Roger Corman, mon amour

Nigdy nie zrobiłem filmu, który planowałem zrobić. Bez względu na to, co się działo, nigdy nie działo się dokładnie tak, jak się tego spodziewałem” – wyznał w jednym z wywiadów 84-letni już Roger Corman, idealnie podsumowując tym samym szaleństwo swojej bogatej twórczości, której początki sięgały lat pięćdziesiątych. Przygodę ze światem filmu rozpoczął w wytwórni 20-th Century Fox, gdzie najpierw roznosił pocztę, a następnie zajmował się czytaniem i wstępną oceną scenariuszy. Gdy jego wkład w powstanie filmu Jim Ringo (1950) nie został należycie przez wytwórnię doceniony, postanowił odejść i działać na własną rękę, od samego początku będąc prawdziwym tytanem pracy. W rekordowym roku 1957 nakręcił aż 9 filmów, z kolei jeden z najsłynniejszych, czyli Sklepik z horrorami (1960), powstał w zaledwie dwa dni i jedną noc, jako efekt zakładu ze strony Cormana, iż jest w stanie zrobić film w tak krótkim czasie. Może i tworzył filmu w pośpiechu i za grosze, ale umożliwiał też postawienie pierwszych kroków w aktorskim fachu takim późniejszym gwiazdom, jak chociażby Jack Nicholson, Dennis Hopper czy Robert De Niro. Dzisiaj Corman, nazywany „papieżem tandety”, ma na swoim koncie ponad 50 wyreżyserowanych i ponad 400 wyprodukowanych filmów. Od tych znakomitych, jak chociażby Podróż (1967) czy seria adaptacji twórczości Edgara A. Poe, aż po produkcję typowo b-klasowych smakołyków jak Mord podczas nudnego przyjęcia (1982), czy bardziej aktualny Sharktopus vs. Pteracuda (2014). Corman z pewnością niejedno ma imię! Wybitny twórca, czujący kino jak mało kto, czy może szarlatan-wyrobnik, niszczący obecnie własną legendę pracą nad nikomu niepotrzebnymi filmami? Szukając odpowiedzi na to pytanie ośmioro delikwentów, w tym gościnnie Patryk Karwowski z Po Napisach, bierze na warsztat kilkanaście wybitnie obskurnych, mniej lub bardziej tandetnych filmów z bogatej twórczości mistrza, zarówno tych przezeń wyprodukowanych, jak i wyreżyserowanych. Od opowieści o morderczych krabach, aż po historie o morderczych dinozaurach – zapraszamy na wspólną przechadzkę po najgłębszych odmętach szlamu!

Marta Płaza


1955 – Dzień końca świata (reż. Roger Corman) – Oskar Dziki

Jeśli wierzyć plotkom, ten jeden z pierwszych filmów Rogera Cormana nakręcony został w 9 dni. Podkradając fabularny koncept z Five (1951), pierwszego filmu eksplorującego postnuklearny holocaust, Corman nakręcił pocieszną ramotkę, która wyznaczyła kurs b-klasowemu kinu, spod znaku postapokalipsy na kolejne dekady! Największą bolączką Dnia końca świata jest mikry budżet, który skutkuje prymitywną scenografią czy momentami naprawdę fatalną pracą kamery. Nie ukrywajmy, to film tandetny i obskurnie tani. Jest jednak poprowadzony z niezaprzeczalnym wigorem i poczuciem własnej wartości. A najjaśniejszym punktem produkcji jest tutaj zdecydowanie Paul Birch, wcielający się w rolę przywódcy grupy ocalałych po jądrowej hekatombie. Całość ubrana została w biblijną symbolikę, nadając jałowemu pustkowiu cechy Edenu, a starającym się na nim przeżyć bohaterom, charakter pierwszych ludzi. Całe trzy czwarte filmu jest tak naprawdę nudną inscenizacją, rozegraną praktycznie na jednym planie, straszącą swoim idiotycznym podejściem zarówno do zagadnień o charakterze naukowym, jak i tych dotyczących ludzkiej natury. Na szczęście nasze, a nieszczęście bohaterów, w okolicy pojawia się popromienny mutant o aparycji włochatej kukły! W przeciwieństwie do wydanej rok wcześniej powieści Richarda Mathesona pt. Jestem legendą, bohaterowie filmu traktują ewolucyjnego potwora jako skazę na dziele Boga. Nie jest więc przypadkowym, że kiedy na spaloną słońcem pustynię spadnie deszcz, jest to swoiste miłosierdzie boskie, potop, który rozpuszcza humanoidalnego mutanta. I chociaż wszyscy w grupie umierają z wyjątkiem pary głównych bohaterów, Świat doczekał się nowego Adama i Ewy.


1957 – Atak potwornych krabów (reż. Roger Corman) – Marta Płaza 

Głównymi bohaterami filmu są członkowie pewnej ekspedycji naukowej. Zostają wysłani na zagubioną gdzieś na Pacyfiku wyspę, aby kontynuować badania nad skutkami promieniowania oraz odkryć, co stało się z ich poprzednikami, którzy zaginęli bez śladu. Po przyjeździe na miejsce dowiadują się, że tajemnicza wyspa jest „zamieszkana” przez gigantyczne, inteligentne, zmutowane kraby, które zabiły, zjadły oraz „wchłonęły” umysły członków poprzedniej grupy badawczej. W efekcie, paskudne monstra mogły teraz telepatycznie porozumiewać się ludzkimi głosami. Czy naukowcom uda się pokonać potworne kraby? Czy uciekną z przerażającej wyspy, która na domiar złego zaczyna pogrążać się w oceanie? Roger Corman odpowiadał nie tylko za reżyserię, ale i produkcję filmu. Dystrybucją zajęło się z kolei studio Allied Artists, które postanowiło wydać Kraby w ramach podwójnego seansu, do spółki z innym dziełkiem Cormana – Nie z tej ziemi (1957). Całość reklamowana była wymownym hasłem: „Terrorama! Double Horror Sensation!”. Zmutowane potwory, grupa naukowców, kwestie atomowe – Atak potwornych krabów z pewnością idealnie wpisywał się w nurt popularnych w latach pięćdziesiątych horrorów science-fiction. Autorem scenariusza był współpracujący już wcześniej z Cormanem, Charles B. Griffith, który w jednym z wywiadów przyznał, iż Roger wyraźnie poinstruował go, aby podkręcił akcję i suspens na maksa, bo tylko taki film i takie sceny go interesowały. Efekt był raczej mizerny, ale za to nadrabiał klimatem, który paradoksalnie mógł mocno uderzać w ówczesne społeczeństwo. Łatwo się domyślić, że w czasach gdy powszechny był lęk przed bombą atomową i promieniowaniem, historia o gigantycznych, zmutowanych krabach, pożerających ludzi, mogła brzmieć przerażająco. Nawet jeżeli była to nieporadna i dość tandetna historia z tekturowymi krabami w rolach tytułowych. Fakt iż film kosztował około 70 tysięcy dolarów, a miał zarobić prawie milion, niech mówi sam za siebie. Czy po takiej „bombie” już na początku kariery, nadal można dziwić się Cormanowi, że tak dobrze czuł się w świecie zamieszkanym przez tandetne potwory?


1958 – Machine-Gun Kelly (reż. Roger Corman) – Marta Płaza

Roger Corman tym razem o jednym z najsłynniejszych amerykańskich gangsterów – George’u „Machine Gun” Kellym. Początkowo gwiazdą filmu miał być Dick Miller, który później pojawił się chociażby w Sklepiku z horrorami. Ostatecznie zatrudniono młodego Charlesa Bronsona, dla którego rola Kelly’ego, była jedną z pierwszych głównych ról w karierze. Gangster w jego wydaniu to bezlitosny twardziel, lubujący się w napadach na banki i laniu po mordzie, który ma też nietypową przypadłość! Otóż jest człowiekiem wyjątkowo przesądnym i bojącym się śmierci. Gdy pewnego dnia, tuż przed kolejnym skokiem, widzi trumnę, cały plan napadu bierze w łeb, a on sam z dnia na dzień traci zaufanie kolegów po fachu. Ratunkiem dla jego reputacji ma być porwanie córki bogatego biznesmena. Film został luźno oparty na prawdziwej historii z życia Kelly’ego, kiedy to wraz ze swoim gangiem uprowadził Charlesa F. Urschela – milionera z Oklahomy, za którego zapłacono okup w wysokości 200 000 dolarów. Tuż po porwaniu, gangster znalazł się nawet na pierwszym miejscu listy najbardziej poszukiwanych przez FBI przestępców. Film, nakręcony w zaledwie 8dni był jednym z pierwszych, większych sukcesów Rogera Cormana. AIP dystrybuowała go w ramach podwójnego seansu wraz z filmem The Bonnie Parker Story (1958) w reżyserii Williama Witneya. Corman w swoim stylu, pracował szybko i tanio, ale tym razem spotkał się z ciepłym przyjęciem ze strony krytyki, która zachwalała zarówno dobry scenariusz jak i rolę Bronsona. Równie udany występ zaliczyła Susan Cabot, której postać została oparta na wizerunku drugiej żony George’a Kelly’ego, Kathryn Thorne. Aktorka, która występowała u Cormana już wcześniej, po latach nazwała ten film ich najbardziej satysfakcjonującą współpracą, głównie ze względu na chemię pomiędzy jej bohaterką, a Kellym, oraz dzięki samej zażyłości jaka łączyła ją z Bronsonem. Niczym archetypiczna kobieta fatalna, uwodzi tu i manipuluje. Jest jedną z najbardziej przebiegłych i charyzmatycznych bohaterek filmu, która do samego końca zaskakuje. Sama historia, po widowiskowym początku nieco traci tempo, ale na szczęście, ostatecznie prowadzi nas do satysfakcjonującego finału, w którym bezlitosny, neurotyczny bandyta pokazuje ludzką twarz.


1960 – Sklepik z horrorami (reż. Roger Corman) – Patryk Karwowski

A więc nakręciłem Wiadro krwi (1959), a do zniszczenia dekoracji pozostały dwa dni? Chyba nie nazywałbym się Corman, gdybym tego nie wykorzystał! Tak było, gdy z kieszenią wypchaną 28 tysiącami dolców i ze świetnym pomysłem, Roger Corman nakręcił Sklepik z horrorami. Mistrz wyciskania maksimum rozrywki z minimalnych budżetów i tutaj dał kolejny popis swojej biznesowej wirtuozerii (między innymi ponownie usłyszymy tę samą muzykę autorstwa Freda Katza. Łącznie została wykorzystana w siedmiu tytułach, które wyszły spod skrzydeł Cormana). Horror komediowy oparty na sitcomowym sznycie, tandetny, zanurzony (tonący!) w lichych gagach, podlany uroczym slapstickiem, a jednocześnie oryginalny, nakręcony z werwą i autentyczną miłością do sztuki filmowej i płodzenia absurdalnych scenariuszy. Historię widzowie znają głównie z remaku Franka Oza Krwiożercza roślina z 1986 roku, ale to właśnie Roger Corman powinien zebrać laury dla przecierającego szlaki w b-klasowej rozrywce. Skrypt do Sklepiku ewoluował w sposób tak kuriozalny, że wystarczy wspomnieć, że zaczęło się od inspiracji opowiadaniem Green Thoughts z 1932 roku o mężczyźnie jedzącym kwiaty (taka postać w filmie się znalazła), przez pomysły na fabułę o prywatnym detektywie, historię kucharza z baru sałatkowego przyrządzającego potrawy z ludzi, aż dotarliśmy do kwiaciarni z krwiożerczą roślinką. Przystanków po drodze można by wymienić jeszcze kilka, włącznie z pomysłem na film Cardula rozpisanym na nuty znane z Draculi. Chociaż opowieść o dociskanym przez szefa mało rezolutnym Seymourze (Jonathan Haze), który wyhodował, by przypodobać się szefowi, krwiożerczą roślinę (gustującą w ludzkim gatunku!) sama w sobie jest interesująca, to warto zwrócić uwagę na kilka innych elementów. Sam tytuł (Sklepik z horrorami) stanowi niezłą metaforę wszystkich pojawiających się na planie filmowym dziwności, wśród których urocza roślinka nie musi należeć do tych najdziwniejszych. Jako że u Cormana przewijało się wiele głośnych nazwisk, także i tu zobaczymy jedne z pierwszych nietuzinkowych występów późniejszych gwiazdorów. Ot, chociażby Jack Nicholson w roli pacjenta u stomatologa, który bardzo lubi te wizyty, koniecznie bez znieczulenia! Jest i postać Gravisa Mushnicka, oparta w stu procentach na stereotypowym postrzeganiu Żyda przedsiębiorcy (co zresztą przyniosło sporo problemów Cormanowi przy okazji znalezienia dystrybutora). Muschnick to najjaśniejszy punkt aktorski w Sklepiku, bo Mel Welles w tej roli jest autentycznie zabawny, gdy zmienia swoją postawę w zależności od tego czy los się do niego uśmiecha, czy akurat odwraca – zawsze próbuje wyjść na swoje. Nie może tu być mowy o jakiejś makabresce, grozie, bo temat z natury rzeczy jest raczej zabawny niż straszny, nawet gdy Seymour ładuje kończyny w gardziel roślinki, atmosfera wciąż utrzymywana jest na poziomie mocnej groteski. Z perspektywy czasu, Sklepik z horrorami można traktować jako film niezwykle udany i, co może zabrzmieć dziwnie, przemyślany, z dużą dawką autoironii, prześmiewczy, oryginalny, jeden z ciekawszych na autorskiej drodze króla filmów klasy B.


1960 – Zagłada domu Usherów (reż. Roger Corman) – Michał Mazgaj

Na prozie Edgara Allana Poe Roger Corman się wychował, więc nie powinno dziwić, że postanowił ją, w trakcie swojej reżyserskiej kariery, przenieść na srebrny ekran. I przeniósł ją z sukcesem tak dużym, że zamiast jednego filmu, powstał cały cykl liczący osiem filmów plus jeszcze kilka imitacji od innych reżyserów. Trzeba mieć jednak na uwadze, że Zagłada domu Usherów jest luźną adaptacją opowiadania o tym samym tytule. Philip Winthrop (Mark Damon) przybywa do tytułowego domostwa z zamiarem ożenienia się z Madeline Usher (Myrna Fahey). Przeciwny temu jest brat Madeline – Roderick (Vincent Price). Twierdzi on, że nad rodem Usherów wisi klątwa spowodowana przez grzechy ich przodków i że nie powinni opuszczać swojego domu, tylko czekać w nim cierpliwie na swój koniec. Romansu, sporu głównego bohatera z Roderickiem czy choroby powodującej nadwrażliwość zmysłów u tego drugiego ze świecą szukać w literackim pierwowzorze, a jego bardziej ortodoksyjni fani mogą nawet uznać, że to spłycenie oryginału, że to wszystko jest niepotrzebne. I poniekąd to prawda, trzeba jednak pamiętać, że Corman ponad wszystko jest producentem filmowym, a co za tym idzie – wie, co widownia przyjmie z otwartymi ramionami i portfelami. A w owym czasie najlepiej sprzedawały się gotyckie romanse podszyte grozą, toteż na taki właśnie postanowił opowiadanie Poe przekształcić. Poza tym, te wszystkie zmiany wcale nie wypaczają atmosfery oryginału. Film, podobnie jak opowiadanie bazuje na atmosferze niepewności. Prawdą jest, że rodzina Usherów ma za sobą mroczną historię, a podczas pobytu Winthropa dzieją się różne dziwne rzeczy, jednak do samego końca nie pozostaje rozstrzygniętym, czy mieliśmy do czynienia z szaleństwem jednej osoby, szeregiem zbiegów okoliczności, czy może jednak za tym wszystkim w istocie stały duchy i wieloletnie fatum.


1963 – X – człowiek, który widział więcej (reż. Roger Corman) – Antoni Urbanowicz

Moje pierwsze zetknięcie się z twórczością Cormana nastąpiło w czasie trwania przeglądu filmowego z cyklu „Najgorsze Filmy Świata”, odbywającego się dekadę temu w nieodżałowanym gdańskim kinie Neptun. W ciągu tej nocy, X został umieszczony w programie między takimi „dziełami”, jak Ludzie Aligatory (1959) i Zabójcze Ryjówki (1959). Już jako średnio rozgarnięty nastolatek czułem, że ten film po prostu nijak tam nie pasuje, a sam Corman musi być mistrzem campowej rozrywki. I tak oto rozpoczęła się moja wielka miłość do tego twórcy. Choć na przestrzeni lat udało mi się odkryć ciekawsze perełki w jego bogatej filmografii, to jednak właśnie X ma szczególne miejsce w moim kinofilskim sercu. Tytułowy człowiek, który widział więcej, to James Xavier (Ray Milland) – naukowiec, który odpowiednimi chemicznymi modyfikacjami sprawił, że jego wzrok przenika każdą możliwą powierzchnię. Początkowo swój dar zamierza wykorzystać w celach naukowych, jednak pycha stopniowo bierze górę nad zdrowym rozsądkiem. Zaczyna się od rozbierania wzrokiem panienek na imprezkach (takich, na których każdy tańczy szaleńczego twista), a kończy na skubaniu kasyn w Las Vegas. Moralna degrengolada prowadzi w końcu do iście szokującego finału, który nadaje całości charakter opowieści z przestrogą. Najlepszy camp to taki, który wraz z upływem lat nie staje się niezrozumiałą ramotą, lecz nabiera charakteru i uroku. I właśnie tak prezentuje się X. Cormanowi udało się z niezwykłą zręcznością reżyserską skondensować całą fabułę do 79 minut, przez co film na ani moment nie traci swojego energetycznego tempa. Z drugiej strony nie czuć też, że całość jest pospieszana batem kosztem logiki, żeby tylko nie stracić zainteresowania nastolatka siedzącego w swoim fordzie mustangu w lokalnym kinie drive-in. Twórcy współczesnych, przydługich blockbusterów powinni uczyć się od Cormana, jak należy to robić. No i jeszcze te efekty specjalne pojawiające się w scenach ukazujących moce Xaviera! Jakże urokliwe, psychodeliczne i, przede wszystkim, jak efektywnie użyte, biorąc pod uwagę zarówno ograniczenia finansowe produkcji, jak i presję czasową, w jakiej powstawał film. Magia kina Cormana w pełnym blasku!


1964 – Maska Czerwonego Moru (reż. Roger Corman) – Wongo

Najpiękniejsza plastycznie, a zdaniem wielu także po prostu najlepsza odsłona cyklu bazującego na twórczości Edgara Allana Poe. Podobnie jak wcześniej mamy do czynienia z dość luźną adaptacją. Podstawę stanowiło, rzecz jasna, tytułowe opowiadanie o księciu Prospero, który schronił się za bezpiecznymi murami zamku, podczas pustoszącej jego ziemie zarazy. Zatracony w dekadenckich uciechach, ignorując cierpienie poddanych, nie wziął pod uwagę, że Śmierć i tak znajdzie sposób, by upomnieć się o swoje. Z opowiadania pochodzi też widoczny tu motyw systemu kolorowych komnat i symboliczne wahadło zegara, acz te elementy znalazły się w tle i zostały trochę inaczej wykorzystane, niż w pierwowzorze. Do swobodnie potraktowanej historii dosztukowano wątek zemsty poniżonego karła zapożyczony z Żaboskoczka, pióra tego samego autora. Doszedł również odpowiednio duży „wkład własny” scenarzystów i tym sposobem występny możnowładca (odtwarzany oczywiście przez niezawodnego Vincenta Price’a) został gorliwym czcicielem Diabła… To pierwszy zrealizowany w Anglii film Rogera Cormana, przy tej właśnie okazji również Vincent Price postawił swe pionierskie kroki na wyspiarskiej ziemi. Magnesem do przeprowadzki zza oceanu była perspektywa korzystnego dofinansowania, jakie otrzymywały od brytyjskiego rządu produkcje zatrudniające lokalną ekipę. Co więcej, Cormanowi udało się przejąć zbudowane na potrzeby Becketa (1964) dekoracje, dzięki czemu inscenizacja nabrała znacznie wystawniejszego charakteru, niż byłoby to możliwe z tradycyjnym budżetem studia American International Pictures. Na jakość dzieła mógł też korzystnie wpłynąć dłuższy niż zazwyczaj okres zdjęciowy – całe pięć tygodni, zamiast maksymalnie trzech, jak to miało miejsce w przypadku wcześniejszych realizacji. Moim zdaniem wyśmienity finałowy rezultat to jednak w głównej mierze zasługa zatrudnionego tu zdjęciowca. Roger Corman nie dorównywał talentem brylującym w owym czasie włoskim mistrzom horroru, jego umiejętności opowiadania obrazem ustępowały kunsztowi i innowacyjności Mario Bavy czy Antonio Margheritiego. Tutaj zyskał jednak niebagatelnego pomocnika w osobie Nicolasa Roega, znakomitego brytyjskiego operatora, a w późniejszym okresie równie rewelacyjnego reżysera. Bogata oprawa wizualna to podstawowy atut dzieła, a kapitalnie wykadrowana, deliryczna scena danse macabre to jeden z najlepszych momentów jakie pojawiły się w którymkolwiek filmie sygnowanym nazwiskiem Cormana. Był to przedostatni tytuł z wspomnianego cyklu i zarazem ostatni w całości zrealizowany w studio. Do zamykającego serię Grobowca Ligei (z tego samego roku) amerykański twórca wpuścił już odświeżające plenerowe powietrze.


1966 – Dzikie Anioły (reż. Roger Corman) – Oskar Dziki

W połowie lat sześćdziesiątych, młody wówczas pisarz eseista Hunter S. Thompson spędził rok życia pośród osławionego gangu motocyklowego Hells Angels. Swoje doświadczenia opisał w książce Hells Angels: A Strange and Terrible Saga, dając podwaliny pod dziennikarski styl Gonzo. Zapewne to właśnie Thompson oraz prasowe doniesienia opisujące burzliwe zabawy zmotoryzowanych grup sprawiły, że amerykańska popkultura zachłysnęła się współczesnymi kowbojami na swoich pięknych maszynach. Nie inaczej było z Rogerem Cormanem, który po krótki pobycie pod skrzydłem Columbia Pictures, wrócił na łono AIP (American International Pictures) z pomysłem nakręcenia letniego filmu przeznaczonego do dystrybucji drive-in, Dzikich Aniołów. Z budżetem wynoszącym około 350 000 dolarów oraz scenariuszem opartym na prawdziwych historiach opowiedzianych przez członków Hells Angels San Bernadino, Corman w 3 tygodnie nakręcił prawdziwą odę do nihilizmu! Film otwiera klaustrofobiczne ujęcie dzieci bawiących się na odgrodzonym podwórku gdzieś w Venice Beach. Jeden z chłopców opuszcza ogródek na swoim trójkołowym rowerku i o mały włos kończy pod kołami Petera Fondy. To nieco karykaturalny wstęp, Fonda z papierosem majestatycznie pokonujący amerykańskie przedmieście pod riff Davie Allana, nastraja nas na cały film. Niestety, ogólnie Dzikie Anioły oprócz intra i sceny totalnej rozróby w kościele nie mają nic ciekawego do zaoferowania. Żaden z bohaterów nie jest szczególnie sympatyczny, choć wielu z nich zagrali prawdziwy członkowie Hells Angels, a sam Peter Fonda wcielający się w głównego bohatera najlepiej prezentuje się wtedy, kiedy akurat nie musi wypowiadać koślawych dialogów. Dziwi zatem fakt, że film Cormana otworzył 27. Festiwal Filmowy w Wenecji i był jednym z najbardziej dochodowych filmów z 1966 roku! Oprócz płytkiego eskapizmu, Cormanowi udało się uchwycić pejzaż uprzemysłowionej Kalifornii pełnej autostrad i fabryk oraz frustracje związaną z kruchością rynku pracy. Jednak to tylko forma, w której zabrakło konkretnej treści. Co z tego, że tytułowy gang prezentuje się świetnie, idąc orszakiem wypchanym nazistowską symboliką, skoro za wszystkim stoją słowa “chcemy być wolni, by jeździć, chcemy być wolni, by robić to, na co mamy ochotę”. Na nasze szczęście jednak, sukces Dzikich Aniołów uczynił z Petera Fondy gwiazdę oraz podsunął mu pomysł na Swobodnego jeźdźca (1969)!


1967- Podróż (reż. Roger Corman) – Piotr Kuszyński

Paul Groves jest reżyserem reklamówek, który zamierza odreagować swoje życiowe niepowodzenia za pomocą psychodelików. Pod opieką przyjaciela zażywa więc dawkę LSD, co okazuje się dla niego początkiem niezwykłej podróży, pełnej, zarówno odmieniających życie doświadczeń, miłosnych uniesień, ale również przerażających, wyjętych niczym z kina grozy wizji. I chociaż na początku filmu widz otrzymuje informacje, że opisywany tu obraz ma przede wszystkim wartość edukacyjną i przestrzega przed zażywaniem substancji psychoaktywnych, to jednak dość łatwo dojść do wniosku, że to wszystko pic na wodę, zabezpieczenie (swoją drogą, niezbyt skuteczne) w razie, gdyby ktoś oskarżył filmowców o szerzenie moralnej degrengolady wśród bogobojnej i patriotycznej młodzieży. W rzeczywistości mamy tutaj do czynienia z próbą zwizualizowania zjazdu na kwasie: W Podróży nie zabraknie więc zabawy kolorami, wypełnionych fraktalami animacji i przedziwnych, jakby zwolnionych i urywanych znienacka scen. Wszystko to rzecz jasna w taniej, eksploatacyjnej oprawie, która jednak pięknie prezentuje geniusz Cormana, jeśli chodzi o tworzenie efektywnego opowiadania historii, pomimo mikroskopijnych budżetów i ograniczeń technologicznych. Co prawda można by zarzucić filmowi chaotyczność i to, że niekiedy potrafi straszliwie przymulić, choć ja akurat uważam, że są to cechy, które należałoby wziąć na klatę, ponieważ są to najzwyczajniej w świecie elementy psychodelicznego tripu głównego bohatera. Roger Corman nakręcił pełnometrażową reklamę LSD i przy okazji udało mu się wybudować pomnik dla ówczesnej, kipiącej od dragów hipisowskiej kontrkultury. Prawdopodobnie dla większości kinomanów film pozostanie raczej ciekawostką, na którą zerkną ze względu na świetną obsadę (Peter Fonda, Dennis Hopper, Bruce Dern. Warto też nadmienić, że scenariusz do filmu napisał Jack Nicholson), jednak fani psychodelii i lat 60 nadal powinni mieć z The Trip niezłą gratkę.


1970 – Krwawa mamuśka (reż. Roger Corman) – Patryk Karwowski

Naprawdę niewiele brakowało, by Roger Corman stworzył wielki, gangsterski utwór o wymiarze epickim, a potraktowanym w duchu obrazoburczej eksploatacji. Jednak Corman to przecież król klasy B, więc i scenariusz musi być mocno wybrakowany (aż prosi się o korektę, wydłużenie niektórych, a skrócenie innych scen), sam montaż niechlujny, a i wykonanie lekko bałaganiarskie, albo po prostu takie na jakie pozwalały fundusze. Jednak nawet pomimo tych kilku ujm, Krwawa mamuśka to jeden z najbardziej deprawujących filmowych obrazów. Niejeden niezaprawiony w bojach widz może być w szoku, ile znalazło się tu demoralizującej treści. To ewenement na tle innych gangsterskich filmów o bandach, morderczych kochankach, napadach na banki. Większość twórców próbuje mimo wszystko przenieść romantyczny pierwiastek do swoich opowieści, jeżeli zaś w historii istnieje element wspomnianej deprawacji, odpowiednio go naświetlić. U Rogera Cormana jest inaczej, to co inny twórca jasno by wskazał, dla króla klasy B stanowi tło, nawet nie domysł, a naturalny krajobraz w życiu rodziny Barkerów. Już sam początek pokazuje jak plugawy będzie to utwór. Otwarcie to krótka chwila w życiu nastolatki, późniejszej krwawej mamuśki, gdy zostaje za przyzwoleniem ojca (i prawdopodobnie przy jego współudziale) zgwałcona przez własnych braci. Przysięga sobie, że jako dorosła osoba stworzy rodzinę, która nie da sobie zrobić krzywdy i otoczy się wzajemną opieką. Koszmarna jest więc geneza, tak jak koszmarne jest życie rodzinki prowadzonej przez życie przez mamuśkę. Corman nie był jedynym twórcą, który wziął się za historię Ma Barker, ale tylko on był w stanie nakręcić film tak gęsty od panoszącej się degeneracji. Już od strony samej historii wystarczy napisać, że J. Edgar Hoover wypowiadał się o Ma Barker jako o jednej z najniebezpieczniejszych przestępczyń w swojej dekadzie, a miał przecież z kogo wybierać, był to wszak czas „wrogów publicznych” i wielkiego kryzysu. Roger Corman skupił się na przestępczej drodze, kilku napadach i krwawym finale. Ważniejszy od fabuły jest jednak uzyskany nastrój, obrazoburczy wręcz, przez podjęte tematy (swego czasu film był zbanowany w kilku krajach). Są więc gwałty, jawna przemoc, strzelaniny, ale i wiele mocno zaznaczonych i podkreślonych wywrotowych elementów jak kazirodcze stosunki mamuśki z synami (lubiła sobie wybierać któregoś z synów w zależności od nastroju), szprycowanie się heroiną przez Lloyda (niezwykle udany jeden z pierwszych występów Roberta De Niro) i trochę golizny. Roger Corman niczym najlepszy fechtujący obskurą i tanim budżetem, stworzył dzieło nietuzinkowe, które stoi w opozycji do wszystkich ugrzecznionych filmów, niejako gloryfikujących gangsterów. Film króla klasy B zmienia wprawdzie kilka razy swój klimat (od pastiszu po przejmujący finał, w którym znalazł się społeczny komentarz, obraz zbierającego się tłumu, widowni pragnącej krwi), ale po seansie zostawia tylko najlepsze wrażenie. Nie ma drugiej takiej taniej, prawdziwej, nieudawanej ballady o kilku redneckach, którzy chcieli od życia czegoś więcej, a przede wszystkim dobrze się zabawić.


1975 – Death Race 2000 (reż. Paul Bartel) – Piotr Kuszyński

Gracze komputerowi, którzy wychowywali się w latach 90, z całą pewnością kojarzą Carmageddon, serię ultra brutalnych ścigałek, w których oprócz zaliczania kolejnych okrążeń można było dewastować auta naszych oponentów i rozjeżdżać przechodniów za punkty. Nie każdy może jednak wie, że koncept tego typu wyścigów jest sam w sobie dużo starszy, bo sięga lat siedemdziesiątych. Konkretniej roku 1975, bo wtedy to Roger Corman wyprodukował Death Race 2000, przedziwny, ale i niezwykle rozrywkowy twór, którego główna oś fabularna toczy się właśnie wokół krwawych wyścigów. Mamy niedaleką przyszłość, Stany Zjednoczone to całkowicie faszystowski kraj pogrążony w ekonomicznej ruinie. Sposobem na społeczne niepokoje jest transmitowany na cały kraj (oczywiście poprzez całkowicie kontrolowane przez rząd media) brutalny wyścig, którego faworytem jest ukochany przez publikę i reżim Frankenstein (David Carradine). Jednym z jego rywali jest niejaki Machine Gun Joe (Sylvester Stallone w jednej z jego pierwszych ról. Prawdziwe złoto), wiecznie wpieniony gangster, który nienawidzi Frankensteina i chce się go pozbyć na dobre. Całość jest okraszona sporą dozą satyry i kreskówkowego przerysowania rodem z Wacky Racers ze studia Hannah Barbera… oczywiście z tą różnicą, że tutaj kierowcy rozjeżdżają przy okazji bogu ducha winnych pieszych, w nadziei na dodatkowe punkty. Najważniejsze jest przede wszystkim to, że oprócz wspomnianej już przesady i kreskówkowej brutalności (które są oczywistym wabikiem dla pożeracza filmowej pulpy) Death Race 2000 faktycznie jest filmem bardzo dynamicznym i nie pozwala by uwaga widza zboczyła na inne ścieżki. To świetna, rozrywkowa pozycja, w sam raz na relaks po ciężkim dniu w pracy, czy do piwa ze znajomymi. Nie tylko na raz.


1979 – Rock ‘n’ Roll High School (reż. Allan Arkush)Caligula Von Komuda

Pod koniec lat 70. Roger Corman rozglądał się za tematem na potencjalny hit kina młodzieżowego, który uwzględniałby współczesne muzyczne trendy. Początkowo, producent rozważał realizację filmu eksploatującego modę na disco, z czasem jednak koncepcja zaczęła skręcać w kierunku szeroko pojętego rocka. Na filmowych idoli młodzieży typowano grupę Cheap Trick oraz Todda Rundgrena, ostatecznie stanęło jednak na punkowcach z The Ramones. W filmie Allana Arkusha (okresowo wspomaganego na stanowisku reżysera przez Joe Dante’go) Joey, Dee Dee, Johnny i Marky uosabiają bunt przeciwko skostniałym wzorcom narzucanym przez wszelkiej maści autorytety. Oddaną fanką grupy jest Riff Randell (P.J. Soles), uczennica Vince Lombardi High School. Kiedy dziewczyna dowiaduje się, że zespół będzie grał w jej mieście, postanawia zrobić wszystko, aby poznać jego członków osobiście i wręczyć im tekst napisanej przez siebie piosenki pod tytułem Rock ‘n’ Roll High School. Na drodze do realizacji celu staje jednak dyrektor szkoły Evelyn Togar (Mary Woronov), która nienawidzi wszystkiego co związane z rock’n’rollem, a przyjemniaczków z Ramones w szczególności… Delikatnie anarchizująca komedia muzyczna, w której głupawy humor spotyka scenariuszową beztroskę, by dać widzowi półtorej godziny lekkiej, bezpretensjonalnej rozrywki. Na soundtracku oczywiście królują kawałki Ramonesów, dodatkowo wsparte przez utwory takich wykonawców, jak Chuck Berry, Devo, Alice Cooper, Brian Eno, MC5 czy Eddie & the Hot Rods. Nad całością unosi się duch rebelii, zgodnie z którym praktycznie każdy dorosły jest potencjalnym wrogiem, nic więc dziwnego że ostatecznie wszystko kończy się wielką rozwałką, podczas której znienawidzona szkoła legnie ostatecznie w gruzach. Na ekranie znajome twarze z ekipy stałych współpracowników Cormana (Paul Bartel, Dick Miller), show jednak należy do Joeya i spółki, których obecność usprawiedliwia miałką, pretekstową fabułę i którzy wnoszą do niej cały niezbędny luz i nonszalancję. Obraz okazał się być sporym hitem i w 1991 roku doczekał się kontynuacji (Rock ‘n’ Roll High School Forever), która jednak nie dorównała kultowemu statusowi oryginału i w której to muzyki Ramonesów nie uświadczymy z kolei w ogóle.


1981 – Galaktyka grozy (reż. Bruce D. Clark) – Wongo

Jeden z ciekawszych obrazów powstałych na fali popularności Obcego (1979) Ridleya Scotta i zarazem niskobudżetowy prekursor Ukrytego Wymiaru (1997) Paula W.S. Andersona. Na odległej planecie znajduje się gigantyczna piramida, we wnętrzu której materializują się ludzkie lęki. Trafia tam brygada ratunkowa poszukująca członków załogi zaginionego wcześniej okrętu. W doborowej ekipie znajdują się między innymi: młody Robert Englund, miotający kryształowymi shurikenami Sid Haig, a także Grace Zabriskie (serialowa matka Laury Palmer), oraz Zalman King – późniejszy twórca filmów erotycznych, takich jak choćby Dzika orchidea (1989). Poszukiwaczom nie udaje się odnaleźć rozbitków, stają za to oko w oko z iście kosmicznym koszmarem… Fabuła potrafi być cokolwiek bełkotliwa i chaotyczna, kuleje pod tym względem zwłaszcza początek i finał historii. Jednak zasadnicza część spektaklu, przedstawiającą eksplorację wnętrza tajemniczej konstrukcji oraz walkę z czającymi się tam zagrożeniami, cechuje się znakomitą, mroczną atmosferą i nierzadko przybiera mocno surrealistyczny charakter. Film posiada przy tym niezapomniane momenty – czy to Sid Haig atakowany przez własną odciętą rękę, czy znów przyszły Freddy Krueger spotykający swojego doppelgangera. Najbardziej osławiony fragment przypadł w udziale Taaffe O’Connell: to jej bohaterka zostaje w pewnej chwili rozebrana i pokryta przez larwo-podobnego stwora. Cóż, jak na porządną klasę B przystało, obok krwawego gore musiał się znaleźć również należycie lubieżny sleaze. Roger Corman nie mógł konkurować z Ridleyem Scottem pod względem walorów produkcyjnych, więc w zamian wrzucił mocno popieprzoną scenę seksu z wielkim robalem, która w wysokobudżetowym kinie nigdy by nie przeszła – to się nazywa uczciwy deal! Niemniej, mimo ograniczonych nakładów finansowych, strona wizualna Galaktyki grozy robi duże wrażenie. Za dekoracje oraz modele odpowiadał niejaki James Cameron, dzięki jego pomysłowości wiele sekwencji wypada zaskakująco monumentalnie. Przyszły autor hollywoodzkich megahitów był zatem kolejnym twórcą, który na początku swej filmowej drogi terminował w stajni Rogera Cormana, pobierając bezcenną naukę budowania widowiska ze skromnych środków. Wykonana tutaj imponująca praca stanowiła dla niego przepustkę do reżyserskiej kariery. Echa Galaktyki… odnajdziemy zresztą w Obcym – decydującym starciu (1986), co więcej – według samego Camerona obydwa filmy rozgrywają się w tym samym uniwersum.


1988 – Not of This Earth (reż. Jim Wynorski) – Caligula Von Komuda

Pan Johnson (Arthur Roberts) to ciekawy delikwent. Wszędzie chodzi w garniturze i kapeluszu, mimo panujących dookoła upałów, nigdy też nie zdejmuje ciemnych okularów. Mężczyzna cierpi na nieznaną nauce chorobę krwi i, aby zapewnić sobie stały dostęp do utrzymujących go przy życiu transfuzji, zatrudnia młodą pielęgniarkę imieniem Nadine (Traci Lords), która wprowadza się do jego domu. Dziewczyna z czasem odkrywa, że jej pracodawca jest tak naprawdę przybyszem z kosmosu, który poszukuje źródła zapasów krwi dla mieszkańców swojej planety… Remake klasycznego filmu Cormana z 1957 roku. Ponoć projekt był wynikiem zakładu: reżyser Jim Wynorski (specjalista od niskobudżetowych horrorów i tandetnych sequeli spod znaku „cycki + krew”) zobowiązał się, że nakręci swoją wersję nie przekraczając budżetu pierwowzoru (z uwzględnieniem inflacji), ani okresu zdjęciowego w jakim tamten został sfilmowany. Pod względem samej fabuły nie uświadczymy tu wielkich innowacji, bo rzecz wiernie trzyma się oryginalnego konceptu. O tym, że Not of This Earth AD 1988 to świetna zabawa, decydują „przyprawy”. Temat bynajmniej nie został potraktowany serio, toteż kampowa przesada nie razi, a pomaga jedynie wygodniej umościć się w fotelu. Swoim zwyczajem, Wynorski nie przegapił szansy na przemycenie tu i ówdzie porcji soczystej golizny. Pomysł, aby w roli głównej zatrudnić Lords, której kariera gwiazdy porno dopiero co zakończyła się olbrzymim skandalem i wstrząsnęła amerykańskim światkiem trzech iksów u podstaw, okazał się być strzałem w dziesiątkę. Lords na tym etapie rozbiera się przed kamerą w dalszym ciągu nader chętnie (de facto, Not of This Earth jest jedynym „mainstreamowym” filmem, w którym pojawiła się nago – w przyszłości odrzucała już podobne propozycje), a do tego zdołała udowodnić, że jest całkiem niezłą aktorką. Twórcy dorzucili do tego garść kiepskich efektów specjalnych (pan Johnson, niczym Cyclop z drużyny X-Men, zabija promieniami ze swych oczu) i… mieli murowany hit wypożyczalni kaset video. Jak znalazł na podwójny, „porównawczy” seans z oryginalną, cormanowską wersją (na marginesie warto zaznaczyć, że Wynorski wywiązał się z obietnicy i budżetu, ani czasu zdjęciowego nie przekroczył).


1989 – Czarnoksiężnik (reż. Steve Miner) – Michał Mazgaj

Powstający w momencie, kiedy New World Pictures bankrutowało, Czarnoksiężnik o mały włos nie trafił do kin. Na szczęście dla niego, został wykupiony przez Trimark Pictures i swoją spóźnioną premierę miał w 1992 roku. Historia o podróżującym w czasie złym Czarowniku (Julian Sands) okazała się na tyle dużym sukcesem, że nowi właściciele marki wydali w kolejnych latach aż dwie jej kontynuacje. Choć dzieło Steve’a Minera jawnie czerpie inspiracje z Terminatora (1984), podchodzi do tematów czarów i podróży w czasie ze sporym dystansem, przełamując też niektóre związane z nim klisze. Scenariusz Davida Twohy’ego przywołuje całe mnóstwo przesądów i wykorzystuje je na kilka ciekawych, a nawet i zabawnych sposobów, m.in. w obecności Czarnoksiężnika mleko kiśnie, ogień jarzy się błękitem, konie się pocą, i tak dalej. Aby ochronić się przed pomniejszym zaklęciem trzeba trzymać w ustach grosze, aby zranić Czarownika można wbić gwóźdź w ślad zostawiony przez jego stopę, a do latania nie jest potrzebna miotła, lecz ludzki tłuszcz. Po drugie, średniowieczni przybysze trafiwszy do XX wieku wcale nie wariują na widok nowoczesnej technologii. Obaj są doskonale świadomi, że trafili do nowego, obcego świata i nie mamy wątpliwej przyjemności oglądać po raz kolejny sztampowego rzucania się z mieczami na samochody. Ton jest lekki niczym w kinie przygodowym, jednak filmowi zdarza się zarzucić od czasu do czasu bardziej brutalną sceną (pierwotnie film miał być horrorem i są zapewne pozostałościami po tym koncepcie). Najjaśniejszym punktem filmu jest, oczywiście, tytułowy bohater – od pierwszej sceny posiada niesamowicie magnetyczną prezencję i fascynuje widza rzucanymi one-linerami. Balansuje między byciem zimnym i sadystycznym a naiwnym i zagubionym w nowych realiach. Innymi słowy – otrzymujemy zrównoważone połączenie okrutnej i łagodniejszej natury tej postaci, co czyni ją bardziej ludzką i jeszcze bardziej interesującą.


1990 – Frankenstein wyzwolony (reż. Roger Corman) – Caligula Von Komuda

Frankenstein wyzwolony był powrotem Rogera Cormana na stołek reżyserski po blisko dwudziestoletniej przerwie (ostatnim samodzielnie zrealizowanym przezeń tytułem był wojenny biopic Von Richthofen and Brown z 1971 roku). Podstawę scenariusza stanowi powieść Briana Aldissa, w której poznajemy alternatywną wersję historii spisanej przez Mary Shelley. Na początku przenosimy się do roku 2031, gdzie doktor Buchanan (John Hurt) przeprowadza test nowej broni, która miałaby doprowadzić do zaprowadzenia pokoju na świecie (sic!). Eksperyment ma jednak swoje skutki uboczne, spośród których najpoważniejszym jest… stworzenie kontinuów czasoprzestrzennych. Naukowiec niespodziewanie ląduje (wraz ze swym „futurystycznym pojazdem”) w XIX-wiecznej Szwajcarii. Tam poznaje Mary Godwin/Shelley (Bridget Fonda) oraz Victora Frankensteina (Raul Julia), który za pomocą elektryczności ożywił monstrum pozszywane z ludzkich szczątek… Frankenstein Cormana to dość przaśny miks horroru z science-fiction: obok klasycznej opowieści gotyckiej otrzymujemy mętną fantastykę naukową z motywem podróży w czasie w tle. Myśl, która przyświecała autorce oryginału zostaje sparafrazowana: teraz to idealista z przyszłości poznaje samozwańczego demiurga i jego niezwykły twór, zadając pytania o konsekwencje ingerowania w prawa natury. Frankenstein jawi się tutaj jako szaleniec, który pragnie równać się z Bogiem i jest to rysunek postaci, w którym nie odnajdziemy żadnych odcieni szarości. Podobnież, tragiczny wymiar losu „monstrum” jest tu ledwie zarysowany. Niektóre pomysł są zgoła kuriozalne: celebrowany gadżet w postaci „fury z XXI wieku” dzisiaj może co najwyżej wzbudzić rozbawienie (twórcy wykorzystali sportowy samochód ItalDesign Aztek, który przedstawiony został na targach w Turynie w 1988 roku, ale nigdy nie wszedł do masowej produkcji), podobnie jak takie „smaczki”, jak nadciągający z przestworzy Dżyngis Chan. Jednak pomimo to, przez większość czasu akcja przykuwa uwagę, nawet jeśli cały koncept pachnie od początku nadmiernym festyniarskim przekombinowaniem. Na dobre zaczyna się niestety rozłazić na finiszu, gdy to dochodzi do ostatecznej konfrontacji z potworem, która przynosi spore rozczarowanie. Uwagę za to z pewnością zwraca obfitująca w niespodzianki obsada. Oprócz występów Hurta i Julii w rolach głównych antagonistów, na dalszym planie mamy młodą Fondę, Jasona Patrica (Lord Byron), Michaela Hutchence z INXS (Percy Shelley) oraz Nicka Brimble („Monstrum”), którego większość widzów pamiętać będzie jako Małego Johna z Robin Hooda: Księcia złodziei (1991). Aktorsko jest więc naprawdę nieźle, co pomaga uratować pewne karkołomne zabiegi. Niezależnie jednak od mieszanych ocen, z jakimi spotkał się obraz ze strony krytyki, w kinach zakończył z mało imponującym wynikiem finansowym i po dziś dzień jest to ostatnie dokonanie reżyserskie Cormana.


1993 – Carnosaur (reż. Adam Simon) – Oskar Dziki

Wyprodukowany przez Rogera Cormana Carnosaur miał premierę tego samego roku, co inny traktujący o wymarłych gadach film, kultowy Park Jurajski. I oczywiście terminy nie są tutaj przypadkowe, gdyż chytry Roger chciał jak najmniejszym kosztem ukroić kawałek prehistorycznego tortu, jaki publice miał zaoferować Spielberg. Choć oba filmy traktują o dinozaurach, pod żadnym pozorem nie wolno stawiać ich obok siebie! Podczas gdy Park Jurajski był mega hitem z ogromnym budżetem trafiającym do całej rodziny, Carnosaur to cholernie tani, obskurny i krwawy horror, który więcej zawdzięcza Piątku 13-tego (1980) aniżeli książce Michaela Crichtona. Paradoksalnie jednak literacki pierwowzór Carnosaura napisany przez brytyjskiego pisarza Harry’ego Adama Knighta wyprzedza materiał źródłowy Spielberga o 6 lat! Nakręcony za niecały milion zielonych i w przeciągu zaledwie dwóch i pół tygodni film, nie jest zdecydowanie żadnym przełomowym dziełem w karierze zarówno producenta, jak i reżysera Adama Simona. Udało się tu jednak zrealizować kilka naprawdę fajnych pomysłów. Całość zaczyna się od czarnobiałych ujęć z wnętrza zakładu przetwórstwa kurczaków i tajemniczego kodu mieszającego DNA ptactwa oraz gadów. Następnie jesteśmy świadkami odnalezienia przez dwóch podejrzanych handlarzy jajka wyrwanego rodem ze szkicownika HR Gigera. Od tego momentu dostajemy krwisty slasher z taką różnicą, że zamiast zamaskowanego osiłka na ekranowe postacie poluje dinozaur! Z całej ekipy pracującej nad filmem najmocniej powinno się dostać oświetleniowcom, gdyż produkcja ta w kilku momentach jest mocno nieczytelna. Ze względu na nazwisko producenta jestem w stanie uwierzyć, że jest świadomy „zabieg artystyczny” mający na celu kamuflowanie tanich efektów specjalnych. Wszędzie również czuć eksploatacyjne korzenie Cormana, film pełen jest okropnych (dosłownie i w przenośni) sekwencji, jak ta, w której zapłodnione embrionami dinozaura kobiety wydają na świat gadzie potomstwo. Cieszy również fakt, że w ostatnich scenach Carnosaur dość mocno cytuje nieśmiertelną Noc Żywych Trupów (1968)! Dochód z biletów prawie dwukrotnie przewyższył koszty produkcji, więc film doczekał się dwóch sequeli, Raptor z 2001 i The Eden Formula z 2006 roku. Jednak tym najłatwiejszym do pokochania, choć jest to miłość wymagająca zrozumienia, jest i będzie oryginał z 1993!


1999 – Skrzat i kucyk Pony (reż. Brian Kelly) – Oskar Dziki

Roger Corman stoi nie tylko za bezkompromisowym kinem eksploatacji i tanimi horrorami, w swojej długiej karierze przyszło mu także produkować filmy dla najmłodszych. Taką właśnie produkcją jest Skrzat i kucyk Pony, historia o magii, przyjaźni i marzeniach. Całość osadzona jest na irlandzkim ranczo gdzie Leah (Natalie Anderson), mała dziewczynka marząca o pracy z końmi, będzie musiała pomóc pewnemu jednorożcowi w odzyskaniu swojego rogu. W zaczarowany świat wprowadza ją Warwick Davis, który wciela się oczywiście w rolę leprechauna. Skrzat i kucyk Pony to tanie, obskurne i proste kino wyjęte wprost z szuflady, w której trzyma się filmy puszczane w telewizji do niedzielnego śniadania. W całej swej naiwności produkcja ta jednak posiada zaskakująco dużo walorów edukacyjnych! Reżyser Brian Kelly zaszczepi w naszych głowach BHP jazdy konno, znaczenie pracy z instruktorem czy odpowiedniego traktowania parzystokopytnych. A kiedy trzeba, z encyklopedyczną manierą wskaże różnice między przeciętną klaczą a jednorożcem! Jednak co najważniejsze, ten prosty obraz uczy nas jednego, podążania za marzeniami. I choć nie wszyscy spotkamy na swojej drodze dobrego skrzata o twarzy Davisa (naczelnego karła Hollywood), zawsze znajdziemy więcej niż jedną drogę do realizacji swoich celów

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.