Wiadro krwi (1959). Widzę artyzm w tym trupie!

Myśleliście kiedyś, że prawdziwy artysta jest zdolny do wszystkiego w imię prawdziwej sztuki? Jeżeli tak, to – według Rogera Cormana i jednego z jego filmów – bardzo dobrze myśleliście!

W 1959 roku do Cormana zgłosiła się wytwórnia American International Pictures z propozycją nakręcenia horroru. Młody reżyser, dostając do ręki jedynie 50 tysięcy dolców, pięć dni zdjęciowych, oraz „resztki” planu po filmie Diary of a High School Bride (1959), postanowił przystąpić do pracy. Ostatecznie jednak zamiast typowego straszaka, zdecydował się nakręcić coś innego – Wiadro krwi, czyli  soczystą satyrę na artystyczny światek epoki bitników, którzy już wkrótce mieli ustąpić miejsca hipisom. Jak wieść niesie, Corman ze swoim stałym współpracownikiem, scenarzystą Charlesem B. Griffithem, mieli wpaść na ten pomysł w ciągu jednego dnia, kiedy to włóczyli się po artystycznych knajpach obserwując występy lokalnych twórców. Pod koniec lat pięćdziesiątych, kiedy Skowyt Allena Ginsberga zdążył już wzbudzić święte oburzenie, czarna komedia opowiadająca historię artysty-mordercy rozkochanego w rzeźbiarstwie i wysublimowanej poezji była strzałem w dziesiątkę i przewrotnym zamknięciem epoki.

Głównym bohaterem Wiadra krwi jest nieśmiały i wrażliwy Walter, pracujący na co dzień jako kelner w knajpie The Yellow Door, będącej siedzibą lokalnej bohemy artystycznej. Słuchając wzniosłej poezji i obserwując koncerty muzyków, Walter sam skrycie marzy o sławie i poważaniu, jakimi cieszą się występujący w lokalu artyści. Jego marzenie zaczyna się pomału ziszczać, gdy pewnego dnia przez przypadek zabija kota kobiety, u której wynajmuje mieszkanie. Jednak zamiast przygotować zwierzakowi pochówek, mężczyzna decyduje się przerobić go na gipsową rzeźbę, która wzbudza ogólne poruszenie w artystycznym światku. Sława to ulotna sprawa, więc już wkrótce Walter jest zmuszony do stworzenia podobnej pracy. Chcąc utrzymać się na świeczniku staje się mordercą i przerabia swoje kolejne ofiary na „dzieła sztuki”…

Wiadro krwi, czy też jak brzmiał wdzięczny, roboczy tytuł – The Living Dead, w lokalnych gazetach było reklamowane takim oto zręcznym sloganem: „Jeżeli przyniesiesz… wiadro krwi szefostwu kina lub do kasy biletowej, dostaniesz wejściówkę za darmo!”. Jednak pomimo takiej zapowiedzi, jak i skądinąd makabrycznego tytułu, film Cormana zręcznie balansuje na granicy potworności i czarnego humoru. Liczy się przede wszystkim dobra zabawa i bezczelna szydera z artystycznej pretensjonalności, dlatego elementy grozy są tu jedynie zgrabnym uzupełnieniem, a nie dominującą częścią filmu. Nadal jednak pomysłowość niektórych scen morderstw może robić bardzo duże wrażenie! W tak poprowadzonej historii świetnie sprawdza się Dick Miller, który w roli neurotycznego Waltera umiejętnie łączy nieśmiałość bohatera z pożerającą go obsesją sławy i potrzebą przynależności do elitarnej grupy. Obsesją, która pcha go w odmęty zbrodni i szaleństwa. Całość oczywiście podana jest z iście cormanowskim wyczuciem stylu, dlatego sam główny bohater bardziej bawi i intryguje, niż przeraża.

Po zakończeniu zdjęć aktor był jednak bardzo nieszczęśliwy z powodu tego, jak niski budżet wpłynął na jakość filmu, osłabiając jego najlepsze momenty. Beverly Gray, w książce Roger Corman: Blood-Sucking Vampires, Flesh-Eating Cockroaches, and Driller Killers przywołuje taką wypowiedź Millera: „Gdyby mieli więcej pieniędzy na produkcję, nie musielibyśmy używać manekinów jako rzeźb; gdybyśmy nie musieli kręcić ostatniej sceny ze mną wiszącym z jakimś szarym makijażem, zamiast porządnej charakteryzacji, mógłby to być bardzo klasyczny mały film. Historia była dobra; gra była dobra; humor był dobry; czas był właściwy; wszystko było w porządku. Ale nie mieli pieniędzy na dopracowanie pewnych elementów i całość przez to ucierpiała”. Z perspektywy czasu krytykę aktora można ocenić jako mocno przesadzoną. Film przy budżecie 50 tysięcy dolarów zarobił 180 tysięcy, a pod względem jakości był wówczas jednym z lepszych obrazów reżysera. Dopracowana historia, rozbudowana scenografia i utalentowani aktorzy, a do tego jazz w tle – to wszystko sprawiło, że Wiadro krwi z pewnością mocno wyróżniało się na tle zazwyczaj około godzinnych historyjek, w których Corman eksperymentował z przeróżnymi gatunkami na początku swojej kariery.

Z kolei wytwórnia AIP, mimo że początkowo oczekiwała od Cormana horroru, ostatecznie doceniła komediowe walory Wiadra krwi. Plakat filmu, składający się z humorystycznych komiksowych rysunków, wręcz obiecywał widzom, iż „pochorują się ze…śmiechu!”. Obietnicy tej udało się dotrzymać! Ze względu na ograniczony budżet, co bardziej wymagające sekwencje zostały rozegrane poza kadrem, w zamian oferując widzom smoliście czarny humor, z jednej strony parodiujący kryminalne historie o mordercach, z drugiej zaś błyskotliwie punktujący świat zblazowanych artystów. Julian Burton, który wcielił się tu w postać zmanierowanego poety, rzekomo sam napisał cały wiersz „Life is a bum” zaprezentowany na początku filmu, starając się, aby ten naśladował – a jednocześnie parodiował – sztukę bitników, której głównym założeniem była swoboda twórcza.

Film inspirowany był nie tylko klimatem kulturalnego świata lat pięćdziesiątych, ale i klasycznym Gabinetem figur woskowych (1933) w reżyserii Michaela Curtiza, w którego centrum znajdował się pewien rzeźbiarz – właściciel gabinetu figur woskowych podejrzany o wykradanie ciał z kostnicy. Dwadzieścia lat później, w kolejnej wariacji na temat tej historii, zagrał sam Vincent Price, który już w rok po premierze Wiadra krwi miał się stać ulubioną gwiazdą Cormana.

Tymczasem sukces małego filmu o artyście-mordercy, zainspirował reżysera do stworzenia wespół z Griffithem kolejnych dwóch komediowych wariacji na temat kina gatunkowego. Pierwszym – nakręconym w zaledwie dwa dni, na planie Wiadra…, tuż przed jego zniszczeniem, był Sklepik z horrorami (1960). Z kolei rok później powstał Potwór z morza (1961) – parodia kina szpiegowskiego i monster movies w jednym. Co ciekawe, po latach sam Corman przyznał, iż najtrudniejszym gatunkiem wcale nie jest horror, a właśnie komedia. „Nawet jeśli twój horror nie jest zbyt dobry, dostaniesz kilka okrzyków i nic ci nie będzie. W komedii, jeżeli widzowie się nie śmieją, to już po tobie!”. Dzisiaj efekty jego współpracy z Griffithem wspominane są z rozrzewnieniem przez fanów. Mimo że z trójki filmów nakręconych na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, Sklepik z horrorami cieszy się największą popularnością (głównie ze względu na występ młodego Jacka Nicholsona), to właśnie Wiadro krwi prezentuje najlepszy poziom. Jako ironiczny film-manifest głoszący wyższość kina jako rozrywki nad wydumaną sztuką, znakomicie wpisuje się w kontekst całej twórczości Cormana. Reżysera, który swoje obrazy kręcił za grosze i w pośpiechu, a mimo wszystko zdołał obdarzyć sercem i unikatowym klimatem; który od dziesięcioleci uwielbiany jest przez kolejne pokolenia miłośników filmowego szlamu. Znakomite wyczucie kwintesencji taniego kina widać w tej jego wypowiedzi: „Jedną z najgorszych rzeczy, jaką możesz zrobić posiadając ograniczony budżet, jest próba nakręcenia jakiegoś świetnie wyglądającego filmu. To właśnie wtedy kończysz z naprawdę beznadziejną historią”. W artystycznym świecie, gdzie twórcy myślą jedynie o tym, jak za wszelką cenę prześcignąć swojego konkurenta, potrzebny jest właśnie taki Roger, który przypomni wszystkim, jak dużo radości może dawać sztuka, gdy pozbawi się ją bufonady i pretensjonalności.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.