Star Trek. Pocztówki z ostatecznej granicy #10

Enterprise na orbicie okołoziemskiej.

8 września 1966 roku kapitan James T. Kirk wraz ze swoim zastępcą panem Spockiem oraz różnorodną załogą wyruszył w gwiezdną wędrówkę. Stworzony przez Gene’a Roddenberry’ego serial szybko stał się kulturowym fenomenem i przez lata zyskał uznanie, miłość, a czasem fanatyczne przywiązanie fanów na całym świecie. Star Trek nie tylko pokazywał dziwne, nowe światy, lecz – co ważniejsze – starał się pokazać kierunek, w jakim powinien zmierzać nasz świat, mający zostawić za sobą rasowe uprzedzenia czy zbrojne konflikty. Wizja Roddenberry’ego żyje do dzisiaj; znajdujemy się w 2020 roku i oglądamy 6. serial aktorski oraz czekamy na zbliżające się premiery kolejnych produkcji, osadzonych w uniwersum, którego najważniejszym i najciekawszym elementom (odcinkom, książkom, filmom) przyglądamy się także na łamach Kinomisji…

Odcinek 10.: Without freedom of choice, there is no creativity. Without creativity, there is no life.

Kosmos, ostateczna granica…
Oto podróże statku gwiezdnego Enterprise.
Jego pięcioletnia misja: odkrywać dziwne, nowe światy i nowe cywilizacje.
Dumnie zmierzać tam, dokąd nie dotarł jeszcze żaden człowiek.

STAR TREK
The Alternative Factor
sezon 1., odcinek 20.

Reżyseria: Gerd Oswald
Scenariusz: Don Ingalls
Data pierwszej emisji: 30.03.1967

Obsada:
William Shatner – James T. Kirk
Leonard Nimoy – Spock

oraz

Robert Brown – Łazarz/Anty-Łazarz
DeForest Kelley – Leonard McCoy
Janet MacLachlan – Charlene Masters
Nichelle Nichols – Uhura
Richard Derr – Barstow
Arch Whiting – asystent inżynier
Christian Patrick – obsługa transportera
Eddie Paskey – Lesley

Rzeczywistość przestała na moment istnieć. Efekt stworzony poprzez nałożenie zdjęcia Mgławicy Trójlistna Koniczyna z gwiazdozbioru Strzelca. Mgławica została odkryta 5 czerwca 1764 roku.

The Alternative Factor kontynuuje tradycje Star Treka jako serialu nękanego problemami realizacyjnymi; tutaj w kontekście akceptacji scenariusza oraz obsady aktorskiej. Scenariusz Dona Ingallsa spotkał się z nieprzychylną opinią ze strony Gene’a Roddenberry’ego, który nie zgodził się by jedna z wysokiej rangi załogantek – Charlene Masters – miała zakochać się w obcesowym, butnym szaleńcu i stanąć po jego stronie, zamiast wesprzeć kapitana Enterprise’a. Pomysł ten był szczególnie niemile widziany, ponieważ nieco wcześniej Roddenberry otrzymał scenariusz do odcinka zatytułowanego Space Seed, gdzie inna członkini załogi dowodzonej przez Kirka zakochała się w i pomagała antagoniście. Tym samym motyw romansu Masters z szalonym Łazarzem został całkowicie usunięty. Ruch ten spowodował też wycięcie wątku związanego z „Lesleyem” – jak błędnie podpisano Larry’ego Riddle’a w napisach końcowych. Według pierwotnego pomysłu miał on być zazdrosnym chłopakiem Masters, w finalnej wersji jest jej podwładnym.

Usunięcie tych wszystkich miłosnych relacji wynikło dla odcinka niewątpliwie samymi korzyściami. Warto przy tym podkreślić, że Masters jest – poza Uhurą – pierwszą czarnoskórą kobietą mającą tak wysoką rangę na pokładzie Enterprise’a. W rzeczy samej, zastępuje ona w odcinku nieobecnego Montgomerry’ego Scotta, pełniąc tu de facto funkcję głównego oficera technicznego. Szkoda, że jej postać nie została pełniej rozwinięta, w zastępstwie wyciętych wątków nie zaoferowano jej bowiem nic w zamian, co w moim odczuciu stanowi niepowetowaną stratę.

Tym większą, że spora część odcinka jest zwyczajnie mało interesująca. Początkowo nic tego nie sugeruje, rozpoczyna się on bowiem nader intrygująco: rzeczywistość na ułamek sekundy przestaje istnieć, a na planecie w pobliżu miejsca przebywania Enterprise’a pojawia się „tunel” międzywymiarowy, swoisty pomost między istnieniem a nie-istnieniem. Wyłania się z niego tajemniczy szaleniec imieniem Łazarz, opętany chęcią zabicia tajemniczej bestii, zagrażającej nie jednemu, a dwóm wszechświatom. Widz dość prędko się jednak domyśli, że w rzeczywistości ma do czynienia z dwoma Łazarzami: Łazarzem i Anty-Łazarzem; dwoma mężczyznami z dwóch zupełnie przeciwstawnych wszechświatów – jeśli obaj pojawią się równocześnie w którymkolwiek z nich, wtedy oba uniwersa wzajemnie się anulują.

Ten interesujący pomysł dotyczący istnienia innych wymiarów można poniekąd rozpatrywać jako prototypowy dla późniejszych Lustrzanego Wszechświata (Mirror Universe) i Linii Czasowej Kelvin (Kelvin Timeline). Niestety, jego potraktowanie jest dalekie od udanego, co sprawia, że The Alternative Factor jest często wymieniany jako jeden z najgorszych odcinków serialu.

Janet MacLachlan jako Charlene Masters. Warto przy okazji zwrócić uwagę na debiut nowej sekcji maszynowni, gdzie ładowane są rozładowane kryształy dilithium (świecące na zdjęciu), główne źródło energii napędu warp.
Robert Brown jako Łazarz (i Anty-Łazarz).
Komodor Barstow z Dowództwa Gwiezdnej Floty na ekranie Enterprise’a. Po raz pierwszy w serialu rozmowa Kirka z Dowództwem toczy się w czasie rzeczywistym, wcześniej komunikacja zawsze polegała na przesyłaniu sygnałów radiowych docierających do celu ze znacznym opóźnieniem.
W odcinku kilkukrotnie zaprezentowane są sceny szarpanin między Łazarzem a Anty-Łazarzem.

Jego największą wadą jest chaotyczny tok narracji. Epizod zupełnie nie potrafi utrzymać widza w napięciu, ponadto co kilkanaście minut powtarza przydługie sceny spotkań obu Łazarzy w międzywymiarowym „tunelu”, gdzie szarpią się ze sobą jako niewyraźne sylwetki na niebieskim tle. Sam efekt uzyskano co prawda w dość interesujący sposób: w zadymionym pokoju o purpurowych i pomarańczowych ścianach sfilmowano dwóch walczących kaskaderów, następnie dokonano podwójnej ekspozycji negatywu, a na początku i na końcu sekwencji nałożono na nią zdjęcie Mgławicy Trójlistna Koniczyna. Pierwsza konfrontacja Łazarzy – choć współcześnie prezentująca się nadto archaicznie – wprowadza nieco mile widzianego psychodelicznego nastroju, lecz jej kolejne powtórki wprowadzają już tylko widza w stan znużenia. O wiele lepszym pomysłem byłoby ich wyrzucenie (i np. pozostawienie jedynie sceny, gdy „tunel” odkrywa Kirk) i wykorzystanie zaoszczędzonego czasu na rozbudowanie fabuły. W kontekście psychodelicznego wrażenia warto także dodać, że przez większość odcinka w tle słychać ciągły, nieco buczący (choć niezbyt niski) dźwięk, dodający scenom rozgrywającym się wokół „tunelu” zastrzyku oniryzmu.

Drugą wadą odcinka jest sam Łazarz, w którego wcielił się Robert Brown. Nadto ekspresyjna maniera aktora sprawia, że jego kreacja prezentuje się sztucznie i chwilami też irytująco. Brown jednak został obsadzony w odcinku dosłownie w ostatniej chwili. Oryginalnie w międzywymiarowych rywali miał wcielić się John Drew Barrymore, lecz – to drugi ze wspomnianych na wstępie problemów realizacyjnych – nie pojawił się na planie zdjęciowym, gdy 16 listopada 1966 roku zaczęto nagrywać The Alternative Factor. Reżyser Gerd Oswald zdecydował więc aby skupić się na scenach bez udziału Łazarzy, lecz gdy Barrymore nie stawił się do pracy także następnego dnia, wtedy powstanie całego odcinka stanęło pod znakiem zapytania. W ostatniej chwili poproszono więc znajdującego się nieopodal Browna o zagranie dwójki przeciwników; ten wyraził zgodę po czym został natychmiast zaciągnięty (dosłownie) na plan zdjęciowy. Aktor wspominał później, że nagrywanie odcinka było bardzo napięte i jego przygotowanie musiało się zamknąć w niewielkich ramach czasowych, co też pozwala spojrzeć nieco pobłażliwiej na odcinek w kontekście jego licznych problemów. Jeśli zaś chodzi o Barrymore’a, to producenci Star Treka złożyli na niego skargę, w wyniku czego przez 6 kolejnych miesięcy nie mógł być on obsadzany w żadnej produkcji.

Trzecią wadą odcinka jest pretekstowość zaprezentowanych w nim zdarzeń, dodatkowo połączona ze znacznym ogłupieniem bohaterów. Kapitan odsyła członka ochrony pilnującego potencjalnie niebezpiecznego Łazarza, a opiekujący się tajemniczym przybyszem doktor pozostawia go bez żadnego nadzoru, w ścianach korytarzy umieszczono tymczasem łatwo dostępne instalacje elektroniczne, których uszkodzenie zagraża całemu Enterprise’owi – The Alternative Factor jest pełen kuriozów wprowadzonych tylko po to by popchnąć niemrawą akcję do przodu. Ponadto załoga statku gwiezdnego na dobrą sprawę ma niemal marginalny wpływ na rozwój fabuły. Brak tu też jakiegokolwiek przesłania czy komentarza dotyczącego pozaserialowego świata. Jako taki jest to zatem jeden z gorszych odcinków Star Treka.

You’re as much a prisoner in time as I am.

STAR TREK
Tomorrow is Yesterday
sezon 1., odcinek 21.

Reżyseria: Michael O’Herlihy
Scenariusz: D.C. Fontana
Data pierwszej emisji: 26.01.1967

Obsada:

William Shatner – James T. Kirk
Leonard Nimoy – Spock

oraz

Roger Perry – kapitan Christopher
DeForest Kelley – Leonard McCoy
James Doohan – Montgomery Scott
George Takei – Hikaru Sulu
Hal Lynch – sierżant policji lotniczej
Ed Peck – pułkownik Fellini
Nichelle Nichols – Uhura
Richard Merrifield – technik
John Winston – szef transportera
Mark Dempsey – kapitan Sił Lotniczych
Jim Spencer – policjant lotniczy
Sherri Townsend – załogantka

Jak pisałem przy okazji omawiania The Naked Time, miał on być pierwszą częścią dwuodcinkowej opowieści. W finale The Naked Time Enterprise cofa się w czasie o 3 dni; pierwotnym zamierzeniem było jednak cofnięcie załogi aż do 1969 roku. Tak się oczywiście nie stało, lecz pomysł aby Kirk i jego podwładni odwiedzili Ziemię w okresie powstawania serialu nie został porzucony. Wykorzystano go w Tomorrow is Yesterday, gdzie uciekająca przed pochłonięciem przez czarną dziurę załoga pod dowództwem kapitana Kirka przypadkowo tworzy tunel czasoprzestrzenny, który przenosi ich na ziemskie niebo roku 1969. Tam, niemający energii na ponowne uruchomienie silników warp Enterprise zostaje wypatrzony przez amerykańskie siły lotnicze. Aby uniknąć uszkodzenia linii czasowej Kirk wydaje rozkaz zatrzymania zbliżającego się myśliwca wiązką holowniczą, lecz XX-wieczna konstrukcja rozsypuje się pod wpływem energii z XXIII wieku. Nie mając innego wyjścia kapitan decyduje się na transportację pilota – kapitana Christophera – na pokład Enterprise’a, ryzykując tym samym historyczny rozwój Ziemi. A to dopiero początek problemów.

Tomorrow is Yesterday zapisał się w historii Star Treka jako pierwszy odcinek, którego fabuła dotyczy podróży w czasie; pierwszy, w którym bohaterowie danego serialu czy filmu odwiedzają Ziemię oraz – oczywiście – pierwszy, w którym odwiedzają Ziemię w przeszłości. Jako taki stał się klasyczną pozycją, wyznaczającą – obok np. zetknięć z istotami o niemal nieograniczonych mocach czy odcinków wzorowanych na dramatach sądowych – kolejny trend serii. Od tej pory wszystkie seriale w uniwersum (za wyjątkiem – póki co – Star Trek: Picard) będą zawierać epizody skupione wokół temporalnych wojaży, większość odwiedzi też podczas nich Ziemię; również w każdej z trzech serii filmów kinowych będą miały miejsce podróże w czasie jako istotny element fabularny danej produkcji.

Oryginalny pomysł na Tomorrow is Yesterday jest autorstwa Roberta Justmana, który wręczył go – w formie jednostronicowego streszczenia – Gene’owi Roddenberry’emu 12 kwietnia 1966 roku. I choć za ostateczną wersję fabuły odpowiada przede wszystkim D.C. Fontana, to jej – przerobiony też lekko przez Gene’a L. Coona – scenariusz wykorzystuje praktycznie wszystkie składowe z oryginalnej idei. Mimo tego, Roddenberry nigdy nie uznał oficjalnie wkładu Justmana, przez co nie został on wynagrodzony za swój pomysł finansowo.

Zaskoczony kapitan Christopher tuż po przetransportowaniu na pokład Enterprise’a.
Kirk i Sulu (niezbyt udanie) naprawiają linię czasową.
Gdy kapitan Christopher poznaje Spocka w tle rozbrzmiewa muzyka Josepha Mullendore’a napisana do odcinka The Conscience of the King, lecz wykorzystana po raz pierwszy w Tomorrow is Yesterday.
Kirk usuwa zapisy obecności Enterprise’a w 1969 roku.

Wcielenie w życie idei aby załoga Enterprise’a odwiedziła Ziemię w okresie emisji serialu było niewątpliwie dobrym ruchem. Odcinek wzbudził zainteresowanie widzów, ciekawych zetknięcia zaawansowanej technologicznie i kulturowo Federacji ze Stanami Zjednoczonymi końca lat 60. Niestety potencjał tkwiący w pomyśle pozostał w dużej mierze niezrealizowany. Większość kontaktów z ludźmi z zamierzchłych czasów została ograniczona tylko do wspomnianego kapitana Christophera, który posiada zaskakująco otwarty umysł i bez większego zdziwienia przyjmuje, że podróże w czasie są możliwe czy że istnieje życie poza Ziemią. Jedyna rzecz, jaka go zaskakuje to to, że na pokładzie Enterprise’a służą także kobiety; spostrzegając jedną zdumiony pyta: „Kobieta?”, „Załogantka.” odpowiada mu Kirk. Jest to oczywiście przytyk w kontekście braku równouprawnienia w ówczesnej Ameryce, lecz także przytyk, którego siła jest niwelowana przez przewijający się w odcinku gag związany z komputerem pokładowym statku gwiezdnego, mówiącego uwodzicielskim kobiecym tonem, obrażającego się i zwracającego się do Kirka per „mój drogi”. Jest to wynik naprawy komputera przez techniczki, które nadały mu „żeńskiego charakteru” – wyjaśnia Spock.

Nieco więcej miejsca zajmuje kwestia różnic technologicznych, lecz jest ona głównie pretekstem do scen humorystycznych i rzadko prowadzi do istotnego rozwoju zdarzeń. Ponadto odcinek cierpi na powracające kurioza w kwestii zachowania załogi, m.in. Kirk ponownie pozostawia niechcianego pasażera bez żadnej kontroli, co wydaje się być jednym z ulubionych sposobów scenarzystów Star Treka na popchnięcie fabuły. Ostatecznie zatem Tomorrow is Yesterday stanowi interesujące, acz rozczarowujące spotkanie przeszłości z przyszłością. Nie brak tu poczucia humoru czy czasem błyskotliwych dialogów, dzięki którym każdy fan serialu nieraz się uśmiechnie, szczególnie podczas wymian zdań między Spockiem i McCoyem. Niestety sama kwestia podróży temporalnej została potraktowana ze zbyt daleką ostrożnością oraz zakończona w zbyt wygodny oraz niezbyt logiczny sposób. Na szczęście niebawem Star Trek powróci do przeszłości w znacznie lepszym wydaniu.

Zanim to jednak nastąpi, zatrzymajmy się na chwilę aby poznać kilka ciekawostek:

  • Kapitan Kirk podaje w odcinku informację, że we Flocie Gwiezdnej służy 12 statków tego samego typu, co Enterprise, lecz Gene Roddenberry i Stephen E. Whitfield w swoim The Making of Star Trek pisali o 14 statkach.

  • Kirk stwierdza ponadto, że Enterprise jest statkiem służącym w Kosmicznej Agencji Badawczej Zjednoczonej Ziemi; jest to drugi i ostatni raz, kiedy ta nazwa została przywołana w serialu. Najprawdopodobniej pozostała niezauważona w scenariuszu w czasach, gdy pomysł na Zjednoczoną Federację Planet wciąż jeszcze nie był w pełni zrealizowany.

  • Kiedy rozgrywa się akcja Star Treka? Kanonicznie pięcioletnia misja Enterprise’a ma miejsce pod koniec lat 60. XXIII wieku, lecz Kirk sugeruje tu, że przybył z XXII wieku.

  • Jest to ostatni odcinek, w którym Spock ma tytuł porucznika komandora.

  • D.C. Fontana przewidziała w swoim scenariuszu dzień tygodnia wystrzelenia Apollo 11 – środę.

Landru seeks tranquility. Peace for all. The universal good.

STAR TREK
The Return of the Archons
sezon 1., odcinek 22.

Reżyseria: Joseph Pevney
Scenariusz: Boris Sobelman, Gene Roddenberry
Data pierwszej emisji: 09.02.1967

Obsada:
William Shatner – James T. Kirk
Leonard Nimoy – Spock

oraz

Henry Towned (gościnnie) – Reger
Torin Thatcher (gościnnie) – Marplon
DeForest Kelley – Leonard McCoy
Brioni Farrell – Tula
Sid Haig – pierwszy Nadawca Prawa
Charles Macauley – Landru
Jon Lormer – Tamar
Morgan Farley – Hacom
Christopher Held – Lindstrom

The Return of the Archons należy do grupy odcinków, których pierwsze wersje – autorstwa Gene’a Roddenberry’ego – powstały jeszcze w 1964 roku jako pomysły na pierwszy pilot serialu (którym ostatecznie został The Cage). Oryginalnie zatytułowany The Perfect World, scenariusz był znany także pod innymi tytułami: Paradise XML, Visit to Paradise oraz Landru’s Paradise. Pomysłodawcą ostatecznej wersji – The Return of the Archons – był niezależny scenarzysta Boris Sobelman, który zabrał się za rozwinięcie fabuły, nietykanej przez nikogo przez dwa lata od momentu powstania.

Omawiany odcinek jest jednym z ciekawszych w sezonie i stanowi początek jednego z najlepszych okresów Star Treka. The Return of the Archons zabiera widzów na planetę Beta III, gdzie całe społeczeństwo kontrolowane jest przez istotę, zwaną Landru. Landru jest ichnim odpowiednikiem boga, lecz jego wpływ na rozwój świata jest jak najbardziej realny, między innymi dzięki możliwości telepatycznej ingerencji w ludzkie umysły, której ofiarą w otwierających scenach pada Sulu. Tajemnicza istota posiada do dyspozycji technologię przekraczającą możliwości Enterprise’a i – być może – Zjednoczonej Federacji Planet. Technologia ta jest jednak zupełnie niedostępna dla reszty społeczeństwa, które zostało siłą zatrzymane na wczesnym etapie przemysłowego rozwoju w celu zapewnienia nad nim pełniejszej i łatwiejszej kontroli.

Punktem wyjścia dla odcinka jest pytanie o możliwość stworzenia doskonałego świata, raju, gdzie nikt się nie kłóci, nie ma nienawiści, wojen etc. Odpowiedź udzielona przez Landru jest jasna (i wyprzedzająca podobne nieco zachowanie Borg): pełna asymilacja wszystkich obywateli w jeden kolektywny byt oraz ukształtowanie ich umysłów według jednego wzorca. Każdy obywatel zatem kocha Landru i żaden obywatel nie jest zdolny do odczuwania emocji. Tępy wyraz twarzy, przyklejony uśmiech, zupełny brak kreatywności, całkowita stagnacja i bierna egzystencja okazują się być jedynym sposobem stworzenia równego, sprawiedliwego, bezkonfliktowego świata. I w rzeczy samej, Landru udało się taki świat stworzyć. Oczywiście, nawet w tym „raju” istnieją jednostki zbuntowane, sprzeciwiające się woli „wszechmocnego”, lecz są one albo poddawane przymusowej absorpcji, albo – jeśli ta jest niemożliwa – „zepsute” komórki kolektywnego ciała zostają całkowicie unicestwione, łącznie z każdym, kto miał z nimi kontakt. Biorąc pod uwagę okres powstania The Return of the Archons, jego fabuła niewątpliwie odnosi się do totalitarnych reżimów, ze szczególnym wskazaniem na Związek Radziecki. Jednak temat wymuszonej „równości” i całkowitej kontroli wodza/boga został przedstawiony w sposób, dzięki któremu odcinek zachowuje uniwersalność oraz aktualność przekazu.

Według bohaterów serialu, wyrażających oczywiście opinię autorów Star Treka, taki świat jest bardzo daleki od ideału. W finalnej konfrontacji z Landru, Kirk stwierdza, że Landru wcale nie zapewnia „ciału” życia, lecz w rzeczywistości powoli je zabija. Różnice w poglądach, emocjonalne wybuchy, rozwój artystyczny, ciekawość poznawania świata i tego, co znajduje się poza nim – to są cechy prawdziwego ludzkiego życia, przekonuje kapitan. Landru może i stworzył świat bez wojen, ale jego świat jest tylko maszyną, w której ludzie są nieistotnymi trybikami pozbawionymi własnych woli i marzeń. I choć twórcy odcinka wyraźnie opowiadają się za obywatelskimi swobodami oraz indywidualizmem, nie demonizują Landru zupełnie, wszak udało mu się dokonać tego, czego wielu pragnie: stworzenia utopii. Lecz tak jak każda inna utopia, również i ta przestała nią być w momencie swojego powstania.

Ponadto w odcinku pojawia się delikatnie zarysowany motyw religijnego ekstremizmu. Jeden z mieszkańców Bety III stanowi klasyczny wizerunek religijnego fanatyka, który każdego, kto sprzeciwia się woli Landru najchętniej posłałby na stos, a twierdzenia, że istnieją miejsca niekontrolowane czy nieznające „jedynego, prawdziwego boga” uznaje co najmniej za herezje. Jest to oczywiście postać nacechowana wyłącznie negatywnie. Kwestii fałszywości religii i ślepej wiary nie poświęca się jednak zbyt wiele czasu, co jest zrozumiałe w kontekście dość rozbudowanego wątku głównego. Z tego samego powodu wycięto też wątek romantyczny między jednym z załogantów i betowską dziewczyną.

Kirk i Spock w przebraniu na Becie III.
Fanatyczny wyznawca Landru i dwóch Nadawców Prawa.
Sulu dołączył do „ciała”.
Pod nieobecność Kirka i Spocka, dowodzenie nad Enterprisem przejął – po raz pierwszy w serialu – Scotty.
Hologram Landru.
Korytarz prowadzący do hali audiencji.
Kapitan Kirk poddawany „ceremonii absorpcji do ciała”.

Podczas oglądania The Return of the Archons w umyśle widza pojawić się może pytanie: dlaczego Kirk w ogóle wtrąca się w wewnętrzną politykę innej planety? W rzeczy samej, pytanie to zostaje zadane również w odcinku. Po raz pierwszy w historii Star Treka została tu bowiem przywołana słynna Pierwsza Dyrektywa, stanowiąca o całkowitym zakazie ingerencji w wewnętrzny rozwój społeczny cywilizacji spoza Zjednoczonej Federacji Planet oraz o całkowitym zakazie nawiązywania kontaktu z cywilizacjami, które nie osiągnęły poziomu technologicznego umożliwiającego międzyplanetarne podróże. W odcinku jednak zostały wprowadzone 4 elementy, mające na celu usprawiedliwić ingerencje załogi Enterprise’a w rozwój Bety III. Po pierwsze, inny federacyjny statek gwiezdny został wcześniej zniszczony na orbicie planety, co stanowi wytłumaczenie, dlaczego Kirk i jego ludzie mogą – w tajemnicy – przybyć na jej powierzchnię. Po drugie, kontakt z mieszkańcami jest teoretycznie zgodny z Pierwszą Dyrektywą, jako że Beta III jest zaawansowana technologicznie i – w domyśle – posiada zdolność galaktycznego przemieszczania się, nie ulega też wątpliwości, że Landru jest świadom istnienia życia na innych planetach; inna sprawa, że swoją wiedzą z nikim się nie dzieli. Po trzecie, gdy Kirk, Spock, McCoy i jego ludzie zostają rozpoznani jako pochodzący „spoza ciała”, wtedy część mieszkańców zwraca się do nich o pomoc. Po czwarte w końcu, według interpretacji Kirka, społeczeństwo Bety III nie rozwija się, nie można go nawet uznać za w pełni żyjące, toteż Pierwsza Dyrektywa nie ma tu (pełni) zastosowania. Jego podejście oczywiście uzupełnia przekaz odcinka, jak i charakter Kirka jako kapitana, dla którego poczucie moralności jest często ważniejsze niż federacyjne reguły.

Przy omawianiu poprzednich epizodów w tej części podróży przez uniwersum Star Treka nieraz narzekałem na pretekstowe prowadzenie fabuły, logiczne potknięcia czy zwyczajne zmuszanie bohaterów do popełniania głupot, pozwalających na popchnięcie akcji do przodu. Także w tym kontekście The Return of the Archons stanowi wyraźną poprawę. Widać to choćby na przykładzie podejścia do osób, które mogą być potencjalnie groźne; podczas gdy w poprzednich odcinkach pozostawiano ich bez żadnego nadzoru, tutaj sam Sulu po powrocie z planety dostaje przydział pilnujących go członków ochrony. Oczywiście nie brak tu pewnych uproszczeń, wszak całą fabułę należało zamknąć w niepełnych 50 minutach, lecz jest o wiele logiczniejszy odcinek od poprzednich. Poza tym nie brak tu błyskotliwych dialogów, William Shatner i Leonard Nimoy są bardziej energiczni, a ich postaci mocniej zaangażowane w akcję, zaprezentowaną z mniejszym humorystycznym sznytem, dzięki czemu przedstawiona sytuacja wydaje się groźniejsza. W kontekście klasycznych schematów czy powracających pomysłów Star Treka, jest to zaś pierwszy odcinek, w którym kapitan Kirk przegadał komputer (choć jeśli uznamy androida za formę komputera, wtedy zrobił to już wcześniej w What Are The Little Girls Made Of?), co w przyszłości pomoże i jemu, i całej galaktyce wyjść z niejednych opałów.

Słowem podsumowania, choć The Return of the Archons nie można uznać za najwybitniejszy odcinek w serialu, jest to niewątpliwie odcinek bardzo dobry. Pozbawiony większych wad, z zapadającymi w pamięć scenami, interesujący i powracający po krótkiej przerwie do wykorzystywania fantastycznych historii w celu komentowania pozaserialowej rzeczywistości

1 Trackback / Pingback

  1. Star Trek. Pocztówki z ostatecznej granicy #11 – Kinomisja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.