Rambo II-III (1985-88). Superhero made in U.S.A.

Rambo. Pierwsza krew (1982) okazał się niemałym sukcesem, toteż ze stworzeniem sequela nie czekano długo. Powstały Rambo II, choć poradził sobie w kinach rewelacyjnie, tak okazał się filmem dość kontrowersyjnym – krytycy mieszali go z błotem, widownia go pokochała, spodobał się nawet samemu Ronaldowi Reaganowi, pomimo swojego antyrządowego przesłania; zdobył nominację do Oscara za najlepsze udźwiękowienie przy jednoczesnym wygraniu aż czterech Złotych Malin (piątą zebrał Sylvester Stallone w kategorii najgorszego aktora dekady) i nominowaniu do jeszcze trzech. Jak to się stało?

Fabuła drugiego Rambo rozpoczyna się trzy lata po wydarzeniach z części pierwszej – John odsiaduje karę w więzieniu i wtedy z pomocą przychodzi mu pułkownik Trautman. Oferuje mu wolność w zamian za udział w misji, której celem jest wykazanie, że Wietnamczycy nadal trzymają jeńców wojennych. Gdy trafia do wietnamskiej dżungli, wraz z pomocą agentki Co-Bao (Julia Nickson) odnajduje obóz, a w nim jeńców. Ratuje więc jednego z nich i udaje się do punktu ewakuacyjnego, gdzie zostaje porzucony przez amerykański helikopter. Okazuje się bowiem, że cała operacja została zorganizowana tylko dla zadowolenia opinii publicznej, a dowodzący nią Murdock (Charles Napier) nie zamierzał nikogo ratować.

Za pierwszą wersję scenariusza odpowiedzialny był sam James Cameron, jednak z jego pomysłów ostało się ponoć bardzo mało, gdy Stallone wziął się przepisywanie całości; pierwotnie Rambo miał przebywać nie w więzieniu, a w szpitalu psychiatrycznym, miał też mieć wesołkowatego partnera, którego rolę planowano powierzyć Johnowi Travolcie. Całość była też dużo mniej upolityczniona. Dostrzegalne jest też niemałe fabularne podobieństwo między Rambo II a powstałym rok wcześniej Zaginionym w akcji z Chuckiem Norrisem, jednak jest to ono ponoć całkowicie przypadkowe.

Trzeba sobie na samym starcie powiedzieć, że pod względem atmosfery, tonu, czy nawet poruszanych motywów film nie ma praktycznie nic wspólnego z surową i ponurą „jedynką”. Protagonista, choć wciąż wycofany i introwertyczny, nie jest już umęczoną duszą, a pełnokrwistym superherosem, którego kule się nie imają i który bez problemu może robić za całą armię. Choć, gdy trafia do niewoli, jest poddawany torturom, w trakcie toczonych bojów nie zostaje raniony ani razu; gdy eliminuje wietnamskich i rosyjskich żołnierzy – jest wszędzie. Potrafi umazać się błotem i w następnej scenie być zupełnie czysty, czekać pod wodą odpowiednią ilość czasu i wyskoczyć, by zastrzelić z łuku do przechodzącego żołdaka. Zawsze jest we właściwym miejscu i czasie, nigdy nie chybia. Ma też w zanadrzu strzały z potężnymi materiałami wybuchowymi.

Tak, Rambo II jest filmem przeszarżowanym i zatrważająco wręcz płytkim względem oryginału. Takie sceny, jak zabicie wietnamskiego oficera za pomocą wspomnianych wybuchowych strzał (co, rzecz jasna, skutkuje rozerwaniem go na strzępy), finałowe rozstrzeliwanie komputerów i wydzieranie się przy tym w niebogłosy, czy końcowa toporna przemowa sprawiają, że trudno jest brać całość na poważnie, a dla miłośników części pierwszej na pewno będzie niemałym rozczarowaniem.

Mimo całej swojej absurdalności jednak nadal obcujemy z imponującym filmem sensacyjnym. Poziom brutalności jest bardzo wysoki – Rambo zabija aż 74 osoby, czyli więcej niż w całej swojej dotychczasowej wojskowej karierze – strzelanin i eksplozji także jest pod dostatkiem. George P. Cosmatos dostarczył tak epicką i radosną rozwałkę, że twórców oskarżano nawet o gloryfikację wojny.

Wszystkiemu temu towarzyszy fenomenalna ścieżka dźwiękowa autorstwa Jerry’ego Goldsmitha, która swoim heroicznym i epickim brzmieniem nie tylko dodaje wyrazu nawet najbardziej kuriozalnym momentom, ale też śmiało mogłaby znaleźć swoje miejsce w filmie o Conanie barbarzyńcy (1982). Również aktorsko film trzyma całkiem wysoki poziom – tacy aktorzy jak Charles Napier czy Richard Crenna, niezależnie od tego, jak dwuwymiarowe by nie były ich postacie, wprost błyszczą charyzmą na ekranie. Na ich tle wyróżnia się jednak obdarzony przenikliwym spojrzeniem Rutgera Hauera Steven Berkoff w roli rosyjskiego pułkownika Podovskiego. Berkoff – uznany brytyjski aktor, reżyser i scenarzysta teatralny – kreuje diabolicznego, sadystycznego antagonistę, który, choć na ekranie gości dość krótko, hipnotycznie wręcz przykuwa uwagę widza. A jak nas nauczył Hannibal Lecter, ze złoczyńcami, którzy ani razu nie mrugają, nie ma żartów.

Z recenzenckiego obowiązku należy poświęcić też kilka słów zdjęciom, a te są dość ciekawym zagadnieniem. Pierwsza krew wyróżniała się korzystaniem z zimnej, jesiennej palety barw, spośród której dominowały te bardziej „ziemiste”. Sequelowi, niestety, brakuje takiej wizualnej dystynkcji. Wietnamska dżungla sama w sobie wygląda imponująco, jednak nie pokuszono się, by nadać jej jakiegokolwiek charakteru. W ogóle pod względem estetycznym zdjęcia potrafią być bardzo niespójne i to nawet w obrębie jednej sceny. Czasem wyglądają całkiem zwyczajnie, a czasem obraz, bez konkretnego powodu, ulega rozmiękczeniu i rozświetleniu, prawdopodobnie za sprawą życia układu soczewek odwróconych. Ten brak dbałości o stronę wizualną jest o tyle zadziwiający, że George P. Cosmatos z reguły potrafi dopieścić wizualnie swoje dzieła – w Nieuchwytnym wrogu (1983) kręcąc sceny z perspektywy szczura wciskał obiektyw kamery w przeróżne zakamarki, a rok po sukcesie Rambo II nakręcił teledyskowego Cobrę; był w stanie sprawić też, że mocno inspirowany Obcym (1979) Lewiatan (1989) prezentował się jako dzieło o indywidualnym stylu i atmosferze.

Mimo wszelkich wad, czy to tych drobnych technicznych w postaci zdjęć, czy poważniejszych dotyczących kierunku artystycznego, trudno jest Rambo II odmówić uroku. Można go podsumować bardzo krótko – film klasy B nakręcony za duże pieniądze i przez utalentowanych, charyzmatycznych twórców. O ile mogę zrozumieć nieprzychylność krytyków, tak Złote Maliny, a w szczególności te dla Stallone’a, są mocno na wyrost. To film, który stawia swoją skalę ponad wszystko inne, ale jednocześnie nie udaje, że ma ambicje być czymś więcej niż ociekającym testosteronem kinem rozrywkowym. A jako takie sprawdza się bardzo dobrze.

Twórcy nie pozostali jednak głusi na wszelkie zarzuty i przy okazji Rambo III postanowili, przynajmniej w pewnym stopniu, przytemperować zarówno ton, jak i samą postać tytułową. Sama produkcja nie obeszła się bez pewnych komplikacji, o czym świadczy szereg wyciętych scen (których fragmenty trafiły do trailera) oraz aż trzy warianty zakończenia. Początkowo stanowisko reżysera piastował Russell Mulcahy, lecz z powodu bliżej nieokreślonych różnic kreatywnych opuścił produkcję po dwóch tygodniach. Zastąpił go debiutujący wówczas Peter MacDonald.

Scenariusz autorstwa Stallone’a i Sheldona Letticha oparty został o prawdziwe wydarzenia, a mianowicie – atak Związku Radzieckiego na Afganistan. Pułkownik Trautman ma przewodzić konwojowi przewożącemu pociski przeciwlotnicze, a które trafić miały w ręce afgańskich rebeliantów. Prosi o pomoc przebywającego w Tajlandii Johna, lecz ten odmawia, nie chcąc mieszać się w kolejny konflikt. Operacja kończy się fiaskiem i Trautman zostaje schwytany przez rosyjskiego pułkownika Zaysena (Marc de Jonge). Dowiedziawszy się o tym, Rambo zmienia zdanie i wyrusza do Afganistanu, by uratować przyjaciela.

Pod wieloma względami „trójka” dokłada wszelkich starań, by naprawić błędy swojego poprzednika. Pierwszą widoczną zmianą jest strona wizualna. Choć miejsce akcji uległo drastycznej zmianie – z zalesionych terenów przenieśliśmy się na afgańską pustynię, zdjęcia ukazują nie tylko jej ogrom, ale i jej egzotyczne piękno. Dużą wagę przyłożono do oświetlenia, dzięki któremu np. rosyjski fort wygląda należycie ponuro, a w czasie scen mających miejsce w nim, lub też podczas pojedynków w jaskiniach, widać zarówno cienie, jak i błyszczący na ciałach bohaterów pot. Sceny akcji nadal są spektakularne, postarano się jednak, aby o wiele bardziej niż na samej skali opierały się na napięciu. Wszystkiemu towarzyszy, ponownie, fenomenalna muzyka Jerry’ego Goldsmitha, wciąż epicka, ale wypełniona też wolniejszymi, emocjonalnymi motywami; stała się również bardziej melodyjna. Sam Rambo przestał być niezniszczalnym herosem – w otwierającej film scenie walki na kije otrzymuje całkiem porządne lanie, jego pierwsza próba uwolnienia Trautmana kończy się niepowodzeniem, a w trakcie walk kilkukrotnie zostaje mniej lub bardziej zraniony. Oczywiście nadal jest jednoosobową armią, ale twórcom udało się to zamaskować przynajmniej na tyle, byśmy nie obserwowali jego losów z zupełną biernością. Nawet tempo uległo spowolnieniu; pierwsza duża scena akcji ma miejsce dopiero w 40-stej minucie filmu. W ogólnym rozrachunku zatem wszystko uległo stonowaniu, choć Stallone i Lettich nie mogli sobie darować i jeszcze raz wysadzili w powietrze jednego z pomniejszych czarnych charakterów – tym razem nie wybuchową strzałą, a granatem.

Dosyć zastanawiająca jest ilość zapożyczeń z „dwójki”, którą można znaleźć w trzecim Rambo. Fabuła opowiada o misji ratunkowej, z tą tylko różnicą, że zamiast grupy jeńców John ratuje tylko Trautmana. Gdy Trautman jest prowadzony na przesłuchanie, jest podduszany pasem podobnie, jak jego podopieczny, gdy był prowadzony przed Podovskiego. Ponownie widzimy sekwencję – tym razem nie w dżungli, a w jaskini – w której Rambo wybija wrogich żołnierzy jednego po drugim. A w ramach wisienki na torcie – głównym antagonistą jest rosyjski dowódca korzystający z wielkiego, po brzegi wypchanego przez wyrzutnie rakiet śmigłowca.

Rambo III stara się dokonać pewnego odwrócenia ról – porównanie rosyjskiej agresji w Afganistanie do amerykańskiej w Wietnamie zostaje powiedziane wprost. Główny bohater zatem, udając się na misję ratunkową staje po przeciwnej stronie barykady niż dotychczas – zamiast walczyć po stronie agresora, staje w obronie miejscowych wojaków. Samej postaci Johna starano się dać tym razem jakiś rozwój postaci, wątek ten jednak został potraktowany dość po macoszemu i finalnie nie doczekał się żadnej konkluzji. Bo o ile Trautman oferuje mu udział w akcji w Afganistanie po to, by ten wreszcie pogodził się ze swoją przeszłością i tym, kim jest, ostatecznie zdaje się nie ulec na koniec żadnej przemianie. Istniała, co prawda, wersja zakończenia, w której postanawia zostać z Mudżahedinami i walczyć u ich boku, jednak z nieznanych przyczyn, nie trafiła do ostatecznej wersji filmu.

Rambo III był swego czasu najdroższym filmem, jaki powstał. Okazał się sporym hitem, jednak nie aż tak dużym, jak zakładano. Zdaniem reżysera, mogło być to spowodowane tym, że tydzień przed premierą rosyjskie wojska opuściły Afganistan, co pozbawiło przedstawione w filmie wydarzenia wiarygodności. Nie można mieć zatem wątpliwości, że było to dzieło propagandowe, w dodatku z perspektywy czasu propaganda ta zestarzała się bardzo, bardzo brzydko. Trudno bowiem brać na poważnie pojawiającą się w napisach końcowych dedykację „dzielnym Mudżahedinom”, kiedy w 2001 roku Stany Zjednoczone same Afganistan najechały.

Jest to więc produkt swoich czasów, mający tę przewagę nad przesadzoną „dwójką”, że nie wymaga aż tak dużego przymrużenia oka. Rambo III może i jest mniej charakterny, jest o wiele kompetentniejszym filmem sensacyjnym, nie zostającym w tyle za swoim poprzednikiem w kwestii rozmachu, czy muzyki, robiąc nawet pewne rzeczy obiektywnie lepiej. Bo ma w zanadrzu o wiele lepsze i spójne zdjęcia, a przez przytemperowanie umiejętności głównego bohatera o wiele łatwiej mu budować napięcie i tym samym skuteczniej angażuje widza w to, co dzieje się na ekranie. Który jednak z tych dwóch sequeli jest lepszy? Trzeba sobie powiedzieć wprost jedną rzecz – żaden z nich nie ma wiele wspólnego z oryginałem. Rambo II to szalona jazda bez trzymanki po nielichej większości, jeśli nie wszystkich, kliszach i ekscesach kina akcji lat 80-tych. Rambo III to dzieło o wiele bardziej zbalansowane i technicznie dopracowane, jednak przez to też brakuje mu „pazura”, który pokazał z nawiązką jego poprzednik, z kolei zawarta w nim propaganda zdezaktualizowała się w sposób wprost groteskowy. Oba mają swoje mocje i słabe strony i tak naprawdę, tylko od Was zależy, jakie podejście bardziej preferujecie.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.