Thundercrack! (1975). Uderzył deszcz, wybuchła noc, przy drodze pusty dwór…

Burzliwa noc gdzieś na głębokiej amerykańskiej prowincji. Wichura, pioruny co rusz przecinają niebo, leją się strugi deszczu. Grupa obcych sobie przybyszy znajduje schronienie w posiadłości Prairie Blossom, zamieszkiwanej przez owdowiałą Gert Hammond (Marion Eaton). Gospodyni, która dawno nie podejmowała żadnych gości, jest wniebowzięta niespodziewanymi odwiedzinami. Uwięzieni przez burzę nieznajomi postanawiają trochę się zabawić. Traf jednak chce, że wszyscy zgromadzeni posiadają swoje dziwactwa i w większości przypadków są konkretnie napaleni, przez co ta długa noc okaże się pełna wrażeń…

Film Curta McDowella początkowo miał przyjąć formę beztroskiej wizualizacji fantazji seksualnych swoich twórców. Kiedy jednak autorzy pierwotnej historii oddali ją w ręce George’a Kuchara, w życiu prywatnym kochanka reżysera, a na co dzień undergroundowego filmowca o konkretnej renomie, ten powrócił ze scenariuszem liczącym 192 strony. Po brzegi naładowanym absurdalnym humorem i jeszcze bardziej perwersyjnym niż wstępnie zakładano. Planowany jako skromny projekt, obraz rozrósł się do olbrzymich rozmiarów. Jedno nie uległo wielkiej zmianie: budżet. Wprawdzie udało się pozyskać finansowanie ze strony dziedziców fortuny sieci fast foodów Burger Chef (którzy studiowali z McDowellem na jednym roku reżyserię), ale wystarczy spojrzeć na gotowy produkt, aby zorientować się że środki włożone w produkcję pochłonęły głównie wypożyczenie sprzętu, gaże dla obsady i taśma filmowa.

Ze względu na swój specyficzny charakter, Thundercrack! nie zarobił rzecz jasna fortuny (delikatnie mówiąc…), a część kopii mocno pocięto, aby uczynić film bardziej przystępnym dla widzów. Nawet to jednak nie pomogło, bo i niby w jaki sposób miałoby? Dzieło McDowella to unikatowy miks gatunków. Sztafaż rodem z klasycznego kina grozy spotyka czarna komedię, w dodatku w historii roi się od scen pornograficznych. A wszystko w stylowej czerni i bieli! Toż to dopiero kuriozum. Gdy piszę o elementach porno, bynajmniej nie mam na myśli „mainstreamowego” wydania z epoki, pokroju Głębokiego gardła (1972) czy Debbie Does Dallas (1978). Oh nein, meine Damenund Herren! Tutaj seks ciężko powiązać z jałowym podnieceniem na widok frywolnych czynów cheerleaderki. To raczej obfity katalog zboczeń, tudzież czynności erotycznych prezentowanych w mało estetyczny sposób. W pewnym momencie bohaterowie po kolei zamykają się w pokoju wypełnionym wymyślnymi gadżetami, by tam zaspokajać swe chucie. Scena kopulacji z nadmuchiwaną lalką ciągnie się w nieskończoność, a widz w tym czasie zachodzi w głowę: dokąd to prowadzi?

Transgresja pełną gębą, w dodatku unurzana w purnonsensowym, lepkim sosie. „Atrakcji” jest tu tyle, że głowa mała, a jednak razem – nieoczekiwanie – wszystkie te koszmarne wymysły i bezeceństwa tworzą zgrabną, wciągającą całość. Tu powinienem się może zmitygować – z pewnością seans nie każdemu dobrze zrobi (sic!), przeciętny widz albo wyłączy po 5 minutach albo też szybko się pochoruje, jak to ma miejsce w jednej z pierwszych scen w przypadku upojonej alkoholem właścicielki Prairie Blossom. Równie dobrze mogę wszak przestać bawić się w eufemizmy i stwierdzić wprost: rzecz jest tak pojebana, że aż miło! W trakcie seansu ciężko było mi odnieść się do jakiegokolwiek znanego mi filmu. Jedyna konkluzja do jakiej doszedłem, brzmi następująco: otóż wyobraź sobie, drogi czytelniku, że  w wyniku problemów finansowych podczas wieloletniego kręcenia Głowy do wycierania (1977), David Lynch podupadł na duchu i stracił wiarę w projekt. Wówczas na scenę wkroczył John Waters, wyciągnął pomocną dłoń do debiutanta i powiedział: „Chodź, może wypracujemy jakiś kompromis”. Owocem takowego kompromisu byłaby właśnie omawiana pozycja.

Thundercrack! jest więc niesmaczne, skończenie niepoprawne, szalone, awangardowe i surrealistyczne. Pod wieloma względami wizjonerskie. Dość powiedzieć, że blisko trzygodzinny seans przedzielony został antraktem, niczym w klasycznych widowiskach historycznych z Fabryki Snów, a od pewnego momentu wszystkie wątki w opowieści zaczynają obracać się wokół napalonej gorylicy. Po wszystkim czujemy się wymaglowani niczym po kolejnej wyczerpującej powtórce Przeminęło z wiatrem (1939), ale też syci i pełni wiary w lepsze jutro po obcowaniu z rzadkim okazem celuloidowej partyzantki, która za nic ma uczucia i gusta odbiorcy. W skali filmowego odlotu nie mam innego wyjścia, jak dać zasłużone 10/10.

Droga obrazu do osiągnięcia statusu kultowego była zresztą niezwykle kręta. O tym, że rzecz nie popadła w kompletne zapomnienie, zadecydował w dużej mierze upór siostry reżysera, Melindy McDowell (w filmie wciela się w postać blond-włosej Sash) oraz części członków ekipy, zdeterminowanych, aby Thundercrack! miało szansę dotrzeć do jak największej liczby osób. Jedyną dostępną przez lata wersją był słabej jakości bootleg na VHS, mocno zresztą okrojony. Pierwsze wydanie na DVD również pozostawiało wiele do życzenia, światełko w tunelu pojawiło się dopiero w momencie, gdy za restaurację zabrało się Synapse Films. Dopracowanie wersji zgodnej z pierwotnym zamysłem twórców zajęło niemal dekadę, owocując w 2015 roku (w 40. rocznicę premiery) wydaniem na BluRayu i DVD. Wreszcie dopieszczonym, bo bogatym w dodatki i nieznane wcześniej odrzuty z planu. Ewentualnych śmiałków przestrzegam zatem – jako że na rynku wciąż dostępne są gdzieniegdzie wcześniejsze kopie – jeśli pragniecie oddać się rozpuście z goryli… – tfu! pardon – z Thundercrack!, to jest ku temu tylko jedna słuszna droga.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.