Wielogłos: Joker (2019)

Drogie panie! Szanowni panowie! Mili państwo! Kolejny odcinek Wielogłosu to niemalże Laurka. Prawdą jest, że mroczny hit ze świata DC bardzo się spodobał redakcyjnemu gronu, choć nie zabrakło w filmie elementów nas uwierających, o czym zresztą, nie zawahaliśmy się napisać! O tym, co w Jokerze działa, a co niekoniecznie piszą dla Was: Oskar Dziki, Caligula von Kömuda, Piotr Kuszyński, Marta Płaza oraz Antoni Urbanowicz. Zapraszamy do lektury!


Oskar Dziki

Trudno jest odmówić najnowszemu dziełu Todda Phillipsa bycia filmem, który ma wszelkie zadatki na stanie się kultowym. Znajdziemy tutaj przecież imponującą kreację aktorską Joaquina Phoenixa, zapierające dech w piersi i niezwykle klimatyczne zdjęcia Nowego… Gotham oraz całą masę łopatologicznie wyłożonego morału, wpisującego się idealnie w dzisiejszą modę na bycie smutnym i antyspołecznym introwertykiem. Phoenix zdecydowanie lśni jako żyjący na marginesie zgniłego do cna społeczeństwa, jednak jego przemiana w księcia zbrodni wydaje się w kontekście całego filmu po prostu mało przekonująca i zwyczajnie płytka. To kolejny cierpiący bohater, którego ciągłe (dosłowne) obrywanie po mordzie od otoczenia staje się z biegiem czasu nużące. Do tego wszystkiego Phillips ma brzydką manierę tłumaczenia nam wszystkich, składających się na chory umysł głównego bohatera niuansów. Pamiętacie jeszcze kultowy Fight Club (1999)? Wyobraźcie sobie, że Joker to taka przeniesiona w ramy komiksowego uniwersum historia Tylera Durdena, która nie dość, że traktuje siebie śmiertelnie poważnie, to jeszcze ma nas, widzów, za durniów, którym trzeba zilustrować wszystkie niedopowiedzenia pozbawiając pola do własnej interpretacji. Nie zrozumcie mnie jednak źle! Joker to wciąż kawał mięsistego, konkretnego kina! I chociaż postać przyszłego przeciwnika kolejnej inkarnacji człowieka nietoperza (wierzę, że tego typu konfrontacja może mieć miejsce)  – nie dosięga do kolan takiemu Killmongerowi z Czarnej Pantery (2018), dla scen takich jak ta w studiu nagraniowym czy obskurnej toalecie, naprawdę warto wybrać się do kina!


Caligula von Kömuda

Już pierwsze informacje o planach nakręcenia origin story na temat arcywroga Człowieka-Nietoperza brzmiały intrygująco, choć należało podchodzić do nich z pewną dozą nieufności. Wszak na reżysera wybrany został Todd Phillips, twórca z mało imponującym dossier, szerzej znany jako twórca trylogii Kac Vegas (2009-2013). Co z drugiej strony wróżyło dobrze, to mentorskie wsparcie Martina Scorsese i zapowiedzi, że gotowy film przypominać będzie wczesne dokonania Nowojorczyka. W istocie, Phillips nie zawiódł pokładanych w nim nadziei, a takie tytuły jak Taksówkarz (1976) czy Król komedii (1982) to faktycznie pierwsze tropy, jakie przychodzą do głowy w trakcie seansu. Nie bez kozery zresztą w drugoplanowej roli prowadzącego telewizyjny show podziwiać możemy Roberta De Niro, który przejmuje tu niejako lejce Jerry’ego Lewisa, którego niecałe cztery dekady wcześniej sam prześladował jako Rupert Pupkin. Ekranowy Joker, którego poznajemy jako Arthura Flecka ma z tamtym bohaterem sporo wspólnego. To życiowy nieudacznik, który marzy o karierze komika. Nieprzystosowany, bo cierpi na szereg schorzeń psychicznych, z których jedno owocuje niekontrolowanymi napadami śmiechu. Joaquin Phoenix tworzy personę udręczoną, godną politowania, zupełnie daleką od wcześniejszych interpretacji słynnego komiksowego łotra. Nie jest tylko ikoną, nie jest wiecznym wesołkiem, ani nieobliczalnym terrorystą – to na wskroś ludzka postać. . Nie ma w niej nic demonicznego, co najwyżej głęboki rys tragiczny. Świetny zabieg, który odcina tę wersję od wcześniejszych interpretacji postaci, a samemu Phoenixowi daje ogromne pole do popisu. Mi na równi jednak z poziomem aktorstwa, zaimponowała stylizacja — twórcy nawet nie starają się ukrywać przed widzem, że Gotham City to tak naprawdę Nowy Jork przełomu lat 70. i 80. Brudne, pełne walających się wszędzie śmieci ulice Bronksu tworzą perfekcyjne, apokaliptyczne tło dla opowieści o ludzkości powoli zmierzającej ku obłędowi. Bo w szaleństwo stacza się nie tylko sam Fleck, ale i całe jego otoczenie. Bieda, niezadowolenie społeczne, korupcja warstw rządzących. Wszelkie komiksowe konotacje wydają się w tym przypadku jedynie zręcznym wybiegiem, aby opowiedzieć mroczną historię o facecie, który nie wytrzymał lat upokorzeń i postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Formalnie, realizacyjnie i aktorsko kapitalna to rzecz, która posiada swe drobne wady, jednak są one na tyle mało istotne, że w ogólnym rozrachunku można je pominąć milczeniem.


Piotr Kuszyński

“Joker w solowym filmie bez Batmana? To durne i nie może się udać” – Tak mniej więcej wyglądała moja reakcja na pierwsze newsy o rozpoczęciu prac nad omawianym tu filmem. Później, gdy o produkcji wiadomo było już nieco więcej, pojawiły się pierwsze fotki, a w końcu także zwiastuny mój sceptycyzm powoli zaczął ustępować miejsca fascynacji (i przy okazji zrobiło mi się nieco głupio za mój wcześniejszy brak wyobraźni!). A gdy już wyszedłem z kina, to byłem pod niesamowitym wrażeniem. Spytacie: czego właściwie? Prawda jest taka, że najnowszy film Todda Philippsa nie jest szczególnie oryginalny ani pod względem podjętego tematu, ani pod względem sposobu jego realizacji ( o tym, jak dużo podbiera on z twórczości Martina Scorsese, zdążyła napisać już zresztą przynajmniej połowa filmowej blogosfery) i jeżeli wyróżnia się pod jakimś względem, to przede wszystkim tym, że stanowi on obecnie interesującą  alternatywę dla popowych widowisk Marvela. Kino jednak nie musi być w żadnym stopniu odkrywcze, by podbijać ludzkie serca, a przecież to właśnie się Jokerowi udaje. Główna w tym, oczywiście, zasługa Jaquine’a Phoenixa, który jako chory i pomiatany przez wszystkich wokół Arthur Fleck potrafi wykrzesać z widzów cały szereg emocji, od śmiechu, po bezsilność, współczucie, czy też olbrzymi smutek. Całość podbija niesamowicie brudna estetyka Nowego Yorku z początku lat 80, co w rezultacie dało film, który sprawił, że poczułem się jak zmięta kartka papieru wrzucona do kosza i zasypana stosem gnijących śmieci. Poproszę tego więcej!


Marta Płaza

Gdy Czarna Pantera (2018) została nominowana do Oscara w kategorii „najlepszy film”, ironicznym uśmiechom nie było końca. Dla wielu komentatorów nominacja dla „super bohaterskiego” filmu była jednoznacznym potwierdzeniem spadku znaczenia statuetki złotego facecika w środowisku filmowym. Jednak, gdy kilka miesięcy później, na festiwalu w Wenecji, nagrodę dla najlepszego filmu zgarnęła inna historia z komiksowym rodowodem, żarty poszły na bok. Joker w reżyserii Todda Phillipsa poszedł śladem Logana (2017), zmieniając nie tylko sposób opowiadania o rysunkowych (anty) bohaterach, ale i to jak one są postrzegane przez publiczność, a ta, miała zostać filmem reżysera Kac Vegas (2009), znokautowana. Świat Arthura Flecka wali nas po gębie na każdym kroku. Zasyfione ulice, wściekli ludzie, nędza i brak perspektyw. Psychiczne zaburzenia Arthura wydają się więc logicznym efektem życia w takim miejscu. Gdy krok po kroku nasz bohater pogrąża się w odmętach szaleństwa, przy jednoczesnym braku reakcji kogokolwiek z boku, bezsilnie czekamy na finał, do którego prowadzi życie w społeczeństwie, w którym ciężko o uśmiech. Joker to realizatorskie mistrzostwo. Scenografia, wzbogacona o wyborną muzykę Hildur Guðnadóttir odpowiednio dołuje, Phoenix doprowadza aktorstwo do punktu, do którego docierają nieliczni, a Phillips opowiada tę swoją niezwykłą historię, która mimo komiksowego rodowodu, bardzo mocno dotyka tego co w każdym z nas tkwi: potrzeby bliskości i zrozumienia, które tak często jest trudne do znalezienia. W tej koronkowo poprowadzonej opowieści Phillips nie uniknął pewnych uproszczeń, jak chociażby przy portretowaniu leczenia Arthura, które mimo wpisania w kontekst opowieści, ostatecznie może powielać krzywdzące stereotypy na temat psychiatrycznej hospitalizacji. Te spłycenia czy skróty, ostatecznie jednak prowadzą do tego co w całym filmie jest najważniejsze: widowiska, jakim jest przemiana Arthura Flecka w Jokera. Czy tego chcemy czy nie, Arthura – everymana, który w jakiejś części jest każdym z nas. Po której stronie społeczeństwa ostatecznie się znajdziemy?


Antoni Urbanowicz

DCEU zbyt późno dołączyło do celuloidowych herosów i zbyt szybko chciało nadgonić swoich disneyowskich konkurentów, przez co porażka poganiała porażkę, a ich uniwersum wydawało się nie do odratowania. Aż tu nagle, z talii trefnych kart wypada Joker. R-Rated i to, w dodatku, w reżyserii autora serii Kac Vegas. Czy na tyle ryzykowny krok mógł się udać? Raczej nie. Czy się udał? Jak najbardziej! A to wszystko przy głośnym huku rozmaitych kontrowersji i oklaskach podczas wręczania Złotego Lwa dla filmu komiksowego. Chyba wylądowałem w alternatywnej rzeczywistości. Jeśli tak ma wyglądać współczesny mainstream, to chcę tu zostać na dłużej! Zmęczony już jestem obserwowaniem, jak komiksowe adaptacje sprowadzają się do bandy generycznych trykociarzy ratujących świat przed generycznym złolem z kosmosu. Ileż można! Co innego oglądanie losów takiego Arthura Flecka. Smutnego, chorego faceta, który – podobnie jak całe DCEU – desperacko szuka zarówno poklasku, jak i swojego miejsca na świecie. Obojętnie czy uważacie ten film za prowokacyjne dzieło, czy za niebezpiecznego gniota, to z jednym musicie się zgodzić. Ten film to wydarzenie, które może sporo namieszać w komiksowym świecie, a być może i w całym głównym nurcie. Jego finansowy sukces może otworzyć drogę do autorskich wysokobudżetowych produkcji, które będą podejmować pewne ryzyko, a nie tylko i wyłącznie klepać po pleckach swojego widza i zapewniać mu bezpieczną jazdę wagonikiem po radosnej wiosce Smurfów. Być może Joker okaże się akurat tą jaskółką, która wiosny nie czyni, i w dalszym ciągu nie dostaniemy R-Rated Batmana, ale i tak jeszcze długo będzie o nim głośno. To nietuzinkowy obraz, który, choć czasem uderzy łopatą w głowę (nieszczęsny wątek Sophii), to swoją ambicją i charakterem przykuwa do ekranu, a po samym seansie wciąż będzie nas dręczyć i niepokoić.

1 Komentarz

  1. „na reżysera wybrany został Todd Phillips, twórca z mało imponującym dossier”
    „w reżyserii autora serii Kac Vegas”
    „Joker w reżyserii Todda Phillipsa poszedł śladem Logana (2017), zmieniając nie tylko sposób opowiadania o rysunkowych (anty) bohaterach, ale i to jak one są postrzegane przez publiczność, a ta, miała zostać filmem reżysera Kac Vegas (2009), znokautowana.”

    Todd Phillips zadebiutował dokumentami HATED GG ALLIN & THE MURDER JUNKIES i FRAT HOUSE, więc tak właściwie to już ma, w którejś szufladce opłaconą legitymację twórcy filmów kultowych.

    https://mubi.com/films/hated-gg-allin-and-the-murder-junkies/trailer

    A poza tym ja tam lubię ROAD TRIP i STARSKY’EGO & HUTCHA.

    https://youtu.be/I2AEdx_-lMM

    IMO to właśnie przy tym nowym JOKERZE nie ma się z czego chwalić. Jestem komiksowym nerdem i lubię Nolanowe DARK KNIGHTY, i Ledgera, ale najgorsze, co te filmy zrobiły, to spopularyzowanie interpretacji Jokera jako jakiegoś cool anarchistycznego buntownika, który drwi sobie z systemu. Film Phillipsa idzie o krok dalej i robi z niego smętną ofiarę tego systemu, której mamy współczuć. Tradycyjne to Two-Face jest arcywrogiem Batmana z niejednoznacznym, tragicznym originem i zaszłościami z systemem, u Jokera coś takiego nie ma sensu.

    Piszecie, że ten film jest mało oryginalny, ale on nie ma w sobie nic oryginalnego. To zlepek DARK KNIGHTA z pokoleniem Movie Bratsów (z TAXI DRIVEREM i THE KING OF COMEDY na czele), ale tylko papuguje ich estetykę. Ronald Reagan (który jest ważną postacią dla mitologii tych konkretnych filmów Scorsese) na początku lat 80 odcinał fundusze dla instytucji ochrony zdrowia psychicznego, więc nawet te całe społeczne przesłania są z recyklingu i nie mówią nic od siebie.

    Phoenix też się powtarza, bo grał brawurowo takie postacie co najmniej w kilku filmach. W MASTERZE i YOU WERE NEVER REALLY HERE. Film Lynne Ramsay to niby też był nowy TAXI DRIVER, więc nie wiem, tam był gruby, tu jest chudy, rzeczywiście niepowtarzalne aktorstwo.

    Pamiętam jak LOGAN zraził mnie pierwszą sceną, w której pijany Rosomak zaczyna przeklinać i dźgać Meksykanów, którzy chcą mu ukraść felgi. Myślałem wtedy, że to najbardziej tania, desperacka i żałosna próba podczepienie sobie mrocznej i politycznie ważnej łatki przez film jaką w życiu widziałem, teraz widzę, że nie umywa się do JOKERA. I jeśli to ma być jaskółka zwiastująca nową jakość, to ja już chyba wolę oglądać te niekończące się kinowe seriale od Marvela.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.