Sergio Sollima. Kino gatunków nośnikiem ideologii

Lee Van Cleef na planszy z czołówki do The Big Gundown.
Share

1 lipca zmarł jeden z mistrzów spaghetti westernu, poliziottesco i kina pirackiego Sergio Sollima. Miał 94 lata.  Sporo przeżył, swoje osiągnął, a teraz, nie mam wątpliwości, popija gdzieś w zaświatach Martini w towarzystwie Sergia Leone, Mario Bavy i innych gigantów włoszczyzny, aby już nigdy się nie zestarzeć. Bo przecież, jak to ładnie ujął jeden z Czytelników Kinomisji – „póki żyją filmy, póty żyje ich twórca”.

Przez fanów włoskiego kina gatunków nazywany „Trzecim Sergiem” – ponieważ potęgę spaghetti westernu, z którym to dziś jest najbardziej kojarzony, budował już po pierwszych sukcesach swoich imienników, Leone i Corbucciego – przygodę z X Muzą zaczął gdzieś w okolicy śmierci Benito Mussoliniego, kiedy to rozpoczął naukę w do dziś istniejącej rzymskiej szkole Centro Sperimentale di Cinematografia. Po jej ukończeniu nie zajął się jednak tworzeniem filmów, lecz ich recenzowaniem. Niestety ciężko dogrzebać się do jakichkolwiek informacji na ten temat, począwszy od tej, jak długo fach krytyka w ogóle dzierżył. Od 1951 roku zajmował się scenariopisarstwem (a przynajmniej to właśnie wtedy po raz pierwszy w ten sposób zarobił), aczkolwiek wiatru w żagle nabrał dopiero pod koniec dekady, kiedy nastała moda na kino peplum, która znacznie ożywiła włoską branżę filmową. Przyznaję bez bicia, że żadnego z pepla na podstawie tekstów, w których maczał palce nie widziałem, jednak tytuły w stylu Goliath and the Giants (1961), Fury of the Hercules (1962), The Rebel Gladiators (1962) czy Day of Vengeance (1964) zdają się mówić wprost: oto 250% „kina mieczy i sandałów”.

Najważniejszy okres jego reżyserskiej kariery przypada na lata 1966-1976. Na tym się właśnie skupię, acz dodam jeszcze dwa lata, aby móc zacząć od jego pełnometrażowego debiutu i skończyć na kontynuacji jego największego przeboju. W ten sposób otrzymujemy dwanaście tytułów. Co dla włoskich twórców typowe – tytułów bardzo różnych gatunkowo, a co już nie zawsze typowe – zwykle utrzymanych na wyrównanym, wysokim poziomie. Statystycznie rzecz ujmując, gdzie by się Sollima nie rzucił, tam czuł się jak ryba w wodzie. A mamy tu co następuje: trzy filmy spionaggio, czyli Agent 3S3: Passport to Hell (1965), Agent 3S3: Massacre in the Sun (1966) i Requiem for a Secret Agent (1966), trzy westerny, czyli The Big Gundown (1966), Face to Face (1967) i Run Man, Run (1968), dwa poliziotteshi, czyli Miasto przemocy (1970) i Revolver (1973), nakręcone między nimi jedyne w jego dorobku giallo, tj. Devil in the Brain (1972), wreszcie trzy produkcje pirackie – Sandokan (1976), Czarny Korsarz (a.k.a. Czarny pirat, 1976) i Powrót Sandokana (1977).

Miasto przemocy: Charles Bronson jako płatny zabójca o sercu rozwalonym na milion kawałków.
Miasto przemocy: Charles Bronson jako płatny zabójca o sercu rozwalonym na milion kawałków.

Na pytanie o charakterystykę twórczości Sollimy aktor Fabio Testi miał powiedzieć (o tutaj): „Jego styl jest brutalny i zarazem elegancki”. Prawda. Z jednej strony wyrzucanie przerażonych ludzi z lecącego samolotu z powodu zbyt dużego ciężaru na pokładzie (Agent 3S3: Massacre in the Sun), bezlitosne tłuczenie pewnej przedstawicielki płci pięknej i jej narzeczony chowający się przed agresorami (The Big Gundown) czy widok wielu dyndających wisielców, traktowanych jako trofea, na masztach statku (Czarny Korsarz). Z drugiej strony stylowe pomysły inscenizacyjne i formalne, z których dumny byłby, dajmy na to, Alfred Hitchcock. Weźmy choćby przewrotne operowanie obrazem i dźwiękiem z dwóch skrajnie różnych tytułów: minimalistycznego i jednocześnie efektownego, zakotwiczonego w filmie noir, Miasta przemocy oraz epickiego (a pod kątem licznych, cokolwiek poetyckich, dialogów dosyć literackiego) mini-serialu Sandokan. Oto w pierwszym z nich obserwujemy parę jadącą szklaną windą pewnego biurowca. Całkowite wyciszenie dźwięków otoczenia przerywają tylko odgłosy, jakie co jakiś czas powodują kule przebijające szybę windy. Ranione postaci miotają się z bólu i przerażenia, jednak nie słyszymy ani ich krzyku (a widzimy, że drą się wniebogłosy), ani wystrzałów karabinu (a kolejne porcje ołowiu już dziurawią ich ciała), wreszcie nawet odgłosów, jakie powinny dochodzić z ruchliwych ulic dookoła (ukazany nam po chwili snajper usytuowany jest, rzecz jasna, na dachu budynku naprzeciwko). W Sandokanie otrzymujemy zaś rozwiązanie zgoła odwrotne. Oto grupka piratów przybija łodzią do brzegu. W krzakach już czyhają na nich żołnierze, ale jeden z piratów zdążył ich spostrzec. Informuje więc o tym swoich kamratów i ci ruszają w stronę krzaków jakby nigdy nic, aby nagle rzucić się na przeciwników. Słyszymy krzyki, odgłosy krzyżowanych mieczów i strzelających broni palnych, lecz zamiast starcia widzimy tylko małpy, które z zaciekawieniem przyglądają się całej sytuacji z zarośli.

Choć dowody inscenizacyjnego talentu reżysera znajdziemy już w debiutanckim thrillerze Agent 3S3: Passport to Hell (znakomita scena śmierci, w której samej śmierci nie widać [ani nie słychać], ponieważ kamera wychodzi z pomieszczenia, aby w pomieszczeniu następnym – a jest to główna sala klubu pełnego pijanej gawiedzi i tancerek szalejących do głośnej muzyki – wyłowić z tłumu zleceniodawcę mordu otrzymującego okulary denata jako dowód jego uśmiercenia; swoją drogą w filmie tym usłyszeć można np. taką zacną muzykę), dojrzałe kino Sollimy zaczyna się wraz z jego trzecim obrazem. To w Requiem for a Secret Agent, spionaggio przefiltrowanym przez reguły noir, do slalomu okrucieństwa i elegancji (tudzież przebojowości) dołączają najważniejsze z wyznaczników jego twórczości: komentarz społeczno-polityczny o antysystemowej wymowie oraz anarchiczny typ bohatera. Co prawda, wątek polityczny (dotyczący rewolucji) pojawia się już w drugim jego filmie, skądinąd średnio udanym i tym samym najsłabszym z omawianego grona. Jednakże jawi się tam jako niemal pretekstowe (acz interesujące ze względu na nawiązania do westernu) tło dla stosunkowo wesołej historii szpiegowskiej. Natomiast Requiem to już kino gatunku stające się kinem ideologicznym. (Dodajmy, że to pierwszy jego film, pod którym podpisał się własnym nazwiskiem, a nie anglojęzycznym pseudonimem, zaś fabułę doń napisał wespół z wybitnym scenarzystą Sergiem Donatim, który na koncie ma m.in. Za kilka dolarów więcej [1965], Pewnego razu na Dzikim Zachodzie [1968], Garść dynamitu [1971] oraz kolejne obrazy Sollimy: The Big Gundown i Face to Face.)

Requiem for a Secret Agent: agenci nieradzący sobie z przeciwnikami i rządzące nimi agencje, które okazują się niczym nie różnić od organizacji, z którymi walczą.
Requiem for a Secret Agent: agenci nieradzący sobie z przeciwnikami i agencje rządowe, które okazują się niczym nie różnić od organizacji przestępczych.

Pochwała wolności oraz krytyczne postrzeganie władzy przebija z niemal całej znanej mi filmografii Sollimy. W Requiem for a Secret Agent tytułowy bohater ginie po jakichś 15 minutach (Hitchcock znowu bije brawo), a jego miejsce zajmuje wynajęty przez tajną agencję najemnik (!), którego poznajemy jako speca od przemycania ludzi przez Mur Berliński i któremu przychodzi walczyć z organizacją przestępczą o nazwie Society (!!); w kanonicznym The Big Gundown – filmie, który wraz z Kulą dla generała (reż. Damiano Damiani, 1966) zapoczątkował nowy odłam spaghetti westernu zwany zapatowskim – pierwszym bohaterem jest łowca głów, którego polityczne ambicje (możliwość zostania senatorem) wykorzystywane są przez władze, aby nim manipulować, a drugim jest ścigany przezeń meksykański chłop będący złodziejem, nożownikiem i ex-rewolucjonistą (gatunkowy archetyp wymyślony przez samego Sollimę, choć po części zakorzeniony w pewnym rzezimieszku z pierwszej części „trylogii dolarowej”); w Face to Face, obrazie inspirowanym wojennymi doświadczeniami reżysera, obserwujemy losy bandziora i będącego jego zakładnikiem profesora historii – bandzior uczy się odeń humanizmu, a profesor zaczyna się fascynować przemocą i przeobraża się w faszystowskiego tyrana; w Run Man, Run – quasi-komediowej kontynuacji The Big Gundown – otrzymujemy wyścig różnorakich grup po złoto przeznaczone na rewolucję i przekrój przez społeczeństwo meksykańskie niszczone dyktaturą („- Czy ten człowiek jest niebezpieczny? – Bardzo. Jest poetą.”); w Mieście przemocy mamy bohatera, który siłę czerpie ze swojej niezależności, jednak niemal na każdym kroku ktoś próbuje nim sterować, łącznie z najbliższymi, którzy opętani są żądzą pieniądza; Devil in the Brain prezentuje (miłość jako) system zawikłanych zależności, który zdaje się wszystkich niewolić, a większość niszczyć; w Revolverze przyglądamy się na poły kafkowskiemu miażdżeniu zbuntowanych jednostek; w Sandokanie, Czarnym Korsarzu (jawiącym się jako Sandokan na sterydach) i Powrocie Sandokana oglądamy przygody rebeliantów walczących z kolonializmem i żyjących w utopijnych środowiskach (Sandokan mieszka na wyspie, która z pirackiej kryjówki przeobraża się w niemal anarchistyczne mikro-państwo).

Ale być może najtrafniejszym opisem ideowego charakteru twórczości Sollimy są słowa pieśni Run Man, Run, skomponowanej przez Ennio Morricone do The Big Gundown (a później tworzącego też podobnie znakomitą muzykę do Face to Face, Miasta przemocy, Devil in the Brain i Revolveru): „Somewhere there is a land where men do not kill each other / Somewhere there is a land where men call a man brother / Somewhere you will find a place where men live without fear / Somewhere, if you keep running, someday you’ll be free (…) / Run to the end of the world ’till you find a place / Where they never, no, they’ll never lock you in / Never, no never, no never let them win / Go ahead young man, face towards the sun / Run man, run while you can”.

Face to Face: Gian-Maria Volonte (w środku) jako ex-nauczyciel odrzucający dawne ideały oraz William Berger jako tajemniczy nieznajomy noszący przedziurawioną nabojem gwiazdę szeryfa jako talizman szczęścia.

Jednakowoż swoiste postscriptum do przytoczonego tekstu znajdziemy choćby (bo nie tylko) w telewizyjnym Powrocie Sandokana, gdzie jedna z postaci, tuż przed klęknięciem pod mieczem kata, ma powiedzieć: „Czasami, żeby osiągnąć wolność, trzeba umrzeć”. Bowiem mimo gatunkowego cudzysłowu (ułatwiającego optymistyczne postrzeganie utopii), Sollima był w tej kwestii raczej pesymistą. Hołdował solidarności, równości i sprawiedliwości, jednocześnie nie wierząc w możliwość istnienia świata bez ucisku oraz – szerzej – w tradycyjny podział na dobro i zło. Dlatego też, nawet w bardziej przebojowych filmach szpiegowskich i pirackich, przedstawiał opowieści, których nieodłącznymi elementami są śmierć i ambiwalencja moralna. Nie interesowali go bohaterowie krystaliczni. Interesowały go postaci, które, biorąc pod uwagę ich wady, w kinematografii innej niż włoska (ta wszakże słynęła ze swojej zadziorności i brutalności) mogłyby w tamtych czasach wylądować w galerii szwarccharakterów, żeby tylko wymienić Czarnego Korsarza, heroicznego pirata tak opętanego żądzą zemsty, że oferującego duszę diabłu, aby ten pomógł mu czym prędzej wyrżnąć w pień całą rodzinę i wszystkich ludzi znienawidzonego wroga. Cóż, jak miał powiedzieć sam reżyser (o tutaj, ale ostrzegam, że w wywiadzie opisane zostaje zakończenie Revolveru), „nie ma żadnej granicy, gdzie kończy się <<dobro>>, a zaczyna <<zło>>. Poza tym preferuję <<złych gości>>, bo koniec końców to ci <<dobrzy>> powodują więcej szkód”.

Przemoc a moralność to zresztą jeden z dominujących motywów w twórczości „Trzeciego Sergia” (kto wie, czy nie ze względu na jego uczestnictwo w drugiej wojnie światowej). Co wymowne, najwięcej miejsca poświęcił mu w swoich najbardziej antysystemowych dokonaniach, tj. w Face to Face i – będącym uwspółcześnioną wariacją na jego temat – Revolverze. Chyba nie będzie przesadą stwierdzenie, że to nawet bardziej intelektualne rozprawki, ot ubrane w kostiumy efektownych opowieści, niż efektowne opowieści tylko przy okazji przemycające ważkie treści. Scen akcji jest w nich mniej niż można się spodziewać, gdyż ustąpiły pola obserwacjom wpływu władzy i przemocy na kształtowanie się charakterów i światopoglądów. „Jedna brutalna dusza to tyko człowiek wyjęty spod prawa, lecz przemoc w wykonaniu mas nazywa się historią” – podsumowuje dzieje człowiecze jeden z bohaterów tego pierwszego, najpierw intelektualista-pacyfista, później „geniusz zła” planujący kolejne rozlewy krwi. „Przeznaczono mi bycie przestępcą, ale choć raz chciałbym udowodnić, że los jest kłamcą – mówi jeden z bohaterów tego drugiego, najpierw złodziej jakich wielu, później buntownik szukający sprawiedliwości. – Daj mi szansę”.

Revolver: Fabio Testi jako przestępca, któremu – nie wiadomo czemu – umożliwiono ucieczkę z więzienia, Oliver Reed jako tegoż więzienia naczelnik, którego – nie wiadomo czemu – zmuszono, aby tę ucieczkę umożliwił.

W linkowanym tu już dwukrotnie wywiadzie Sollima miał powiedzieć: „Nie żyję po to, żeby być reżyserem. Reżyseruję po to, żeby żyć”. Kontekst do tej pięknie brzmiącej wypowiedzi stanowi fakt, że był on wielkim entuzjastą podróżowania po świecie, co praca filmowca mu oczywiście umożliwiała. To właśnie dzięki temu powstało Miasto przemocy, którego scenariusz, oferowany mu przez producentów, reżyser uznał za błahy, jednak realizacja filmu była równoznaczna z jego pierwszą wizytą w USA (zgodził się więc, a w międzyczasie, wespół z Liną Wertmüller, przerobił fabułę po swojemu). Jednak, jak sam podkreślał, jego miłość do podróży wiązała się nie ze zwykłą turystyką, lecz z fascynacją obcymi kulturami. Ta zaś niejednokrotnie dała wyraz w jego twórczości, gdzie natknąć się można na hołdowanie szeroko pojmowanej egzotyce, od samej przyrody po lokalne obyczaje. Esencja tegoż znajduje się w jednym z odcinków Sandokana, kiedy otrzymujemy rewelacyjną, ok. 15-minutową sekwencję ukazującą różne zwyczaje kilku odmiennych ludów malezyjskich, od rytualnych pojedynków, przez tańce etniczne, po ceremonię ślubną. A skoro już jesteśmy przy miłości…

Jeśli zapoznać się z filmografią „Trzeciego Sergia” w kolejności chronologicznej, w oczy rzuca się to, że płeć piękna odgrywała w niej coraz większą rolę. W debiucie obecność kobiet to jeszcze typowy dla spionaggio pretekst, aby mnożyć podteksty seksualne; w Requiem for a Secret Agent pojawił się już względnie istotny, w wymowie cudownie idealistyczny, wątek miłosny; w Run Man, Run zaprezentowana została charakterna babeczka, z której dumny byłby Sergio Corbucci (no, taki typ postaci zobaczyć można już w kontynuacji przygód agenta 3S3, ale bardziej chyba na trzecim niż chociaż drugim planie); wreszcie począwszy od Miasta przemocy miłość stanowi kluczowy element kolejnych dokonań autora. Zaznaczmy jednak, że prezentowana jest tak różnie, jak tylko różne mogą być relacje damsko-męskie (od fatalizmu w filmach poliziottesco, przez toksyczność i szaleństwo w Devil in the Brain, po liryczny romantyzm w opowieściach pirackich).

W tych nielicznych wywiadach z Sollimą, na jakie udało mi się trafić, nie padło niestety choćby słowo na temat spraw sercowych. Jednak kiedy w jednej z najlepszych scen Czarnego Korsarza tytułowy bohater zostaje zmuszony zostawić ukochaną na pewną śmierć i po chwili kamera przestaje go filmować, gdyż skupia się na jego towarzyszach, spośród których jeden komentuje sytuację słowami „Spójrz, Czarny Korsarz płacze”, trudno się oprzeć wrażeniu, iż słowa te nie tyle skierowane są do widzów, co dotyczą samego reżysera. Wiem, popadam tu w jakąś dziwną ckliwość, nie zwracam uwagi na wymogi konwencji (czy raczej na wymogi adaptacji literackiej, jakimi i Czarny Korsarz, i jeszcze bardziej melodramatyczny Sandokan są), ale nic nie poradzę. Tak działa kino Sollimy. I dlatego życzę mu nieśmiertelności.

na planie Run Man, Run
Chelo Alonso, Sergio Sollima i Tomas Milian na planie Run Man, Run.
Marcin Zembrzuski

Czyta filmy, ogląda muzykę, słucha komiksy, je książki. Fan autorskiego kina gatunku oraz różnorakiej pulpy, od filmu noir przez spaghetti western po horror klasy wszelakiej.

4 Komentarze

  1. ,,Faccia a Faccia” to jeden z najlepszych, najbardziej wnikliwych westernów psychologicznych ever made , a może w ogóle ten najlepszy. Dlatego, bo pod tym zewnętrznym poziomem ( inicjacja w zło i odrzucenie ideałów dla euforycznego stania się low life’em ) mamy bardzo mocne i nie podlegające dyskusji podkreślenie, że dla tego bohatera ( Volonte ) to było zbawieniem. On dzięki temu wyszedł z zombifikacji, jaką było jego wcześniejsze życie i stał się człowiekiem ; zaczął się rozwijać i realizować ; pal sześć o kwestie moralne , wcześniej tylko trwał przez lata w bezpiecznej comie , był embrionem . Zginął mając w sobie potężną, narastającą energię, to była dobra śmierć.
    Ja głowiłem się przez dłuższą chwilę nad znalezieniem czegoś porównywalnego w westernie amerykańskim i… i dupa !
    Za to w włoskim było parę ( bardziej powierzchownych ) prób pójścia tą drogą ( trochę Van Cleef w ,, Days of Anger’ ) .Imho najlepsza okazała się hiszpańska – ,, Bullet for Sandoval” Julio Buchsa z Hiltonem i Borgnine’em. Widział ?
    Kobiety w kinie SS były na ogół gdzieś tam obok głównych dramatów, ale tym jednym wyjątkiem Sollima zmył ignoranckie piętno – ,, Devil in the Brain” . Tak ciepło i ze zrozumieniem całej złożoności fenomenu ,sportretowanej ,,kobiety-dziecka” ( Stefania Sandrelli <3 ) na prawdę rzadko idzie w kinie uświadczyć. Szkoda, że to giallo tak przepadło w pomrokach obskury, tu jest też np. doskonała intryga kryminalna. A i scenariusz jest autorstwa kobiety. Sollima się na jeden raz odsłonił , aż Morricone zaczął się z niego delikatnie nabijać, wrzucając w soundtracku parę razy temat ,, Dla Elizy'', co by se kto nie zapomniał, że to ten kozak, co zrobił ,, La Resa Dei Conti''. Paradoks dubeltowy :D)))

    • Prawda. „Faccia a Faccia” to film jedyny w swoim rodzaju. Volonte ma kapitalną postać. Pamiętam, w jakim byłem szoku, jak po raz pierwszy to oglądałem – koleś robi się coraz mocniejszy (piękna nauka życia dla widzów!) i w końcu przekracza (niewidzialną) granicę, aby stać się głównym przeciwnikiem Miliana. Jeszcze przy finale miałem nadzieję, że podadzą sobie ręce i razem pojadą het.
      „Bullet for Sandoval” ciągle nie widziałem.
      „Devil in the Brain” to u mnie zachwyt przez jakieś pół godziny (piękne przeskoki czasowe, totalna enigma), potem za dużo dialogu, za mało obrazu, choć finał nadrabia. „Kobieta-dziecko” powala, jak i cała obserwacja relacji dziecko-rodzic. Dużo miłości i dużo burdelu. A przy „Dla Elizy” to wyskoczyłem z butów :)
      No i tak, szkoda, że film tak zapomniany i trudno dostępny, bo to jedno z mniej typowych gialli, można je chyba postawić gdzieś obok „The Bloodstained Butterfly” i „Le Orme” (a i tak ciężko je nazwać prawdziwie pokrewnymi).

  2. Świetny wpis. Muszę się jak najszybciej zabrać za „Miasto Przemocy”. Talent reżyserski jednak zdążył po trosze przekazać synowi, Stefano. Polecam serial „Gomorra” i bardzo przyjemny „All Cops Are Bastards” (2012) – Dramat kryminalny o jednostkach prewencji i żółtodziobie, który dołącza do oddziału.

2 Trackbacks / Pingbacks

  1. Spag-West Mania: Garść dynamitu (1971) | Kinomisja
  2. Noir, mon amour (część I) | Kinomisja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.