Midsommar jest raczej czymś w rodzaju narkotycznego doświadczenia niż seansu filmowego jako takiego. Choć w głównej mierze jest to mozaika skrzętnie wyłożona gatunkowymi tropami kłaniająca się zarówno Teksańskiej masakrze piłą mechaniczną (1974), Wzgórzom mającym oczy (1977), jak i oczywiście Kultowi (1973). Jednak fabuła filmu służy tutaj jedynie za punkt wyjścia a głównym zadaniem twórcy jest zabranie widza w emocjonalną podróż zwieńczoną podtapianiem w odmętach rozpaczy, by wyzwolić w nim sadystyczną euforię. To przede wszystkim historia wewnętrznej apokalipsy, jaką przeżywa Dani – w tej roli fantastyczna Florence Pugh. Jej droga nie ma na celu wpadania w nieuchronną pułapkę, ale polega na ucieczce z tej, w której już się znajduje. Midsommar jest jednym z tych dzieł, które można albo pokochać, albo znienawidzić. Czy nowy film Astera będzie z nami rezonował, zależy tylko od naszego osobistego bagażu doświadczeń i wrażliwości. Nie ma ucieczki od brutalności egzystencji, żadnego ciemnego kąta, w którym można się ukryć. Najlepsze, co możesz zrobić, to z uśmiechem patrzeć życiu prosto w oczy.


Piotr Kuszyński

Oh Ari, Ari. You did it again! Drugi pełny metraż Astera, podobnie jak jego dość głośny debiut, jest filmem, który pod pierzyną kina grozy skrywa przede wszystkim historię o rodzinnej tragedii i trudnościach związanych z próbą ułożenia na nowo rozbitego wcześniej życia. Oczywiście, znajomość konwencji gatunkowej (albo chociażby samego Kultu Robina Hardy’ego, którego echa dość wyraźnie wybrzmiewają tu podczas seansu) zdradza nam nie tylko straszliwą tajemnicę ukrytą pod otoczką idyllicznej, wiejskiej utopii, ale i w dużej mierze samo zakończenie opowieści. Midsommar to jednak jeden z tych obrazów, w których najważniejsze jest nie tyle to, co się w nim dzieje, lecz to, jak się to dzieje. To przede wszystkim świetna pożywka dla estetów, którzy kochają długie i piękne zdjęcia, zabawę formą i psychodeliczne efekty wizualne. Całość w swej naturze jest mocno mantryczna i próżno tu szukać chociażby dynamicznych zwrotów akcji (choć kilka razy skutecznie zaskakuje krótkimi scenami gore), co mi akurat pomogło w złapaniu odpowiedniego nastroju i wciągnięciu się w świat filmu. Dużo dobrego robi tu niepokojąca ścieżka dźwiękowa, która nie tylko kontrastuje z idyllą przedstawioną w obrazie, ale i świetnie współgra z narastającą psychozą głównej bohaterki. Przed grającą rolę Dani Florence Pugh chylę czoła ze względu na niezwykłą autentyczność jej kreacji, jeśli zaś chodzi o Astera, to z wypiekami na twarzy wyczekuję jego kolejnych filmów.


Sara Nowicka 

Mój problem z Midsommar polega na tym, że mimo naprawdę heroicznych prób, nie potrafię wyciągnąć z tego filmu nic dla siebie. Lubię hajowe kino, ale tu dostaję bad trip, który, mimo tego, że jest rozegrany bardzo wiarygodnie, nie prowadzi do niczego interesującego. Nie schodzę z bohaterami do piekła, ani nie uczestniczę w jakimś ekscytującym, transgresyjnym doświadczeniu. Lubię psychoterapeutyczne kino, po pierwszych scenach byłam pełna nadziei i z zaciekawieniem czekałam na to jak bohaterka poradzi sobie z traumą. Niestety, kilka powracających obrazów tragedii i przejście kobiety z trybu indywidualnego na tryb wspólnotowy nie załatwiają dla mnie sprawy. Midsommar ratuje finał (spoiler!), w którym walcząca o swoje zdrowie psychiczne Dani ponosi ostateczną klęskę i staje się taka, jak jej siostra – to prawdziwy horror! Jednak Aster i tu wprowadził zbyt wiele fałszywych nut, sugerując, że jest to opowieść o wyzwoleniu z toksycznego związku. Ten wątek w ogóle mi nie gra, bo po pierwsze – nie widzę tu żadnej więzi, zarówno ona, jak i on nie są wobec siebie szczerzy i nawet nie starają się ze sobą normalnie rozmawiać. Po drugie – jeżeli dla kogoś wyzwoleniem jest przejście z jednego uzależnienia (od chłopaka) w inne (od wspólnoty), to bardzo mnie to niepokoi. Lubię filmy zahaczające o pogaństwo, interesują mnie dawne systemy wierzeń. Uważam, że istnieje wystarczająca ilość przerażających zwyczajów, po które wystarczy sięgnąć do książek etnologów, by nie tworzyć dziwnej kombinacji realnych tradycji i fantazji. Oparcie się na źródłach dodałoby filmowi tego, czego brakuje mu najbardziej – prawdy. Jednak najbardziej jestem na Astera zła za sposób, w jaki pokazał wierzenia bohaterów. Wyśmiewanie innych kultur oraz ich rytuałów, nieważne jak głupie mogłyby się wydawać, jest dla mnie czymś nie do wybaczenia. Kolejny problem mam z brakiem niedopowiedzeń. Wszystko, co mogłoby budzić lęk, zostaje przetłumaczone, każde działanie społeczności jest wyjaśnione. Nie wspominając o tym, jak przewidywalne jest zakończenie każdej następnej sceny. Świetnie, że Aster zdecydował się opowiedzieć o potężnej w naszych czasach tęsknocie za wspólnotą, ale dlaczego musiał to zrobić w tak nieznośny sposób?


Arek Szpak

Straszny i sugestywny jest gęsto spowity atmosferą strachu i oczekiwania na złe prolog z  kulminacją w postaci przejmująco wygranej przez Florence Pugh sceny telefonu Dani do Christiana (Jack Reynor). Jak w poniekąd bliźniaczej sekwencji Hereditary, gdy grana przez Toni Colette Annie znajduje zdekapitowane ciało swojej córki – czego jako widzowie nie widzimy, a wyłącznie słyszymy – udaje się tu Asterowi, w kluczowej mierze za sprawą pełnego trwogi dźwięku, krzyku i wyobraźni, oddać jakąś bezlitośnie nagą, okrutną prawdę zderzenia z najgorszym. Efekt jest piorunujący. Jedyny taki w filmie. W swym głównym fabularnym zarysie Midsommar wpisuje się w rozpoznawalny w kinie gatunku wzór: dotknięta tragedią bohaterka lub bohater wyrusza w podróż do innego świata, do lasu, do jaskini lub do Szwecji, gdzie poddana lub poddany próbie odkrywa w sobie miejsca, o które się wcześniej nie podejrzewała/nie podejrzewał. Podobnie działo się choćby w znakomitym Zejściu (2005) Neila Marshalla, ale też w niedawnym Rytuale (2017) Davida Brucknera czy nawet w Antychryście (2009) Larsa von Triera. Tak jest i w Midsommar, w którym Dani, rozbita rodzinną tragedią,  krucha, niepewna siebie, zależna od dupkowatego Christiana, pod wpływem kuracji urządzonej przez lokalną szwedzką wspólnotę, wyswobadza się ze złego związku i przystaje do katów swoich niedawnych kompanów i partnera. Mimo iż obok tego, że mocno kliszowe (począwszy od zachowania Dani w scenie rytualnego samobójstwa, miałem złudną nadzieję, że finał będzie inny niż ten, na który przez blisko 2 godziny wszystko wskazywało), jest to również okropne (nawet jeśli los Christiana i jego kolegów rozumieć jako karę za ich arogancję, to co z Bogu ducha winą Connie i jej chłopakiem?), w recenzjach i omówieniach filmu zaskakująco często przeczytać można o jego emancypacyjnej kojącej sile. O dominującej „etyce troski” oznaczającej „akceptację cudzych słabości i zgodę na oddanie własnej uwagi i czasu na rzecz bezpieczeństwa bliźniego, o radykalnie pozytywnym, nie lękowym wymiarze całości”, o zakończeniu, które „może jest naiwne, może nieco utopijne„, ale niesie „falę pozytywnych uczuć”, bo opowiada o „narodzinach emocjonalnej wspólnoty” itd. Rzecz jasna, dyskusyjny odbiór zakończenia filmu – w moim odczuciu mocno  pesymistycznego, ale też ironicznego – sam w sobie niewiele ma wspólnego z jego jakością. Chociaż za to również go nie lubię. Podobnie jak za pretekstowość, z jaką kreśli Aster portrety bohaterów swojej, za przeproszeniem, bergmanowskiej psychodramy, bohaterów, którzy zdają się obchodzić go równie bardzo, jak Eliego Rotha obchodzili hostelowi turyści. Oraz za czysto fasadową spektakularność. Brawurowo sfotografowany, słoneczny, kwiecisty, narkotyczny, jawi się Midsommar jako spektakl na wskroś hochsztaplerski, równie efektowny, co pusty w swoim efekcie. Niby jest w nim ruch, taniec, seks, ale potu i ciała tyle, co na wakacyjnym obrazku w słonecznych barwach. Niby jest przemoc, oszpecenie, ogień, ale jakoś za czysto, od linijki, żebyś się tak z raz wzdrygnął/wzdrygnęła, tylko broń Boże bez odwracania wzroku, niepokoju, akurat do multipleksu, na początek lata.

Cytowane fragmenty pochodzą z tekstów Folkhorror i koniec wielkiej obrzydliwości Marcina Stachowicza oraz Wszyscy ludzie będą siostrami Klaudii Rachubińskiej.


Antoni Urbanowicz 

Bardzo chciałem pokochać ten film. Naprawdę. Jestem miłośnikiem zarówno Hereditary, jak i horrorów traktujących o różnorakich folkowo-zabójczych kultach. A jednak coś mi tutaj nie do końca zagrało. Pozornie wszystko w tej produkcji jest na właściwym miejscu. W scenariuszu mamy wyznawców zapomnianych szwedzkich religii, ostrą przemoc wymieszaną z makabrycznym czarnym humorem, wewnętrzną traumę głównej bohaterki, niebanalne spojrzenie na kres miłosnego związku. Na ekranie zaś zdjęcia rodaka – Pawła Pogorzelskiego, przenoszące nas w prawdziwie hipnotyczną immersję, z której uroków nie sposób się wyzwolić. Ponadto ekipa aktorska, z fenomenalną Florence Pugh na czele, sprawia, że wierzymy w rys psychologiczny postaci. Czego mi więc zabrakło? Otóż zabrakło mi elementu zaskoczenia, który podbije cało to misternie budowane napięcie do momentu, w którym zacznę się dusić w kinowym fotelu. Po prostu. Oglądając horrory nie chcę przewidywać sceny do przodu. Chcę, podobnie jak filmowi bohaterowie, czuć dezorientację wynikającą z konfrontacji z nieznanym. W innym przypadku oglądam jedynie zlepek scen prowadzących mnie do finału, który nie uderza tak, jak powinien, bo twórca zbyt szybko wyłożył wszystkie karty na stół. Grzech przewidywalności najbardziej boli w tym właśnie gatunku, a żaden artyzm i metafory nie powinny przesłaniać samej istoty grozy, lecz ją dopełniać. Wiedział to nawet i taki artysta artystów, jak Bergman przy swojej Godzinie Wilka (1968). I oto po wszystkim natrafiam na wywiad z Asterem, w którym zaznacza, że przewidywalny przebieg akcji był z góry świadomym wyborem. Oznacza to, że swoją autorską wizję wykonał dokładnie tak, jak zaplanował, a moje niezadowolenie wypływa najwyraźniej z tego, że nie jestem odpowiednim targetem tego filmu. Mimo wszystko z chęcią obejrzę Midsommar raz jeszcze przy okazji wydania jego reżyserskiej wersji – może właśnie w tych wyciętych 30 minutach odnajdę to, czego tutaj szukałem.


Marcin Zembrzuski

Początkowo bezlitośnie neurotyczny i pesymistyczny – czy tylko mi się wydaje, że swoim pierwszym aktem przebija depresyjność całego Hereditary?! – Midsommar staje się nagle utworem, który atakuje światłem, pięknymi kolorami i szerokimi uśmiechami. I robi to w sposób zawsze interesujący i fascynujący. Zaznaczmy jednak, że podróż bohaterów do szwedzkiej osady to jedno wielkie przejście na drugą stronę lustra. Jest to kilkakrotnie sygnalizowane wspaniałymi zdjęciami Pawła Pogorzelskiego, które przyjmują formę wizualnej metafory (a to połowę kadru zajmuje lustro, w którym odbijają się [wybrane] postaci, a to kamera obraca się do góry nogami, aby przez dłuższą chwilę przyglądać się drodze postawionej „na głowie”, a to bohaterowie przechodzą przez wielką bramę wyraźnie oddzielającą osadę od otoczenia, jak gdyby wchodzili do zupełnie nowego świata). Choć elementy zdające się wywodzić z Alicji w Krainie Czarów niejako ustępują miejsca zadziwiająco licznym i dokładnie ukazanym rytuałom (oto film zanurzony w folku po samą szyję!), jedno pozostaje niezmienne – symboliczny podział rzeczywistości na dwie strony. Ten prezentowany jest później nie tylko klasycznymi rozwiązaniami fabularnymi (oczywisty podział na szwedzkich gospodarzy i głównie bezmyślnych obcych), ale też, ponownie, czysto formalnie. Moim ulubionym fragmentem pozostaje tu ten, który prezentuje stary dobry efekt Dopplera (a przynajmniej coś bardzo doń zbliżonego). Oto bowiem obserwujemy szaleńczo tańczącą protagonistkę, a za chwilę jej chłopaka, który znajdując się bardzo blisko, a jednak w nieco innym miejscu, słyszy już muzykę kompletnie inaczej. Kiedy bowiem bohaterka znajduje się w samym centrum rytualnego tańca, jej ukochany – jak na nierozumiejącego ją i niepotrafiącego jej pomóc kolesia przystało – jest gdzieś obok, gdzieś poza. Przynależny innemu światu. Przy czym unosi się nad całością nie tylko duch klasycznego folk-horroru, ale też – mimo przemocy rozgrywanej zwykle gdzieś poza kadrem – pewnych grindhouse’owych splatterów. To intensywność i koszmarność w świetle dnia z Teksańskiej masakry piłą mechaniczną (oraz, oczywiście, scena z maską zrobioną ze świeżo odciętej ludzkiej twarzy), a także swoista absurdalność, masowe szaleństwo zamkniętej społeczności  i klimat radosnego mordu prosto z Dwóch tysięcy maniaków (1964). A to wszystko w filmie o radzeniu sobie ze stratą i traumą oraz brutalnym zrywaniu z niewłaściwym partnerem. Szczerze, byłem zahipnotyzowany. Jeden z filmów roku.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.