Upiór w operze (1989). Tylko muzyka i miłość są wieczne

Nazwisko Dwighta H. Little fani horroru mogą znać z nakręconego w 1988 roku Halloween IV: Powrotu Michaela Myersa. Nie był to twórca świecący triumfy w Hollywood – nakręcił też sequel do Uwolnić Orkę (1995) czy filmową adaptację Tekkena (2010), filmy nie mające zbyt dobrej reputacji – i o wiele lepiej sprawdzał się jako twórca telewizyjny. Robert Englund to z kolei legenda kina grozy, odtwórca Freddy’ego Kruegera w serii Koszmar z ulicy Wiązów (1984-1994). Pieniądze na całe przedsięwzięcie wyłożył Menahem Golan, jeden z włodarzy kultowego dziś studia Canon specjalizującego się w filmach akcji z Chuckiem Norrisem i wszelkiej maści tanich pulpach. Biorąc pod uwagę wszystkie te znaki można pomyśleć, że omawiany poniżej film będzie kiczowatym slasherem podpinającym się pod klasykę literatury, w którym gwiazda popularnej serii będzie powielać swoją psychopatyczną kreację. Otóż nic bardziej mylnego. Upiór w operze z 1989 roku jest brutalną, ale cieszącą oczy, gęstą i całkiem oryginalną interpretacją klasycznej historii, która na srebrnym ekranie gości od czasów kina niemego.

Rzecz rozpoczyna się w czasach współczesnych. Christine Day (Jill Schoelen) jest śpiewaczką ubiegającą się o rolę na Brodwayu. Szukając w bibliotece czegoś, co mogłaby zaprezentować na przesłuchaniu, znajduje stare nuty z zapisem utworu Don Juan triumfujący autorstwa niejakiego Erika Destlera (Robert Englund). Christine śpiewa go, przez co mdleje i przenosi się do XIX wieku – czasów, w których Destler żył i uchodził za upiora straszącego w jednej z londyńskich oper. Od tego miejsca fabuła niewiele różni się od każdej innej adaptacji powieści Gastona Leroux. Christine jest utalentowaną śpiewaczką, a Erik, owładnięty obsesyjnym uczuciem do niej, stara się jej pomóc zostać gwiazdą; gotów nawet posunąć się do morderstwa.

Ciekawym i znaczącym dodatkiem wprowadzonym do fabuły są motywy faustyczne (pierwszy raz do opowieści o Upiorze włączył je Brian De Palma w 1974 roku). Erik okazuje się bowiem kompozytorem, który dla zyskania sławy zawarł pakt z Diabłem; w zamian jednak jego twarz została dotkliwie okaleczona. Jest to także pierwsza w historii filmowa adaptacja, w której Upiór nie nosi maski (drugą jest wersja Dario Argento z 1998).

Strona wizualna filmu powinna wprawić w zachwyt każdego miłośnika wiktoriańskiego klimatu. Londyn łączy w sobie piękno i brzydotę; będziemy przemierzać jego ciasne, zamglone i przyprószone śniegiem ulice, ale również podziwiać kunsztowne, jakby żywcem wyjęte z baśni, wnętrza. Pod względem tonu również doświadczymy charakterystycznego dla Upiora tragizmu, tym razem jednak został on doprawiony soczystą dawką krwawych i brutalnych scen. Podobnej ambiwalencji można doszukiwać się w kreacji Englunda, tak różnej od tego, co prezentował sobą jako Freddy Krueger. Jego Erik jest szalony, okrutny i wzbudza niepokój, ale też duży nacisk położono na ukazanie jego drugiego oblicza – wrażliwego, nieszczęśliwego artysty, postaci tragicznej, która bardziej niż przeraża, wzbudza współczucie. I szkoda, że Englund został później zaszufladkowany w rolach psychopatów i potworów, ponieważ swoim występem w Upiorze pokazał, że byłby w stanie udźwignąć na swoich barkach bardziej dramatyczne role. Z natury jest on człowiekiem niezwykle sympatycznym, posiadającym w sobie olbrzymie pokłady pasji i właśnie w roli Erika mógł te bardziej „ludzkie” cechy pokazać na ekranie.

Jedynym, co może drażnić w Upiorze, są segmenty mające miejsce we współczesności, bo choć są klamrą spinającą historię w całość, ta doskonale poradziłaby sobie bez nich. Zwłaszcza, że finał (bez wdawania się w szczegóły) jest z lekka głupawy, a przeniesienie się bohaterki w czasie całkowicie zbędne. Staje się ona bowiem kimś zupełnie innym i nie pamięta swojego poprzedniego życia w XX wieku, co tym bardziej czyni ten wątek mętnym i wymuszonym.

Dzięki Upiorowi w operze fani horroru mogą na własnej skórze przekonać się, że Robert Englund to nie tylko Freddy Krueger i dla samej jego roli warto po ten film sięgnąć. Fani powieści Lerouxa mogą się poczuć rozczarowani bardziej krwawym podejściem do tematu, ale myślę, że nie będą mieli do czynienia z żadną profanacją ulubionej książki. To luźna adaptacja, z kilkoma interesującymi pomysłami i przepięknymi zdjęciami i scenografiami. Perełka, którą bez dwóch zdań warto odkurzyć.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.