Southern Bastards Vol. 2: Gridiron

Share

„Gridiron” to angielskie słowo opisujące dwie rzeczy: ruszt i boisko do amerykańskiego (i kanadyjskiego) footballu (podobieństwo jest łatwe do wychwycenia). Trudno o lepszą nazwę dla tego tomu, widząc jak football i BBQ zajmują naprawdę sporą część Southern Bastards… i gdy ów gridiron jest miejscem walki głównego bohatera.

Jason Aaron po mocnym zakończeniu pierwszej części sagi postanowił postawić czytelnika w ciekawej sytuacji. Stawia przed nami postać, którą po pierwszym tomie mogliśmy niesłusznie skategoryzować jako sztampowego, jednowymiarowego antagonistę i wyrywa nas z tej pozornie komfortowej sytuacji, gdzie podzieliliśmy sobie świat przedstawiony w komiksie między ofiary, oprawców i brudny tłum.

Tak, moi drodzy, ten komiks ma swojego nowego głównego bohatera i jest nim trener Boss. Ten, którego już znamy jako “ojca chrzestnego” CrawCounty i ten obcy nam Boss kiedyś, popychadło z wielkimi ambicjami. Gridiron to nic innego jak jego droga na szczyt i nieważne, że szczyt znajduje się w zapadłej dziurze.

Oczami młodego Bossa poznajemy sportową i kryminalną przeszłość CrawCounty. Trudne dojrzewanie, w którym wytchnienia nie daje ani szkoła, ani sport, ani tym bardziej rodzina… Tak, Aaron lubi pławić się w rodzinnej dysfunkcji. W konflikcie w jej wnętrzu, zwłaszcza na linii ojciec – syn. Cztery zeszyty składające się na ten tom dają nam naprawdę potężny wgląd w przeszłość nowego protagonisty.

Oczywiście, gdy pomyśli się dłużej, to nie powinno to dla nas być wielkim zaskoczeniem, że za trenerem Bossem stała większa historia. Logiczna decyzja, że człowiek, którego poznaliśmy w pierwszym tomie ma za sobą trudną, dramatyczną drogę. Nie można odmówić Aaronowi tego, jak umiejętnie stawia czytelnika w sytuacji, gdy mimowolnie zaczyna czuć minimum sympatii i współczucia względem postaci, która wcześniej miała budzić tylko niechęć. Historia zawarta w Gridiron to przede wszystkim zapis upartej walki Bossa o miejsce w drużynie, ciąg nieszczęść zakończony pozornym sukcesem, zajęciem samego szczytu łańcucha pokarmowego w CrawCounty. To wszystko śledzi się jak (przepraszam za wyrażenie) wieśniacką wersję Dawno temu w Ameryce Sergio Leone. Tak, porównanie tego z Dawno temu w Ameryce to naprawdę jedne z najpoważniejszych porównań, jakie jestem w stanie z siebie wykrzesać. Różnica jest tylko jedna – tu sport jest podstawą, imperium kryminalne jest dodatkiem.

Oczywiście ktoś mógłby powiedzieć w tym momencie, że Aaron zagrywa pod już raz wykorzystany przez siebie pomysł. Jako żywo sposób odkrywania na nowo głównego antagonisty jest odbiciem zabiegu, który znamy już ze Scalped na przykładzie postaci Red Crowa. Tam też tkwiąc w mikrokosmosie zamkniętej społeczności poznaliśmy skomplikowaną, wielowątkową historię za postacią – pierwotnie wydawać by się mogło – jednowymiarową. Scalped wraz z rozwojem historii kazało nam przewartościować wcześniejszą ocenę antybohatera, dostrzec głębię i dwuznaczności. Tylko czy na pewno te specyficzne deja vu możemy uważać tu za zarzut? Przedstawienie Red Crowa czy trenera Bossa jako sztampowych złoczyńców pozbawionych drugiej strony osłabiłoby wymowę dzieła prezentując nam następną walkę białych i czarnych kapeluszy. Odbijając piłeczkę dalej – chief Red Crow był jednak bliższą czytelnikowi postacią. Jego działania miały większą skalę, jako sama postać był obdarzony większym bagażem i moralnym umotywowaniem swoich działań. Ba, zaryzykuję stwierdzenie, że w ostatecznym rozrachunku tkwiliśmy w podobnej sytuacji, co widzowie Rodziny Soprano, gdzie obdarzyliśmy bezwarunkową sympatią postać, którą świat nie ma problemu nazywać “tym złym”… Red Crow był przestępcą jak z Szekspira, gdzie trener Boss jest wściekłą rozpędzoną lokomotywą, napędzaną traumą i chorobliwą ambicją. Nasze zrozumienie jego przeszłości pozwala nam lepiej pojąć postać, ale nie przeszkadza nam czekać na moment, gdy będzie (bo chyba będzie, nie?) musiał przyjąć na siebie pełne konsekwencje swoich wyborów (wtedy spokojnie będę patrzył na Gridiron już nie tylko przez pryzmat Pewnego razu w Ameryce, ale też biorąc pod uwagę Little Ceasar i Black Ceasar).

Gridirion jest cięższy i brudniejszy od wcześniejszego tomu, jedyna niezmienna rzecz to chropowate i cudowne rysunki Jasona Latoura. Tu już nie jest nam tak łatwo poczuć bezpośredniej więzi z głównym bohaterem, jaką można było obdarzyć Earla. Gdzieś znika ten romantyzm i sentymentalne nawiązania do amerykańskiego westernu i kina zemsty o twarzy Clinta Eastwooda czy Charlesa Bronsona, gdzie nawet najbardziej niejednoznaczny moralnie antybohater dalej ma w sobie tę cząstkę prawdziwego bohatera ludu. Wcześniejsza, dosyć delikatna, dekonstrukcja amerykańskich mitów idzie tutaj jeszcze dalej. Nigdy nie oczekiwałem, żeby lektura każdego mojego komiksu wiązała się z happy endem odkrytym na ostatnich kilku stronach.

PS: To w sumie zabawne, że pisząc poprzedni tekst o Southern Bastards siliłem się całą masą literackich i filmowych porównań, próbując pokazać ten komiks jako swoisty miks zainteresowanej redneckami odnogi kina expoitation z południową klasyką w wykonaniu Faulknera i innych wielkich pisarzy. Zabawne dlatego, że w tym tekście zestawiając w pewnym momencie tom drugi Southern Bastards z Dawno temu w Ameryce widzę, że powyżej tego już się nie podskoczy.

Jakub Andrzej Górecki

Fan komiksu w całej jego różnorodności, ustawicznie twierdzący, że każda próba wyniesienia tego medium na salony kultury jest najlepszym sposobem zabicia jego kreatywności. Komiks = punk. Prowadzi blog pulpwarsaw, okazyjnie współpracuje z serwisem marvelcomics.pl.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.