Smętarz dla zwierzaków (1989). Człowiek też zwierzę

Stephen King przechodził właśnie swój najbardziej płodny okres literacki, kiedy amerykańskie wydawnictwo Doubleday wypuściło w 1983 roku jego powieść Smętarz dla zwierzaków. Fabuła oscyluje wokół postaci doktora, który przeprowadza się wraz z rodziną do prowincjonalnego miasteczka w stanie Maine. Na miejscu dowiaduje się o tajemniczym cmentarzu, którego gleba posiada zdolność przywracania życia. Bohater co rusz znajduje powody, by z tego magicznego miejsca korzystać, poczynając od kota swojej córki, a kończąc na członkach swojej rodziny.

Jeśli wierzyć autorowi, pomysł na książkę zrodził się w jego głowie już w latach 70-tych. King jednak chwilowo porzucił koncepcję Smętarzu dla zwierzaków, bo, jak sam stwierdził, historia w nim przedstawiona była zbyt ponura i przygnębiająca. Na nasze szczęście jednak, pod naciskiem wydawcy, pisarz w końcu ukończył swoje ikoniczne dzieło!

Filmowa adaptacja Smętarza dla Zwierzaków w reżyserii Mary Lambert miała trudne zadanie, aby z pomocą samego Kinga – odpowiedzialnego tutaj za scenariusz – przebrnąć przez ciężką emocjonalnie treść książki, jednocześnie zapewniając nam rozrywkę rodem z kart EC Comics. Jednak Lambert, wystawiając swoje karty, zagrała naprawdę mocno! Samo miejsce akcji, tak ukochany przez Kinga stan Maine, to plastyczny strzał w dziesiątkę. Skrzypiące stare domostwa, gęste lasy i ruchliwa autostrada posiadają swój własny charakter, przynosząc filmowi zarazem sielankę i niebezpieczeństwo.

Jednakże reżyserka nie udźwignęła wpisania w ten uroczy obrazek motywów z kina grozy. O ile naprzemiennie pomocny i przerażający sąsiad o twarzy Freda Gwynne’a zagrał tutaj fantastycznie, o tyke moment, w którym bohater atakowany jest przez demoniczne stwory, kieruje nas raczej w stronę histerycznego śmiechu aniżeli mrożącego krew w żyłach horroru. Największe pokłady kiczu gromadzi tutaj wątek żony doktora, Rachel Creed (Denise Crosby), oraz jej paniczny strach przed śmiercią zakorzeniony w jej groteskowym dzieciństwie. Pani reżyser na szczęście rozumie, co najbardziej przerażało w literackim pierwowzorze i nie stroni od pokazania nam niewygodnego koszmaru utraty bliskiej osoby. To miejsce na uboczu, gdzie najbardziej rozpaczliwe pragnienia zmieniają się w przerażającą rzeczywistość. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że Smętarz dla zwierzaków jest na poły horrorem, a na poły melodramatem.

Kobiecą rękę Mary Lambert najlepiej widać w kreowaniu Rachel i Louisa Creeda (Dale Midkiff) jako symboli małżeńskiej czystości ulegających stopniowemu zepsuciu. Kamera obrazuje mężczyznę jako nijakiego everymana, podczas gdy kobieta coraz bardziej przejmuje się jego podejrzanymi działaniami – choćby odesłaniem jej oraz dzieci do dziadków nie raz, a dwa razy! Kiedy wraz z Rachel nieuchronnie będziemy zbliżać się do finału, Lambert naprawdę pozwoli nam poczuć pochłaniającą jej bohaterkę panikę.

Ale twórczyni prócz szczucia nas kotem zombie i traumą po stracie bliskich, cały swój film wypełnia niesamowicie przygnębiającą atmosferą. Cała ta gehenna wygląda tak, jakby utkana została z sennego koszmaru. Mimo pozornej idylli cały czas czujemy na gardle uścisk niepokoju, którego starczyłoby jeszcze na trzy inne filmy. Co by nie mówić o twórczości Kinga, umiejętnością literackiego pogrążenia wszystkiego w oparach suspensu wypalił swoje inicjały w głowie niejednego pokolenia.

Co zaskakujące, Smętarz dla zwierzaków kończy się w momencie, w którym znajduje się o krok od popadnięcia w prześmiewczy pastisz. Chrupiące, pop-punkowe riffy Ramones przygrywają tutaj swojego rodzaju katharsis. Jednak nawet przyjemne pomrukiwanie Joey’a Ramone’a nie pomaga w pozbyciu się całego tego dołującego bagażu, jaki film narzucił nam wcześniej. Chociaż jest to jedna z najlepszych adaptacji prozy Kinga, ma też pewne problemy z opanowaniem swojej własnej dynamiki. Środkowa część filmu wydaje się nawet nieco dłużyć, choć, jak pisałem, wpisuje się w ponury wydźwięk całości.

Śmierć jest wszakże czymś, co człowiek musi zaakceptować. Żadna ilość łez i żalu nie przywróci martwych zza grobu. Jedynym sposobem na pogodzenie się ze stratą jest przeżycie okresu żałoby i dalsza egzystencja w przestrzeni pozbawionej tej drugiej osoby. To trudne. Dlatego właśnie swoją samolubną chęć pójścia na skróty główny bohater przypłaci najwyższą ceną. Na własnej skórze doświadczy powtarzanych niczym mantra przez starego sąsiada słów: „Czasami śmierć jest lepsza”.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.