Ukryty (1987). Kosmici też kochają rock’and’rolla

Kino amerykańskie uczy nas, że USA jest najczęściej odwiedzanym przez kosmitów miejscem na naszym globie. Jedni przybywają, żeby nas podbić, drudzy, żeby wykorzystać nasze hormony do produkcji narkotyków, a jeszcze inni, żeby po prostu łupić, gwałcić, mordować i słuchać rock’and’rolla. To właśnie temu ostatniemu przypadkowi poświęcony jest kultowy dziś Ukryty w reżyserii Jacka Sholdera (Alone in the Dark (1982), Koszmar z ulicy Wiązów 2: Zemsta Freddy’ego (1985)).

Rzecz zaczyna się od napadu na bank. Niejaki Jack DeVries (Chris Mulkey), dotychczas uznawany za miłego, cichego człowieka, nagle wpada w prawdziwy szał – morduje i rabuje bez konkretnego powodu. Zostaje jednak zatrzymany w trakcie obławy policyjnej i ciężko poparzony trafia do szpitala. Sprawa wydaje się zamknięta, jednak krótko potem podobnym szaleństwem zostaje opętany schorowany staruszek Jonathan Miller (William Boyett). W ślad za świeżo upieczonym przestępcą ruszają detektyw Thomas Beck (Michael Nouri) i przyłączający się do niego tajemniczy agent FBI Lloyd Gallagher (Kyle MacLachlan). Okazuje się, że na Ziemię przybył zły kosmita, który zaszywa się w żywych organizmach i wykorzystuje je do robienia wszystkich złych rzeczy wymienionych w pierwszym akapicie; ciało Gallaghera kontroluje z kolei dobry kosmita, który chce tego pierwszego powstrzymać.

Przy okazji Ukrytego mamy do czynienia z rasowym kinem sensacyjnym z domieszką science-fiction. Zaczynamy od napadu na bank oraz całkiem spektakularnej sceny pościgu i tempo (z wyjątkiem dwóch scen, o których później) w gruncie rzeczy nie zwalnia. Scenarzysta Jim Kouf zadbał o to, by w filmie nie znalazła się ani jedna niepotrzebna scena; jego praca wydaje się wręcz „skrojona na miarę”. Nie dowiadujemy się zbyt wiele o przybyszach z kosmosu, ale nie jest to nam do niczego potrzebne. To, co wiedzieć powinniśmy, zostaje nakreślone w kilku liniach dialogowych, które nie mówią nam zbyt wiele (film zyskuje dzięki temu na tajemniczości i pobudza naszą wyobraźnię), ale wystarczająco, byśmy nie czuli niedosytu.

Ukrytego można także podpiąć pod klasyczne buddy movie. Dwójkę głównych bohaterów cechuje to, że pod względem charakteru są swoimi przeciwieństwami i na przestrzeni filmu będą ścierać się ze sobą i próbowali jakoś współpracować. Beck jest z lekka cholerycznym, zmęczonym detektywem, kompletnie zagubionym w niecodziennej sytuacji i to do niego należy większość zabawniejszych kwestii. Gallagher z tytułu bycia kosmitą jest o wiele bardziej wycofany, ekscentryczny i w kontakcie z ziemską rzeczywistością niejednokrotnie nie wie, jak się zachować. Z jego postacią związana jest także pewna doza tragizmu, ponieważ, jak się dowiadujemy, zły kosmita przed przybyciem na Ziemię zabił jego rodzinę. A ponieważ mamy do czynienia z buddy movie, to wykorzystany zostaje częsty w tego typu produkcjach schemat konstrukcyjny. Jak już wspomniałem – film w gruncie rzeczy posiada wartkie tempo, nie oznacza jednak, że nie zwalnia on w ogóle. Są w filmie dwa takie momenty, które służą nam widzom na złapanie oddechu, a scenarzyście – na rozwinięcie bohaterów. Jeden w środku filmu i drugi przed finałowym aktem.

Biorąc pod uwagę koncept, jakim Ukryty się posługuje, trudno jest go posądzać o bycie filmem w stu procentach poważnym. Oprócz lekko przerysowanej kreacji Michaela Nouri zobaczymy, jak zły kosmita będzie zmagał się z chorobą żołądka opanowanego przez siebie staruszka, przejmie także kontrolę nad striptizerką i odbędzie stosunek płciowy, w którym zabije swojego partnera nadmiarem wrażeń; nie wspominając o jego zamiłowaniu do ostrej rockowej muzyki, którą zresztą wypełniony jest soundtrack filmu. A ponieważ jest to produkcja New Line Cinema, znajdziemy wśród obsady aktorów znanych chociażby z serii Koszmar z ulicy Wiązów (1984-1994) takich jak Clu Gulager, Clarence Felder czy Lin Shaye. Małe cameo zalicza nawet Danny Trejo.

Można powiedzieć, że Ukryty bierze pewien schemat kina sensacyjnego i doprowadza go do perfekcji. To film niby nieszczególnie oryginalny, a jednocześnie unikalny. Bierze przemaglowany przez mnóstwo filmów koncept i robi z nim coś prostego, a jednocześnie coś, na co nikt inny nie wpadł. Bo czy ktokolwiek zna jakiegokolwiek innego kosmitę, który miałby zamiłowanie do Ferrari i rocka? Toż to genialne w swojej prostocie!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.