Przekleństwo Amsterdamu (1988). Giallo (tudzież krimi) w holenderskich kanałach

Share

Pod koniec lat osiemdziesiątych włoski horror znajdował się w fazie agonalnej. Wprawdzie ciągle jeszcze pojawiały się wartościowe filmy, jak choćby surrealistyczna, lovecraftowska perła The Spider Labirynth (1988) Gianfranco Giagniego, jednak na Półwyspie Apenińskim rozbrzmiewał już łabędzi śpiew kina gatunków. Okrutne i zmysłowe, skąpane we „wszystkich kolorach mroku”, wizje nieubłaganie odchodziły do lamusa. Nie mógł tego odmienić nawet świeżo objawiony talent ostatniego z mistrzów makaronowej grozy – Michele Soaviego. Wtedy jednak, a dokładniej w 1988 roku, gasnący w swej ojczyźnie duch żółtej frenezji nawiedził dość nieoczekiwane miejsce. Wypłynął bowiem na powierzchnię z mętnych głębin holenderskich kanałów.

Poprzecinany gęstą siecią wodnych arterii Amsterdam. Pewnej nocy na nabrzeżu zostaje zauważony tajemniczy płetwonurek, który szybko znika w czarnej toni ciągnąc za sobą zwłoki zaszlachtowanej prostytutki. Do wyjaśnienia zagadkowej zbrodni zostaje skierowany detektyw Visser (paradujący w ramonesce Huub Stapel). Jak się niebawem okaże, staje on przed nie lichym wyzwaniem, bowiem przemieszczający się pod lustrem wody morderca będzie kontynuował krwawe łowy działając bez wyraźnego schematu i nie dobierając swych ofiar według określonego klucza, atakując bezbronnych mieszkańców zajadle i anarchicznie.

Reżyser tego filmu, Dick Maas, zdobył wcześniej popularność nakręconym w rodzimej Holandii De lift (1983) z akcją skoncentrowaną wokół tytułowej, generującej śmiertelne wypadki, windy. Dysponując niewielkim budżetem oraz wychodząc od zgoła niedorzecznego pomysłu zdołał stworzyć dziełko zgrabne, atmosferyczne, podszyte czarnym humorem i ilustrowane znakomitą elektroniczną muzyką własnego autorstwa. Co zaś najistotniejsze w świetle omawianej w tej recenzji pozycji, już w nim dało się wyczuć pewne inspiracje włoszczyzną (by wspomnieć tylko okrutną, iście fulciowską sekwencję powolnej dekapitacji). Z czasem obraz doczekał się kultowego statusu, a sam reżyser zmajstrował nieudany remake na rynek amerykański (Down 2001).

W zainscenizowanym z większym rozmachem Przekleństwie Amsterdamu (Amsterdamned) Holender jeszcze śmielej sięgnął do tradycji włoskiej klasy B. Zamaskowany oprawca pozbawiający swe ofiary życia za pomocą ostrych narzędzi w stylowych, precyzyjnie zaaranżowanych scenach to oczywiste dziedzictwo giallo. Karkołomny pościg za uciekającym po wąskich uliczkach jednośladem – jedna z najbardziej emocjonujących scen filmu – odsyła nas z kolei do typowych momentów z licznych poliziotteschi. Warto przy tej okazji nadmienić, że Włosi chętnie wprowadzali na ekran zabójców skrywających swą tożsamość pod kaskiem i czarnym skórzanym strojem motocyklisty (m.in. What Have They Done to Your Daughters? [1974] Massimo Dallamano, Strip Nude for Your Killer [1975] Andrea Bianchi). Natomiast pomysł na nurkującego przestępcę ma starszą genezę. Wywodzi się z poprzedzającego „włoską żółć” niemieckiego kina krimi.

Krimi (od kriminalfilm lub kriminalroman) to produkowane od końca lat pięćdziesiątych filmy bazujące na twórczości Edgara Wallace’a. Choć powstawały na terenie RFN, ich akcja osadzona była w angielskich realiach. Nie stanowiły jednak drętwych namiastek brytyjskich opowieści detektywistycznych, oferowały raczej lekką, odznaczającą się pewną dozą umowności i skrzącą od ekscentrycznych pomysłów rozrywkę. Charakteryzowała je też obecność barwnych, komiksowych wręcz szwarccharakterów, by jako przykład przytoczyć tylko zakapturzoną figurę ochoczo wdrażającą w czyn nietzscheańską maksymę: „Idziesz do kobiet? Nie zapomnij bicza!” (Der Mönch mit der Peitsche 1967).

Reżyserem wzmiankowanego Mnicha z pejczem był Alfred Vohrer, najważniejszy twórca krimi. Również za jego sprawą nad zamglony nurt Tamizy zawitał uzbrojony w pneumatyczną kuszę płetwonurek, dający srogo popalić polującemu nań inspektorowi ze Scotland Yardu. Das Gasthaus an der Themse, czyli Tawerna nad Tamizą (1962) to jeden z najzacniejszych przedstawicieli swego gatunku. Cechujący się posępną atmosferą i kunsztownie zakomponowanymi kadrami (w których pobrzmiewają echa kina noir i niemieckiego ekspresjonizmu), zapowiadający jednocześnie to, co zacznie dziać się na południu Europy.

Już wkrótce pałeczkę przejmą Włosi i tak w okresie raczkującego giallo powstaje skromny, czarno-biały The Monster of Venice (Dino Tavella, 1965). Opowieść o obłąkanym balsamiście zakładającym akwalung, by porywać młode dziewczęta do tworzonej w czeluściach weneckich katakumb upiornej kolekcji, wciąż jeszcze bardziej przypomina krimi z domieszką gotyku, niż rasowe „żółte kino”. Nie zalicza się ona w poczet istotnych dokonań celuloidowej grozy lat 60. I choć u Tavelli antagonista był już nieobliczalnym psychopatą, podczas gdy w filmie Vohrera pozostawał typowym dla krimi wyrachowanym przestępcą (o wdzięcznym przezwisku „Rekin”), uczestniczącym w rozgrywającej się na tle materialnych korzyści intrydze, to jednak Tawerna nad Tamizą wywarła widoczniejszy wpływ na kształt niderlandzkiego przeboju. Dick Maas zaczerpnął stąd więcej niż podwodny kostium, postać doktora i kulminacyjne rozstrzygnięcie losu zdemaskowanego sprawcy.

Przysypiająca nastolatka w pontonie i ostrze płetwonurka, czyli parafraza pamiętnej sceny kąpieli z Koszmaru z ulicy Wiązów.
Przysypiająca nastolatka w pontonie i ostrze płetwonurka, czyli parafraza pamiętnej sceny kąpieli z Koszmaru z ulicy Wiązów (1984).

Holender, w odróżnieniu od niewykazującego inwencji włoskiego autora, potrafił sporo wycisnąć z pomysłu na nieszablonową postać złoczyńcy (postać stale zaskakującą, dużo bardziej złożoną niż to się początkowo wydaje) i spożytkować scenerię Wenecji Północy w o wiele bardziej efektowny sposób niż tamten plenery Perły Adriatyku. Nie brakło mu weny zarówno przy aranżowaniu kolejnych scen zbrodni, zgrabnym kreśleniu charakterystycznych sylwetek ofiar, jak i inscenizowaniu kolejnych etapów policyjnego polowania. Spektakularna, ok. 10-minutowa (!), pogoń przez plątaninę kanałów, które przepełnione są zwiedzającymi je turystami czy pływającymi kutrami zwykłymi mieszkańcami (a więc postaciami regularnie wykorzystywanymi przez reżysera do uczynienia lokacji jednym wielkim torem przeszkód) szerokiej publiczności może kojarzyć się z najbardziej efektownymi filmami o Jamesie Bondzie. Znawcy europejskiej klasy B zapewne dostrzegą podobieństwo do szalonego finału Zinksärge für die Goldjungen (Jürgen Roland, 1973), czerpiącej całymi garściami z poliziottesco niemieckiej pulpy z Henrym Silvą, w anglojęzycznej dystrybucji znanej pod wszystko mówiącym tytułem Battle of the Godfathers.

Kolejną, być może mniej spodziewaną, niż giallo i krimi, lecz bardzo czytelną inspirację stanowiły Szczęki (1975). Ujęcia z wykorzystaniem wynurzającej się z głębin subiektywnej kamery, sceny ataku na pobierających próbki wody pracowników naukowych czy na zacumowany przy nabrzeżu kuter jako żywo budzą skojarzenia z historią o rekinie-mordercy. Jeśli zaś jesteśmy przy Spielbergu i jego spuściźnie, to wspomnijmy, że lata osiemdziesiąte były okresem królowania Kina Nowej Przygody, którego wpływ również da się odczuć w tym widowisku. Nie chodzi tylko o samo postawienie na większą przebojowość opowieści kosztem jej drapieżności, ale i o sceny z parką rezolutnych dzieciaczków (nastoletnia córka bohatera oraz jej przyjaciel), żywcem wyjętych z jakiejś familijnej spielbergowszczyzny. Wrzucone pomiędzy mroczne akty morderstw powodują pewien dysonans.

Jak zaś prezentuje się w filmie sam Amsterdam i jak jawi się on w odniesieniu do innych europejskich miast portretowanych w pamiętnych gialli? Wprawdzie nie posiada w sobie nic z melancholijnej atmosfery zimnej, chmurnej Wenecji, w której właśnie wyłowiono ciało zamordowanej dziewczynki (Who Saw Her Die? [1972] Aldo Lado) ani podobnie nie-pocztówkowej Pragi z odprawianymi w jej starych murach plugawymi obrzędami (Short Night of Glass Dolls [1971] tegoż samego reżysera), ale na szczęście nie pozostaje li tylko ładną turystyczną widokówką z jednej z pierwszych, szkicujących miejsce akcji, scen. Wraz z prowadzącym śledztwo detektywem przemierzymy brudne zakamarki, obskurne mieszkalne klitki i cuchnące ściekowe tunele. Pochwały należą się budującym wyśmienity nastrój nocnym zdjęciom Marca Felperlaana, mają one w sobie upiorne piękno gotyckich horrorów. Szczególnie zaś wyróżnia się hipnotyzująca sekwencja początkowa, w której spoglądamy na nabrzeże ze spaczonej perspektywy psychopaty; potwora gnieżdżącego się w kanale, do którego ściekają ludzkie brudy.

Wongo

Lubię wygrzebywać perły ze śmietnika kinematografii. Pochylam się nad tym co wzgardzane, deprecjonuję powszechnie cenione.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.