Spag-West Mania: Shanghai Joe (1973)

Mający premierę w 1973 roku Shanghai Joe (oryginalnie Il Mio nome è Shangai Joe) to jeden z dziesięciu spaghetti-westernów, jakie Mario Caiano zrealizował przed śmiercią gatunku i skręceniem w inne rejony kina, od poliziottesco po nazisploitation. Jest to prawdopodobnie najdziwniejszy, najbardziej ekspresyjny oraz najlepszy western spośród pozostałych (np. Man Who Cried for Revenge (1968) czy Train for Durango (1968)). Bo Caiano udaje się tutaj coś, co w wielu innych przypadkach stanowiłoby o klęsce filmu – łączy western z, wydawać by się mogło, bardzo mu odległym gatunkiem, mianowicie z filmem kung-fu.

Tytułowy Shanghai Joe (Chen Lee) to chiński imigrant, który przybywa na targane rasizmem pograniczne roku 1882. Amerykańskie Południe to u Caiano istne pole bitwy, gdzie każdy, kogo skóra jest choć trochę ciemniejsza niż białko jajka, zmuszony zostaje do walki o przetrwanie. Nie trzeba daleko szukać, aby odkryć, że inspiracją dla filmu była szalejąca wówczas moda na kino kopane z legendarnym Bruce’em Lee na czele. Fabularnie więc Shanghai Joe oparty jest na schemacie, gdzie tajemniczy jeździec z Dalekiego Wschodu przybywa do jakiejś teksańskiej mieściny, by tam skopać dupę kilku rasistowskim łajdakom. A to zawsze działa! Z jednej z rozmów prowadzonych przez kilku oprychów w barze dowiadujemy się, że „w końcu pozbyli się Indian, więc teraz mają czas na żółtków”.

Niestety, choć sam Lee nie był aktorskim tytanem, tak Chen Lee – którego w filmie wszyscy nazywają Chin – nie posiada nawet ułamka jego talentu oraz fizycznej sprawności. Widz tylko czeka, aż wszystkie kierowane w jego stronę obelgi, jak wymuszony brak miejsca w dyliżansie czy niechęć do wypłacenia nagrody w grze w karty, znajdą ujście w brutalnym mordobiciu. I, na nasze szczęście, nie musimy czekać długo.

Bo swoje braki Chen nadrabia wyjątkową charyzmą, dzięki której naprawdę trzymamy kciuki w jego walce o lepsze jutro. To cichy przybysz, który od czasu do czasu porzuca swój stoicki spokój, by pokazać wszystkim swoje umiejętności sztuk walki. A te są naprawdę imponujące! Bo dzięki sprytnym zabiegom montażowym starcia w Shanghai Joe robią spore wrażenie. Oczywiście, dzisiaj wszystkie te nienaturalne wyskoki czy akrobacje mogą kojarzyć się nie tyle z Wejściem Smoka (1973), co z The Benny Hill Show (1955-89).

Natężenie akcji czyni Shanghai Joe zdecydowanie jednym z najbardziej efekciarskich spaghetti-westernów. Czuć tutaj, że jest to nakręcona przez Włocha amerykańska interpretacja chińskiej kultury. Caiano widocznie też czerpał z dorobku Checha Changa – twórcy choćby One-Armed Swordsman (1967) – gdyż praktycznie każde starcie ma tutaj swój intensywnie krwawy finał. Jeśli zastanawialiście się, skąd Quentin Tarantino ukradł scenę z wyciągnięciem oka w swoim Kill Bill: Vol. 2 (2004), to odsyłam do omawianego filmu!

Również obsada drugoplanowa sprawia, że jest na czym naprawdę zawiesić oko. Niestety jednak, uwielbiany przez wielu psychopata Klaus Kinski, którego nazwisko dumnie figuruje na plakacie, pojawia się tutaj na kilka chwil pod koniec filmu w roli sadystycznego Scalper Jacka. Tak samo sprawa się ma z Gordonem Mitchellem, jedną z twarzy nurtu peplem, mającego jeszcze mniej ekranowego czasu niż Kinski. Ale to ich charyzma sprawia, że mimo krótkich epizodów tak mocno zapadają w pamięć, stając się integralną częścią filmu.

Sama scena, w której Kinski jako łowca nagród z piekła rodem łapie naszego bohatera, to iście psychodeliczna jazda bez trzymanki. Postrzelony w nogę Chin leży na spalonej słońcem ziemi, gdy Scalper Jack okrąża go powoli, zanim ostatecznie ogłuszy go strzałem z kolby w pysk. Później jest tylko dziwnej, bo w grę wchodzi świeżo zdjęty skalp umieszczony na łysej kopule lalki.

Shanghai Joe to dzisiaj dzieło niemal zupełnie zapomniane, a szkoda! Bo to naprawdę kawał solidnej rozrywki, która pod płaszczem efektownej akcji i slapstickowego humoru przemyca spore pokłady nihilizmu i mroku. Posunę się nawet do stwierdzenia, że każdy fan spaghetti-westernu powinien choć raz zobaczyć film Caiano! I choć dużo tutaj reżyserskiej walki z własnymi słabościami pod przepiękną partyturę Bruno Nicolai, to momentami produkcja ta wybija się do miana prawdziwej celuloidowej perły.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.