Spag-West Mania: The Silent Stranger (1968/1975)

Trzecia z czterech opowieści o Nieznajomym to, jak się okazuje, nie pełnoprawny spaghetti western, lecz raczej komedia przygodowa z jego elementami. Jednocześnie jest to też powrót włoskiej inkarnacji gatunku do swoich korzeni, czyli kina samurajskiego. I może nawet film wywołałby w makaroniarskim westernie swego rodzaju rewolucję – był wszakże pierwszym z tych, gdzie rewolwerowiec spotyka samurajów (lub samuraj rewolwerowców), co szeroka publiczność z miejsca polubiła – gdyby nie to, że z powodu idiotycznych konfliktów rozrywających sponsorującą film amerykańską wytwórnię MGM od wewnątrz, na premierę czekać musiał dobrych siedem lat. Konkurencja w tym czasie nie próżnowała i „rewolucję” tę wywołali za niego Samuraje i kowboje (1971) z Charlesem Bronsonem, Toshiro Mifune i Alainem Delonem w rolach głównych.

Porażka The Silent Stranger (oryg. Lo straniero silenzio, a w krajach anglojęzycznych czasem też The Horseman and the Samurai lub The Stranger in Japan) była dla jego twórców wyjątkowo zaskakująca i bolesna. Wszystko bowiem wskazywało na to, że filmowi przeznaczone jest nie lada powodzenie. Wszakże poprzednia odsłona cyklu, The Stranger Returns (1967), nie miała jeszcze premiery, a zachwycona nią (i zachęcona amerykańskim sukcesem A Stranger in Town (1966)) wytwórnia już nalegała na to, by Tony Anthony i spółka czym prędzej zrealizowali część trzecią. Tak się akurat składało, że w głowie tegoż kreatywnego aktora już od jakiegoś czasu kiełkował pomysł na nową historię, więc z miejsca się zgodził. Zarys całej fabuły przyszłego filmu wymyślił w drodze na spotkanie z decydentami, którzy koncepcję swoistej hybrydy westernu i chanbary natychmiast zaakceptowali. No, pod warunkiem, że ostatecznie nie będzie zanadto odstawać od „trylogii dolarowej”. Następnie Anthony w towarzystwie reżysera Luigiego Vanziego oraz dwóch scenarzystów, Giancarlo Ferrando i Vincenzo Ceramiego, urządzili sobie maraton kilkunastu filmów samurajskich, z tymi Akiry Kurosawy na czele. Pierwsza wersja scenariusza powstała w ciągu dwudziestu dni. Niewiele później ekipa filmowa znajdowała się w Japonii i tam zaczęły się pierwsze problemy – tajfuny regularnie niszczące plan zdjęciowy.

„To był koszmar. Najtrudniejszy film w mojej karierze” – wspominał po latach Anthony. Zapewne dlatego tak przekonująco zagrał niepotrafiącego odnaleźć się na obczyźnie rewolwerowca. Szczególnie we fragmentach takich jak ten, gdy oszukany i pobity leży w błocie. A wszystko zaczyna się dosyć, powiedzmy, niewinnie – umierający, skatowany przez trzech bandytów Japończyk prosi bohatera o dostarczenie pewnego tajemniczego zwoju niejakiemu Matoriemu (Kin Omae). Wprawdzie, aby to uczynić, należy udać się w podróż aż do Kraju Kwitnącej Wiśni, ale nagrodą ma być kolosalna kwota 200,000 dolarów. Na miejscu Nieznajomy z miejsca czuje się wyjątkowo zagubiony – nie zna przecież choćby słowa po japońsku, a do tego szybko ukradziony mu zostaje jego ukochana klacz imieniem Pussy. Podczas próby jej odnalezienia nagle sam zostaje porwany przez pewnego samuraja, a wkrótce jasnym się staje, że niechcący wplątał się w wojnę dwóch klanów.  Niespodziewanym członkiem jednego z nich okazuje się Amerykanin (Lloyd Battista) specjalizujący się w sianiu spustoszenia za pomocą karabinu maszynowego.

Tak jak to miało miejsce w poprzednich częściach serii, tak i tutaj nie uświadczymy zbyt wiele dialogów. A przynajmniej tych, które wymówione byłyby w języku angielskim (kwestie japońskie pozostały nieprzetłumaczone). Ponadto, film czerpie i z osobnych cech swoich poprzedników: z A Stranger in Town łączy go przede wszystkim nacisk na opowiadanie obrazem oraz prosta, monotonnie powtarzana muzyka, a z The Stranger Returns wszechobecny humor i przebojowość. Tonacja jest jednak jeszcze lżejsza. Wynikło to ze znacznego ograniczenia liczby scen brutalnych i całkowitej rezygnacji ze scen poważnych, a wreszcie z uczynienia głównego bohatera postacią możliwie najbardziej komediową. O ile w „jedynce” jawił się on jako ubogi krewniak Człowieka Bez Imienia, a w „dwójce” stawał się niejako osobnym typem postaci, o tyle tutaj prezentuje się jako parodia bohatera leonowskiego. W Japonii protagonista staje się bowiem rewolwerowcem wybitnie bezradnym i podatnym na wszelkie możliwe manipulacje, co chętnie improwizujący Anthony oraz scenarzyści wykorzystali do nieustannego mnożenia sytuacji komicznych. I tak oto jedynym dla Nieznajomego sposobem, aby przekazać komuś, że poszukuje swojego konia, będzie pospieszne namalowanie go (przy czym talent okaże się mieć na miarę pięciolatka), a później przekonany będzie, że do wygrania pojedynku z doświadczonym samurajem wystarczy mu kilkumetrowy bambus.

Z fabułą filmu świetnie współgra nie tyle scenografia, co niszczące ją tajfuny. Obecne w części scen intensywny deszcz i porywisty wiatr czynią przecież sfilmowane środowisko bardzo wrogim, jak gdyby w Japonii nawet sama natura była przeciwko popadającemu w coraz większe tarapaty bohaterowi. Egzotykę świata przedstawionego na każdym kroku podkreśla to zabawna, to bojowo brzmiąca muzyka Stelvio Ciprianiego, który tym razem sięgnął po instrumentarium japońskie. Motorem napędowym całości jest jednak urok i talent Anthony’ego. Muzyka nie porywa tak, jak wcześniej (kolejne kompozycje, choć jak najbardziej udane, po prostu zbyt często się powtarzają), a sama fabuła to ostatecznie kolejna wariacja na temat Straży przybocznej (1961).

Niestety film ucierpiał nie tylko przez siedmioletnie przeleżenie na półce, w związku z którym w momencie upragnionej przez twórców premiery nie miał już szans nikogo zadziwić i zdobyć sobie popularność. Przed wypuszczeniem go na ekrany kin nowe władze wytwórni MGM postanowiły go bowiem przemontować. I wynikła z tego rzucająca się w oczy niezgrabność montażowa. Sam Anthony został z kolei zmuszony przyjechać do Hollywood, aby dograć pozakadrową narrację wyjaśniającą widzowi wszystko to, co opowiadane jest samym obrazem. Narrację nieznośnie łopatologiczną, skoro reżyser nie miał żadnych problemów z czytelnością opowiadania. Aktor uważa zresztą, że pierwsza wersja montażowa filmu to zdecydowanie najlepszy ze wszystkich sześciu westernów, w jakich zagrał, a wytwórnia film doszczętnie zniszczyła. Długo walczył o wydanie The Silent Stranger w swoim oryginalnym kształcie, lecz nic nie wskórał.

Mimo braku sukcesu, w 1975 roku nakręcono jeszcze jeden film o Nieznajomym. Wyreżyserowany tym razem przez Ferdinando Baldiego Get Mean, będący z kolei mieszanką westernu i fantasy (gdzie bohaterowi przychodzi jakoby cofnąć się w czasie i walczyć z barbarzyńcami), wskutek budżetu kurczącego się w geometrycznym tempie niszczony był już na etapie realizacji. I nie da się o nim powiedzieć nic dobrego. Z drugiej strony niektórzy i cały cykl postrzegają negatywnie. „To filmy unikatowe” – pisał na łamach znakomitej książki 10,000 Ways to Die Alex Cox – „ponieważ nie posiadają absolutnie nic, za co można by je polecić”. Tylko mu przypadkiem nie wierzcie!

PS. Więcej na temat zakulisowej historii The Silent Stranger poczytać można na łamach nieśmiertelnego The Spaghetti Western Database.

Marcin Zembrzuski

Czyta filmy, ogląda muzykę, słucha komiksy, je książki. Fan absurdu i surrealizmu, polskiego kina epoki PRL-u, autorskiego kina gatunku oraz różnorakiej pulpy, od filmu noir przez spaghetti western po horror klasy wszelakiej. Szef kuchni w restauracji znanej jako Kinomisja.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.