Rambo. Pierwsza krew (1982). Bohater, którego nikt nie chciał

Powiedzieć, że wojna w Wietnamie była dla społeczeństwa Stanów Zjednoczonych traumatycznym doświadczeniem, to niemal jak nic nie powiedzieć, a najlepszym tego odzwierciedleniem jest amerykańska kinematografia. W roku 1968 powstały ocierające się o propagandę Zielone berety z Johnem Waynem, ale pod koniec lat 70-tych rozpoczął się czas nie tylko refleksji na temat wojny samej w sobie, jej bezsensowności i okrucieństwa, ale też próba przepracowania porażek. Wietnam został przefiltrowany przez powieść Josepha Conrada przez Francisa Forda Coppolę, co poskutkowało Czasem apokalipsy (1979); pojawił się w Łowcy jeleni (1978) Michaela Cimino; Stanley Kubrick w swoim antywojennym manifeście Full Metal Jacket (1987) pokazał nam nie tylko koszmar walki na froncie, ale też sam żmudny i wycieńczający psychicznie proces przygotowania się do niej, Wietnam stał się miejscem akcji komedii Barry’ego Lewinsona, którą znamy jako Good Morning, Vietnam (1987). Aluzje do Wietnamu pojawiły się także w filmach science-fiction, jak Obcy – decydujące starcie (1986) czy Predator (1987).

Zanim jednak większość wspomnianych filmów powstała, David Morell publikował w 1972 roku powieść zatytułowaną Pierwsza krew, która szybko stała się bestsellerem, a co za tym idzie, zwróciła uwagę hollywoodzkich producentów. Pierwszymi, którzy chcieli zaadaptować ją na srebrny ekran byli włodarze z Columbia Pictures. Projekt szybko upadł, a prawa do powieści Morella przejęło Warner Bros, jednak ekranizacja nadal nie wychodziła z etapu preprodukcji. Powstały trzy różne wersje scenariusza, a reżyserią zainteresowani byli m.in. Richard Brooks, Johni Frankenheimer, George Miller, Michael Nichols, nawet Sydney Pollack, który w głównej roli widział Steve’a McQueena. W końcu prawa do Pierwszej krwi trafiły do wytwórni Carolco wraz ze wszystkimi powstałymi do tej pory roboczymi wersjami scenariusza, których było aż osiemnaście. Stołek reżyserski powierzono Tedowi Kotcheffowi, postać Johna Rambo z kolei zagrać miał Sylwester Stallone.

Stallone mający za sobą trzy udane filmy z serii Rocky (1976-1982; z czego wszystkie napisał, a dwa wyreżyserował), miał na tyle mocną pozycję, że pozwolono mu dokonać pewnych zmian w scenariuszu. To za jego sprawą John Rambo nikogo w całym filmie umyślnie nie zabija, jego inwencją także był końcowy, niezwykle emocjonalny monolog bohatera. Niewiele jednak brakowało, a Stallone był gotów wykupić wszystkie kopie powstającego filmu, by je zniszczyć; pierwsza, trzygodzinna wersja filmu była ponoć tak zła, że aktor obawiał się, że pogrzebie ona jego karierę. To za jego sprawą całość została gruntownie przemontowana i skrócona o niemal połowę.

Gdy poznajemy Johna Rambo, przybywa on na prowincję, by odwiedzić swojego kolegę z jednostki, dowiaduje się jednak, że ten zmarł na raka spowodowanego tzw. Agentem Orange – preparatem wykorzystywany do spryskiwania wietnamskich dżungli przewożony w oznakowanych pomarańczowym kolorem beczkach. Rozczarowany Rambo udaje się w wędrówkę, aż trafia do miasteczka o ironicznej nazwie Hope. Tamtejszy szeryf – William Teasle (Brian Dennehy) – daje mu jasno do zrozumienia, że nie ma tu miejsca dla takich jak on – zaniedbanych włóczęgów – i wywozi Johna poza miasto. Gdy ten stawia opór, zostaje aresztowany i trafia w ręce policjantów, którzy zaczynają znęcać się nad nim. To przywołuje traumatyczne wspomnienia i po brutalnym utorowaniu sobie drogi z komisariatu Rambo ucieka w pobliskie zalesione tereny. Uparci policjanci ruszają za nim i tak rozpoczyna się kolejna wojna.

Rambo. Pierwsza krew to film o surowej atmosferze – na zdjęciach autorstwa Andrew Laszlo dominują zieleń, brąz, szarość oraz inne „ziemiste” kolory. Las w pobliżu miasteczka Hope jest zamglony i ponury, niemalże jak z horroru, a że akcja filmu ma miejsce zimą, kolory są bardziej wypłowiałe. Czasem widać też jak oddech bohaterów paruje, co sugeruje panujące zimno i czyni otoczenie bardziej nieprzyjaznym, zwłaszcza dla głównego bohatera. W filmie występuje także kilku charyzmatycznych aktorów, nawet na drugim planie – Richard Crenna jako pułkownik Trautman to jedna z kultowych kreacji, którą zresztą osobiście sparodiował w ramach Hot Shots 2 (1992). W tle widzimy także Davida Caruso, który prawdziwą sławę zyska w 2002 roku za sprawą serialu CSI: Kryminalne zagadki Miami (2002). Nie sposób też pominąć Briana Dennehy’go, aktora występującego przeważnie w produkcjach telewizyjnych, który u Kotcheffa daje radę połączyć w ramach swojej roli obsesję i arogancję, przy jednoczesnym uczynieniu ze swojej postaci kogoś bardzo ludzkiego i nie odpychającego widza.

Dziś przygody Johna Rambo kojarzą się widzowi z bombastyczną rozwałką, jednak jego pierwszy występ był dziełem dość oszczędnym i pesymistycznym – wybuchów jest niewiele i zostawiono je na sam koniec, sam Rambo przez większość czasu musi polegać niemal wyłącznie na swojej pomysłowości i doświadczeniu, by uniknąć schwytania przez o wiele lepiej uzbrojonych policjantów.

Na pierwszy rzut oka jednak można filmowi zarzucić szereg błędów logicznych. Dlaczego tak naprawdę policjanci z małego miasteczka obchodzą się z Rambo tak okrutnie? Trudno też nie dostrzec pewnej dawki przerysowania bijącego od postaci pułkownika Trautmana charakteryzującego swojego dawnego podopiecznego niemalże jak półboga. Może to wszystko wybić widza z rytmu, jeśli ten potraktuję to wszystko dosłownie. Bo wszelka hiperbolizacja wynika z tego, że mamy do czynienia z filmem alegorycznym. Rambo ucieleśnia wszystkich powracających z Wietnamu bohaterów wojennych, z kolei miasteczko Hope z nietolerancyjnym szeryfem i jego świtą – zarówno amerykański rząd, jak i społeczeństwo, którzy nie chcą wziąć na siebie odpowiedzialności za ludzi, których wysłali na z góry przegraną wojnę, a którzy, powrócili z niemałymi ranami na psychice. Analogia jest zresztą łatwo dostrzegalna – Rambo kojarzy się z Wietkongiem jako ten gorzej uzbrojony, ale świetnie wykorzystujący dzikie zalesione tereny, z kolei policjanci są odpowiednikami wojsk amerykańskich – zadufanych sobie i pewnych zwycięstwa, bo przecież mają przeciwko sobie tylko jednego człowieka.

Patrząc na Johna Rambo z Pierwszej krwi w oderwaniu od jej sequeli, odnajdziemy szczególnego bohatera kina akcji. W przeciwieństwie do innych ekranowych twardzieli granych przez Schwarzeneggera, Norrisa czy Van Damme’a widzimy go często w przegranej pozycji, z której ratuje się dzięki szczęściu; widzimy go zmęczonego, krwawiącego, przeklinającego pod nosem. w dodatku to osoba z licznymi ranami na psychice, która pod wpływem wrogiego otoczenia ulega traumie. Na bycie superherosem przyjdzie pora w kontynuacjach.

Przyglądając się dokładniej Rambo. Pierwszej krwi widz odnosi wrażenie, że obcuje z dziełem kompletnym i niemalże perfekcyjnym w tym, czym jest. Bo oprócz wspomnianej hiperbolizacji – a ta w końcu nie musi trafić do każdego – jedyną poważną bolączką filmu są mniej lub bardziej dotkliwe błędy w ciągłości fabularnej w postaci gwałtownie zmieniającej się pory dnia między ujęciami. To trzymający w napięciu film sensacyjny podszyty kinem psychologicznym i zdumiewająco wręcz precyzyjna mieszanka różnych elementów.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.