Showgirls (1995). It’s a Long Way to the Top (If You Wanna Be a Stripper)

Po sukcesie Nagiego instynktu (1992) Paul Verhoeven mógł dowolnie przebierać w projektach do realizacji. Jego wybór padł na scenariusz Walona Greena (m.in. Dzika banda [1969]) o wyprawach krzyżowych. Reżyserowi udało się nawet pozyskać do współpracy Arnolda Schwarzeneggera, jednak w obliczu kłopotów finansowych wytwórni Carolco, która na tamtym etapie zaangażowana była w produkcję wysokobudżetowej Wyspy piratów (1995), z przedsięwzięcia o roboczym tytule Crusade ostatecznie zrezygnowano. W międzyczasie Joe Eszterhas wpadł na pomysł zrealizowania filmu o życiu striptizerek z Las Vegas. Na poczet przyszłego scenariusza, autor skryptu do Nagiego otrzymał niebagatelną zaliczkę w postaci 2 milionów dolarów (po ukończeniu pracy miał otrzymać dodatkowe 1,7 miliona). Z początku nieprzekonany do tej idei Verhoeven, w obliczu klęski swojego widowiska historycznego, wskoczył na pokład, marząc o „dorosłej” wersji musicalowej rozpusty w stylu klasycznych filmów MGM.

To, co wydarzyło się potem, to spełniony sen każdego hollywoodzkiego reżysera: Verhoeven wynegocjował pełnię swobody artystycznej przy niemałym jak na tamte czasy budżecie 45 milionów dolarów. Co więcej, układ z wytwórnią zakładał również bezprecedensowe podejście, zgodnie z którym już na starcie zakładano, iż film otrzyma kategorię NC-17 (czyli film dozwolony jedynie dla widzów dorosłych, kategoria zastrzeżona właściwie wyłącznie dla pornografii) – oznaczenie, którego decydenci bali się jak ognia, za każdym razem wymuszając cięcia, które zadowolą MPAA i pozwolą na przyznanie „R-ki”. Twórca był na tyle pewny swego, a jednocześnie w tak głębokiej pogardzie miał pracę cenzorów, że zrzekł się 70% swej opiewającej na 6 milionów gaży w przypadku niepowodzenia filmu w kinach. Teraz tandem Verhoeven-Eszterhas mógł już spokojnie przystąpić do pracy: panowie przeprowadzili wywiady z ponad dwustoma striptizerkami w poszukiwaniu inspiracji dla swojej historii. Część z prawdziwych doświadczeń trafiło do gotowego scenariusza, w tym – jeśli wierzyć zapewnieniom twórców – również całe linie dialogowe.

Głównym zagadnieniem, które spędzało sen z powiek na etapie pre-produkcji była kwestia obsadzenia roli głównej bohaterki. Pod uwagę brane były m.in. Drew Barrymore, Angelina Jolie, Pamela Anderson, Denise Richards i Charlize Theron. Ostatecznie wybór padł na dwudziestodwuletnią Elizabeth Berkeley, wcześniej znaną z roli w serialu młodzieżowym Byle do dzwonka (1989-1993). Berkeley jako jedyna z kandydatek nie miała problemu z ogromnymi ilościami golizny, gotowa pójść na całość. Po fakcie aktorka miała wręcz przyznać, że przez cztery miesiące zdjęć większość czasu na planie spędziła paradując nago w szpilkach. Do postaci „weteranki” rozbieranych rewii, Cristal Connors, typowano z kolei Sharon Stone, Sean Young i Daryl Hannah. Angaż dostała Gina Gershon, aktorka z ponad dziesięcioletnim doświadczeniem, do tej pory obsadzana jednak wyłącznie w rolach drugoplanowych.

Fabularnie Showgirls stanowi wariację na temat legendarnego Wszystko o Ewie (1950) Josepha L. Mankiewicza, tyle że z akcją przeniesioną z Broadwayu do światka kiczowatych show z Las Vegas. Do stolicy grzechu przybywa Nomi Malone (Berkeley), podobnie jak wiele innych przed nią – w poszukiwaniu sławy, pieniędzy, lepszego bytu. Już na wstępie dziewczyna zostaje okradziona ze swojego skromnego dobytku. Przygarnia ją pod swój dach kostiumolożka Molly (Gina Ravera). Nomi rozpoczyna pracę w podrzędnym barze ze striptizem, przez cały czas marzy jednak o czymś więcej. Okazja nadarza się, gdy kasyno Stardust ogłasza nabór tancerek do swojego przedstawienia. Ambitne dziewczę dostaje angaż i szybko zdobywa uznanie w oczach menadżera rewii Zacka (Kyle MacLachlan), jednocześnie depcząc po piętach jego największej gwieździe…

Showgirls zadebiutowało na ekranach 22 września 1995 roku, stając się jednocześnie pierwszym w historii filmem z kategorią NC-17, który trafił do szerokiej dystrybucji. Szybko też stał się najbardziej znienawidzonym obrazem dekady. Krytycy nie zostawili na produkcji suchej nitki, bezlitośnie wyśmiewając praktycznie każdy aspekt: od scenariusza, poprzez reżyserię, na aktorstwie skończywszy. Ukuto nawet potoczny termin „Showgirls-bad”, będący określeniem na filmy „tak złe, że aż dobre”. W ślad za bezlitosną krytyką i wszechobecną drwiną poszła finansowa klapa – 20 milionów dolarów wpływów z kin nie zdołało zwrócić nawet połowy włożonego w przedsięwzięcie budżetu. Słowem: katastrofa! Zamiast spodziewanego „ozłocenia”, na twórców spadł deszcz kpin i wątpliwych jakościowo pozłacanych „wyróżnień”. Spośród rekordowej liczby 13 nominacji, Showgirls otrzymało 7 Złotych Malin, w tym dla Najgorszego Filmu, Najgorszego Reżysera i Najgorszej Aktorki. Verhoeven jako pierwszy twórca w historii nagrody zjawił się na rozdaniu we własnej osobie, by odebrać statuetki. Jak wspominał, początkowe zdenerwowanie szybko ustąpiło i wieczór okazał się być przyjemnym, wręcz oczyszczającym doświadczeniem.

Z perspektywy czasu Showgirls jest jednak przede wszystkim doskonałym przykładem tego, że showbusiness hazardu – paradoksalnie – nie lubi, a środowisko nie wybacza. W tym przypadku postawiono wszystko na jedną kartę, przez co porażka była tym bardziej dotkliwa. Okazało się, że nikt nie ma ochoty oglądać filmu o bolączkach striptizerki – w szczególności nie ma na to ochoty branża filmowa, która w opowieści o kulisach funkcjonowania przemysłu rozrywkowego Las Vegas może przejrzeć się jak w lustrze. Dla Eszterhasa był to koniec lukratywnych kontraktów i z najlepiej opłacanego scenarzysty Hollywood szybko przeistoczył się w pariasa. Verhoeven zdecydował się wycofać na z góry upatrzone pozycje i powrócił w bezpieczne rejony kina science-fiction, jednak również dla niego był to początek końca kariery w Fabryce Snów. W szczególności oberwało się zaś Berkeley – występ, który miał stać się jej trampoliną do sławy, tak naprawdę pozamykał przed nią wszystkie drzwi. Aktorka została porzucona przez swojego agenta, a ludzie ze środowiska przestali odpowiadać na jej telefony. Cytując klasyka: „Forget it, Jake. It’s Chinatown.”

Na szczęście, jak w każdej pouczającej przypowieści, tak i tutaj znalazło się miejsce na finałowy happy end i triumf nadziei. Pomimo fiaska w kinach, Showgirls okazało się być hitem rynku video, na którym zarobiło ponad 100 milionów dolarów, stając się jednym z największych bestsellerów w katalogu MGM (do dziś pozostaje również najlepiej zarabiającym filmem z kategorią NC-17 w dziejach). Po początkowym zniesmaczeniu przyszedł status tytułu kultowego i to przez duże „K”: obok The Rocky Horror Picture Show (1975) jest to jedna z regularnych atrakcji tzw. „midnight screenings”. Trend próbowali zresztą krótko po premierze wykorzystać zdesperowani włodarze wytwórni, jednak wtedy nie wyszło – reakcja zaszła w sposób całkiem naturalny po latach. Quentin Tarantino stwierdził z kolei, iż jest to pierwszy raz od czasów Mandingo (1975), kiedy czołowe hollywoodzkie studio wyprodukowało wysokobudżetowe, czystej wody kino eksploatacji.

Z biegiem czasu również niektórzy krytycy zaczęli patrzeć bardziej przychylnie na dzieło Eszterhasa i Verhoevena, dostrzegając w nim celną satyrę. Być może problem z Showgirls polega właśnie na tym, iż jest to obraz, na który ani widzowie, ani recenzenci w momencie premiery nie byli przygotowani. Potraktowany całkiem serio, jawić się musi jako kiczowate kuriozum, pełne bulwersujących detali i wątków rodem z opery mydlanej. Gdy zajrzeć jednak pod powierzchnię, to wszelkie oskarżenia o seksizm i mizoginię tracą swoją moc i sens: wszak mamy do czynienia z opowieścią, która obnaża mechanizmy funkcjonowania biznesu, w którym od lat rządzą faceci. Odczytany z kolei powierzchownie przez ludzi, którzy są zbyt leniwi, by wyjąć głowy z własnych tyłków, będzie to krzykliwy koszmarek pełen cycków i seksu.

De facto, do czynienia mamy z unikalnym przykładem kina, które funkcjonować może na dwóch różnych płaszczyznach: jako tzw. „guilty pleasure” i jako całkiem poważny komentarz do opartego na wyzysku i układach świata rozrywki. Hipokryzję i podwójne standardy branży doskonale pokazuje krytykowana ze wszystkich stron scena gwałtu, podczas gdy to ona właśnie stanowi właściwą puentę fabuły i jej czytelne podsumowanie. Patrząc zaś na falę skandali i oskarżeń, jaka przeszła z siłą tornada przez Hollywood w ostatnich latach, można stwierdzić, że Showgirls jest bardziej na czasie i ma większe jaja, niż wszyscy postępowi celebryci i „twitujący” aktywiści razem wzięci.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.