Pulpa mać! Stranger Things 3, czyli (nie)dyskretny urok polityki

Nadrobiłem wreszcie trzeci sezon Stranger Things. Czy jest lepszy od zupełnie średniego sezonu numer dwa? Jest. Czy to znaczy, że jest dobry? Niestety nie. Jak dla mnie jest to produkcja przede wszystkim bardzo nierówna. Posiadająca trochę ciekawych elementów – jak choćby zmiennokształtne monstrum przywodzące na myśl genialne Coś (1982) i fajne zagęszczanie atmosfery w scenach z nim – ale mająca też paskudne wady. Najgorsze są ledwie naszkicowane, zwykle bardzo płaskie postaci, przy budowaniu których zabrakło empatii, ponieważ, uogólniając, scenarzyści skupili się na wkładaniu w ich usta możliwie najwięcej dowcipów i słownych utarczek oraz na wrzucaniu ich w wir wydarzeń. Aby rzecz była możliwie najbardziej przebojowa i efektowna. Ale o tym było już pewnie wiele dyskusji, a samo Stranger Things pasuje do Kinomisji coraz mniej. Chciałbym więc skupić się na zupełnie innym aspekcie trzeciej odsłony popularnego serialu, mianowicie na jej gatunkowym rodowodzie i wynikających zeń przesłankach. (Nie wątpię, że ktoś bardziej kompetentny już o tym gdzieś pisał, ale ja nie miałem okazji na to trafić – nie pogniewam się za właściwy link w komentarzu!)

Fabularnie jest ciekawie, gdyż w przeciwieństwie do drugiego sezonu opowieść idzie w nowym, odświeżającym kierunku; tym razem sięgając aż do zimnowojennej klasyki sci-fi z lat 50., spod znaku Inwazji porywaczy ciał (1956) czy Wyszłam za kosmicznego potwora (1958). Wpływ fiftisowych obrazów o kosmitach imitujących obywateli USA, aby przejąć kontrolę nad krajem, zostaje zgrabnie sklejony z kinem ejtisowym poprzez bardzo wyraźny wpływ wspomnianego arcydzieła Carpentera (wszakże rimejku filmu z początku lat 50. o podobnej wymowie), ale też politykę – w końcu era Reagona to finałowy etap zimnej wojny, a potwory symbolizujące sowieckich szpiegów doczekały się wówczas przedłużenia w postaci archetypu Złego Rosjanina. Tutaj mamy więc zarówno stricte gatunkowy symbol zagranicznych najeźdźców, jak i ich dosłowną formę, co jest mieszanką ciekawą (także dlatego, że w zależności od perspektywy monstrum może tracić lub wzmacniać swoje pierwotne symboliczne znaczenie).

Zaskakujące jest tu jednak to, że w swoim nowoczesnym przetwarzaniu i miksowaniu kulturowych wzorców sprzed dekad, twórcy zdecydowali się na zaprezentowanie propagandowej treści, z jakiej dumni byliby oryginalni autorzy tychże wzorców. Innymi słowy, pod kątem wymowy trzecie Stranger Things to wypisz, wymaluj polityczno-ideologiczne podteksty rodem z najbardziej konserwatywnych czasów USA. Jak na zgrabnych rzemieślników przystało, bracia Duffer nie walą tu widzowi łopatą między oczy, a przynajmniej nie jakoś często. Zdają sobie sprawę, że najważniejsza jest rozrywka. A może też słyszeli słowa pewnego nazisty (a może to był komunista?), co to powtarzał, że najlepsze propagandowe filmy to te, których odbiorcy nie widzą ich propagandowego charakteru. Tak, wiem, brzmi to może radykalnie. A to przecież tylko serial o amerykańskich dzieciakach walczących z potworem tworzącym złowieszcze  imitacje mieszkańców ich miasteczka, aby przejąć kontrolę nad światem, oraz złymi Rosjanami knującymi antyamerykański spisek. Oh, wait…

Radość konsumpcji nie zna granic

Oto elementy, które pod kątem propagowania jedynej słusznej ideologii najbardziej rzuciły mi się w oczy:

– sekwencja, w której El dowiaduje się od Max, że najlepszym sposobem na rozterki sercowe i najwyraźniej wszelkie problemy jest pójście do centrum handlowego, aby wpaść w szał zakupowy i podziwiać te wszystkie dostępne w USA produkty (w międzyczasie i ich chłopacy tam trafiają, aby szukać przedmiotów, które skleją wszystkie złamane serca w okolicy – centrum lekarstwem na wszystko); dawno nie widziałem tak radosnej i bezpośredniej reklamy konsumpcjonizmu;

– scena, w której dziewczynka daje szczery, inteligentnie napisany wykład na temat wspaniałości kapitalizmu (zaczynając go słowami „Rzecz, którą najbardziej lubię w Ameryce…”);

– ARMIA ZŁYCH ROSJAN DZIAŁAJĄCYCH POD ZIEMIĄ I POTWÓR TWORZĄCY IMITACJE AMERYKAŃSKICH OBYWATELI;

– postać rosyjskiego naukowca karmionego porządnym amerykańskim fast-foodem (początek przemiany ze (Względnie) Złego w Dobrego Rosjanina);

– postać rosyjskiego naukowca zachwycająca się amerykańskim wesołym miasteczkiem i możliwością wygrywania nagród w gierkach i zabawach (proces przemiany w Dobrego Rosjanina już zakończony);

– El wkraczająca do telepatycznej akcji zawiązując sobie oczy amerykańską flagą (fuck yeah);

– para ubranych w marynarskie ciuszki nastolatków śmiejących się w twarz Złym Ruskom, że przeciętnym amerykańskim dzieciakom wystarczy jeden dzień na złamanie tajnego kodu Sowietów;

– krótki monolog jednego z bohaterów, w którym zestawianie ze sobą Istoty z innego świata (1951) z rimejkiem Carpentera porównane jest do dwóch wersji napoju znanego tu i ówdzie jako Coca-Cola (to musiał być najlepiej opłacony monolog roku);

– wątek El telepatycznie szpiegującej swojego chłopaka rozwiązany wyraźną krytyką szpiegowania w ogóle (Źli Rosjanie, anyone?).

(Można by tu jeszcze dodać, jako przykład swoistej pochwały konserwatyzmu, fragment, kiedy El i Mike, mogąc całować się do woli w lesie wolą wrócić do domu, aby miziać się pod kontrolą szeryfa w pokoju obok. Zarazem można to podać jako przykład głupoty podobno-błyskotliwych postaci oraz zwykłego scenariuszowego niedopracowania.)

Nie chcę przez to wszystko powiedzieć, że Stranger Things 3 to jakiś kawał politycznej propagandy. To po prostu treści, jakie przemycane są pod płaszczem retro-przygody, które, tak się składa, z miejsca przywodzą na myśl zimnowojenną tradycję – począwszy od promowania przez amerykański rząd abstrakcyjnych obrazów Jacksona Pollocka tylko po to, aby pokazać światu artystyczną wolność panującą w USA jako przeciwieństwo twardych reguł socrealizmu, poprzez całe to fiftisowe kino i jego bliźniaczo podobne treści, po przeboje reagonowskie. To stare, dobre edukowanie mas o wspaniałości Ameryki (zachodniego stylu życiu, konsumpcjonizmu, rzeczonej swobody, ale też konserwatyzmu) oraz zepsuciu Związku Radzieckiego (lub szerzej i bardziej współcześnie – Rosji). Czy można to wszystko uznać za element, który bracia Duffer umieścili, aby swoją stylizację uczynić możliwie najbardziej retro? Można. Ale czy przy braku jakiegokolwiek dystansu do tejże treści myślenie takie nie byłoby przypadkiem dosyć naiwne? Cóż…

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.