The Lords of Salem (2012). Powrót czarownic

Share

Wskutek licznych kompromisów, na jakie Rob Zombie musiał pójść z decydentami wielkiej wytwórni, obie części wyreżyserowanego przezeń Halloween (2007-2009) ucierpiały. „Jedynka” okazała się być stylistycznie niespójna, jakby rozdarta między jego własną interpretacją klasyka Johna Carpentera a oczekiwaniami szerokiej publiczności. „Dwójka” zaś, choć niezmiernie interesująca, cechuje się pewną topornością opowiadania. Cała produkcja tejże dylogii zajęła reżyserowi łącznie cztery lata i przebiegała pod znakiem nieustannego stresu. Tęskniąc za większą swobodą twórczą swój najnowszy film aktorski postanowił więc nakręcić wyłącznie dla własnej satysfakcji. Tak oto powstało The Lords of Salem (2013) – przeciwieństwo współczesnego horroru mainstreamowego i zarazem najlepszy obraz w karierze kontrowersyjnego artysty.

Pomysł na opowieść oscylującą wokół niesławnych procesów czarownic salemskich wpadł panu Z. do głowy niedługo po ukończeniu prac nad pierwszą odsłoną brutalnych polowań Michaela Myersa. Po napisaniu ok. 30-stronicowego zarysu scenariusza autor jednak porzucił projekt, aby później rozważać zrealizowanie go w formie powieści graficznej, a następnie przerobić go na piosenkę. I wszystko wskazywało na to, że już nic więcej z tego nie będzie. Pewnego dnia zgłosiło się jednak do niego dwóch producentów odpowiedzialnych za głośne Paranormal Activity (2007), Jason Blum i Oren Peli, z propozycją realizacji filmu. Wprawdzie z budżetem minimalnym, ale za to bez jakiejkolwiek kontroli z ich strony. „Rób co chcesz, oby tylko był to horror”. Oczywiście Zombie długo się nie zastanawiał.

Powtórne przygotowanie do napisania scenariusza przyniosło autorowi The Haunted World of El Superbeasto (2009) nie lada rozczarowanie. Odkrył on bowiem, że efektem procesów w Salem zginęło ledwie kilka kobiet i do tego przez zwykłe powieszenie. Jakże nieefektownie. Nie to, co w Europie, gdzie kobiety mordowano masowo, zwykle poprzez palenie na stosie, a czasem z dodatkiem w postaci żelaznej maski założonej na twarz. No to może by tak nie trzymać się faktów historycznych i amerykańskich oprawców rzekomych wiedźm uczynić bardziej europejskimi? Zapatrzenie w sądowniczą działalność średniowiecznych mieszkańców Starego Kontynentu dało reżyserowi dużo większe pole do popisu. Jak mawiał Alan Moore (i nie tylko on), „wyobraźnia jest jak mięsień – ćwicz ją, to będzie coraz większa”. Biorąc pod uwagę efekt końcowy, Zombie musiał całe dni spędzać na siłowni.

Gwałty, obdzieranie ze skóry, podrzynanie gardeł, miażdżenie czaszek, szatkowanie ciał nabojami, nabijanie ich na jelenie poroża – fundamentem nieomal całej filmografii reżysera jest przemoc fizyczna. Dzika i ekstatyczna, ukazywana w sposób możliwie najbrutalniejszy i tym samym czyniąca kolejne filmy prawdziwie makabrycznymi. Mimo towarzystwa pewnej dozy przebojowości (na poły campowy charakter Domu tysiąca trupów [House of 1000 Corpses 2003) czy przepełnione ironią dialogi w Bękartach diabła [The Devil’s Rejects 2005]) służąca nie ekscytowaniu widza, lecz brzydzeniu go. I takiej przemocy w The Lords of Salem nie uświadczymy. Nie, żeby całkiem obyło się bez makabry – a już tym bardziej bez groteski – ale najważniejszym okazało się wprowadzenie widza w trans. O ile wcześniej Zombie celował głównie w swoistą namacalność fizycznych cierpień kolejnych postaci, o tyle teraz interesowała go materializacja świata koszmarów sennych.

6666666

Pierwotna wersja scenariusza przedstawiała się jednak inaczej (niedziwne więc, że wydana została jej książkowa adaptacja, uzupełniająca film). Pierwszym powodem transformacji fabuły była nagła śmierć aktora Richarda Lyncha. Nie było już czasu na zastąpienie go, a przez nieobecność jego postaci niektóre wątki traciły sens. Zostały więc usunięte (łącznie z niektórymi nakręconymi już scenami). Drugim powodem okazało się nazbyt leniwe tempo realizacji. Zombie miał do dyspozycji zaledwie 22 dni zdjęciowe i nie zdążyłby, gdyby nie regularne skracanie i przerabianie scenariusza. Wbrew pozorom nie odbiło się to na jakości The Lords of Salem, gdyż wyzwoliło tkwiące w artyście pokłady kreatywności. Dosyć tradycyjną opowieść postanowił on uczynić możliwie najbardziej surrealistyczną. Zamiast klasycznego rozwinięcia akcji zaserwował publice niekończący się ciąg snów, z którego nie potrafi wyrwać się mieszkająca we współczesnym Salem bohaterka, z dnia na dzień coraz bardziej niewolona przez powracające zza grobu służki diabła.

Jej tragiczna historia opowiadana jest spokojnym tempem, co wespół z napięciem budowanym poprzez abstrakcyjność, wynikającą z tego psychodeliczną atmosferą oraz – mimo niskiego budżetu – bardzo plastyczną stroną wizualną przywodzi na myśl klasyczne włoskie kino grozy; od gotyckiego The Long Hair of Death (I Lunghi capelli della morte 1964) Antonio Margheritiego, przez wybrane, zakorzenione w teoriach teatru okrucieństwa, utwory Lucio Fulciego, po anty-szablonowe Inferno (1980) Dario Argento. Wpływy te zgrabnie łączą się z paranoidalną depresyjnością rodem ze Wstrętu (Repulsion 1965) czy Dziecka Rosemary (Rosemary’s Baby 1968) Romana Polańskiego. Jednakże, wypadałoby zaznaczyć, Zombie żadnego z wymienionych tytułów ani nie cytuje, ani nie parafrazuje. Nawet w stopniu minimalnym. I chociaż The Lords of Salem niewątpliwie najbliżej jest horrorowi makaroniarskiemu, zapewne niemało widzów będzie miało nieco inne skojarzenia. Tak to bywa z filmami, które są owocem (nie zawsze świadomego) inspirowania się wszystkim tym, co dany autor kocha. A ten przecież kocha X Muzę w całej jej rozciągłości.

Niedoszły twórca Tyrannosaurus Rex unaoczniał to zresztą konsekwentnie w swoich poprzednich obrazach. Z jednej strony po części składają się one z tych samych elementów, z drugiej zaś różnią się od siebie stylistycznie i nierzadko cechują się odmiennymi rozwiązaniami. Spośród nich wszystkich The Lords of Salem – choć mocno wyróżnia się brakiem wizualnego „brudu”, ostrych punktów zwrotnych i silnych postaci męskich – najwięcej łączy z Halloween II. W tym zaskakująco ambitnym i ciężkim emocjonalnie filmie Zombie stawiał przecież na metafizykę i poetykę snu, po raz pierwszy taką samą wagę przywiązując do bólu fizycznego, co psychicznego. Przekraczał konwencję slashera, aczkolwiek dzięki czujnym oczom producentów nie na tyle, aby zanudzić przeciętnego odbiorcę. Tymczasem w opowieści o zemście czarownic mógł wreszcie w pełni rozwinąć skrzydła. Pozorów realizmu jest więc jeszcze mniej. Wyobraźnia autora niemal całkiem podporządkowana została eksplorowanej przez Alicję Krainie Czarów. Przy Halloween II przypominał pięknie śpiewającego, lecz zamkniętego w klatce ptaka. W The Lords of Salem po klatce śladu nie ma.

Niestety mimo to filmu doskonałym nazwać nie można (dramat marionetkowej bohaterki z czasem staje się jedynie tłem dla ciągu szalonych wizji, pojawiają się raczej puste zagrywki postmodernistyczne). Jednakże przy wywróceniu klasycznych reguł scenariopisarstwa do góry nogami cechuje się on poziomem wysokim do tego stopnia, że wielkim smutkiem napawa informacja o porzuceniu przez Zombie świata „opowieści z dreszczykiem”. I to, jak sam mówi, prawdopodobnie już na zawsze (kolejny planowany przezeń film, The Broad Street Bullies, opowiadać ma o drużynie hokejowej). Wszak w amerykańskim horrorze mainstreamowym ze świecą dziś szukać twórców, których nie interesowałoby robienie filmów pod publikę. „Takie są rzeczy, które lubię – nie dla wszystkich – mówił Zombie w jednym z wywiadów. – Ludzie mają [dziś] złudzenie, że wszystko musi być dla wszystkich. Że każda płyta powinna się każdemu podobać, każdy program telewizyjny powinien się każdemu podobać i każdy film powinien się każdemu podobać. Ale w ten sposób wszystko staje się nijakie”. Amen.

lords-of-salem-movie

Marcin Zembrzuski

Czyta filmy, ogląda muzykę, słucha komiksy, je książki. Fan autorskiego kina gatunku oraz różnorakiej pulpy, od filmu noir przez spaghetti western po horror klasy wszelakiej.

12 Komentarze

  1. Tak, ,,Inferno”, Trzy Matki w jednej rezydencji. Też piękny ukłon w stronę ,,Odmiennych Stanów Świadomości” – krótka, ale treściwa jazda w finale.
    Świetnie mi się ten film oglądało. On uspakaja, tak fajnie można na nim ,,zapaśc w siebie” (nie każdy, wiadomo ). Jest raczej statyczny i egzaltowany, kwestie/inkantacje wiedżm wypowiadane są z przeciągniętą celebrą, zupełnie z pominięciem wszelkich ,,nawiasów”.
    Okultystyczna formuła jest tu ze śmiertelną powagą użyta – ożywione rytuałem słowo ma moc sprawczą, staje się ciałem ( lub śmiercią ) – to może nużyc, irytowac, zbijac z pantałyku dobie szumów informacyjnych i nadprodukcji słów w mediach-inkubatorach, ich dorażności i nietrwałosci.
    Może wzbudzic też lęk, ale to trzeba umiec korzystac z zaleceń pana Samuela Taylora Coleridge’a z Jezior :D
    Doskonała ścieżka dżwiekowa ; tak dobór tematów ( kawałek-zaklęcie, ,,Requiem” Mozarta, etc ), jak i produkcja. No i miodzio na koniec :
    ,,And what costume shall,the poor girl wear
    to all tomorrow’s parties…”

  2. Obejrzałem ten film od razu jak wspomniałeś o nim na fejsie. Dla mnie to jeden z najlepszych horrorów ostatnich lat, a może i więcej. Nie pamiętam kiedy ostatnio tak się autentycznie bałem oglądając film, w dwóch momentach conajmniej, podskoczyłem jak dziecko :)

  3. Dario Argento powinien zobaczyć to opus magnum Zombiego. Może poprawiłby się na starość.
    Dla mnie świetna podróż w czasy The Beyond Fulciego – pierwsze skojarzenie.

  4. „Aczkolwiek za tą całkiem świadomą podaje chyba tylko „Lśnienie” (od strony wizualnej).”

    Hej! W sumie racja, to pewnie nawet takie najbardziej oczywiste skojarzenie powinno być :) Ale The Lair of the White Worm też miało takie mindfuckowe sekwencje z katolicko / satanistyczno / pogańskimi wstawkami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.