Pożegnanie z Morricone

3 dni temu, w wieku 91 lat, zmarł Ennio Morricone, jeden z najwybitniejszych kompozytorów w historii, autor ścieżek dźwiękowych do ponad 500 filmów reprezentujących przeróżne gatunki i style. Nie ma chyba kinomaniaka, który by nie kochał przynajmniej części jego twórczości. By uczcić jego pamięć, postanowiliśmy zrobić małą wyliczankę filmowo-muzyczną, w której mniej czy bardziej personalnie opisujemy dokonania Morricone w kontekście przynależnych im obrazów, przy okazji polecając też ukochane kompozycje jego autorstwa. Są oczywiście spaghetti westerny, jest giallo, animal attack i horror, a przede wszystkim względnie dużo sentymentu i nostalgii. Swoje opisy filmów i muzyki, a często też powiązane z nimi różnorakie wspomnienia, zaprezentowało pokrótce jedenaście osób, w tym sześcioro gości: Bartek Basista, Agnieszka Melcer (Opium), Mariusz Czernic (Panorama kina), Patryk Karwowski (Po napisach), Kajetan Kusina (Kusi na Kulturę) oraz Rafał Boguta. Zapraszamy do lektury i odsłuchu proponowanej muzyki. RIP Ennio.


1965 – Za kilka dolarów więcej (reż. Sergio Leone) – Bartek Basista

Muzyka Morricone wyjątkowo często towarzyszy mi tak przy pracy, jak i wtedy, gdy podróżuję. Oczywiście nie jestem w stanie powiedzieć, który z jego albumów jest moim ulubionym, ani tym bardziej wybrać jednego utworu. Pamiętam, jak jego muzyka wypełniała mi krakowski rynek i pomyślałem wtedy, jak bardzo te dźwięki pasują do tych starych kamienic i letniego ciepłego powietrza. Ale dopiero podczas mojej podróży śladami spaghetti westernów po hiszpańskiej Andaluzji muzyka Morricone wywołała emocje ciężkie do opisania. Pamiętam szczególnie moment, w którym dotarliśmy do małego miasteczka Los Albericoques, w którym Leone kręcił Za garść dolarów więcej. Temperatura zwalała z nóg, białe fasady domów oślepiały, przy kamiennym kręgu w którym główni bohaterowie stoczyli finałowy pojedynek stała pamiątkowa tablica. W tej zapomnianej krainie europejskich westernów byliśmy jedynymi turystami. „When the chimes end, pick up your gun”, rzuca Volante w kierunku Van Cleef’a, a maestro zaczyna nas hipnotyzować dźwiękami melodii zegarka. Jeszcze tylko zbliżenie na zmęczone słońcem oczy głównych bohaterów i zaraz kule zaczną świstać. Nie będę ściemniał mówiąc, że przesłuchanie Watch Chimes (Carillion’s Theme) w oryginalnej scenerii wywołało dreszcze na skórze. Cały nasz pobyt w Andaluzji był wypełniony muzyką Morricone, ale jakoś ten dźwięk zegarka przywołuje najmocniejsze wspomnienia z tego wyjazdu – smak zmrożonego taniego San Miquela i spacer rozgrzanymi ulicami Los Albericoques (które noszą dziś nazwy autorów Za garść dolarów więcej). Niewielu twórców muzyki filmowej potrafi z taką łatwością, jak Morricone grać na naszych emocjach. Niewielu potrafi z melodii z zegarka wycisnąć tyle wspomnień, czy to o prześladującej przeszłości głównego bohatera, czy, tak jak w moim przypadku, o ulotnych chwilach wakacji sprzed 5 lat. Dzięki ci za to mistrzu.


1968 – Człowiek zwany Ciszą (reż. Sergio Corbucci) – Marcin Zembrzuski

Rzecz jasna, gdy myśli się o muzyce w spaghetti westernach, w pierwszej kolejności przychodzą do głowy te kompozycje Morricone, które charakteryzują się specyficznymi gwizdami, gitarami, trąbkami i chórami; zwykle energiczne, zadziorne i gęste, ale też bardzo przestrzenne, w wolniejszych momentach uderzające w bardziej nostalgiczne lub melancholijne tony. To, oczywiście, przede wszystkim utwory z przebojowych obrazów Sergia Leone, a w drugiej kolejności te wypełniające (i znacznie wzmacniające) Śmierć jeździ konno (1967) Giulio Petroniego, Face to Face (1967) Sergia Sollimy czy Navajo Joe (1966) Sergia Corbucciego. Czysta energia włoskiej wersji Zachodu. Mimo że Człowiek zwany Ciszą to również kanon gatunku, zdobiąca go ścieżka dźwiękowa nijak się ma do muzycznych standardów stworzonych przez Morricone i rozwijanych przez pozostałych. Dlatego też podczas pierwszego seansu długo byłem nią zawiedziony. „Gdzie ta moc i charakter słynnego kompozytora?”, pytałem siebie nastoletni i nie bardzo jeszcze orientujący się w temacie ja, nie zauważając, jak kolejne kompozycje wypełniające to balladowe i nihilistyczne arcydzieło Corbucciego włażą mi pod skórę, by zaatakować ze zwielokrotnioną mocą w bezlitosnym finale filmu. To wtedy ta niby zgaszona muzyka – pełna smutku i mroku ilustrujących zimową scenerię, w której ludzie giną tak z powodu kul, jak i mrozu oraz głodu, zamiast oczekiwanego przeze mnie żywiołu bardziej pasującego do słońca zabijającego na pustyni w większości spaghetti westernów – otrzymuje wykrzyknik, który wskazuje takim ślepakom jak ja, że ona od początku stanowiła z obrazem jedno. Ot, mowa o czymś, czego nie należy bezpośrednio zestawiać z innymi tytułami, bo jest na to zbyt unikatowe. Gdy po zakończeniu seansu znalazłem swoją szczękę gdzieś na podłodze, ta podpowiedziała mi, że chyba tu czegoś długo nie doceniałem. Nie miałem wyjścia – drugiego dnia musiałem włączyć film ponownie. Dziś kocham go całym swoim zgniłym serduszkiem, a zdobiąca go muzyka mistrza niezmiennie znajduje się w mojej ścisłej czołówce najulubieńszych soundtracków.


1968 – Pewnego razu na Dzikim Zachodzie (reż. Sergio Leone) – Agnieszka Melcer

Moje pierwsze zetknięcie z muzyką Morricone miało miejsce gdzieś w wieku lat dziesięciu, gdy na niemieckiej kablówce zaczęłam z tatą oglądać Pewnego razu na Dzikim Zachodzie. Nie kumałam ani słowa, ale wystarczyły mi same obrazy i podkład muzyczny, by totalnie dać się porwać tej historii. Morricone świetnie rozumiał, iż muzyka ma być nie tylko tłem do ekranowej akcji, ale przede wszystkim ma oddawać stan emocjonalny postaci. Każdy z bohaterów filmu ma swój własny motyw muzyczny. Najbardziej znany jest oczywiście ten Harmonijki, którego dźwięki mi jakoś zawsze kojarzyły się z niesamowitym upałem, miejscem gdzie Diabeł mówi dobranoc, czymś niepokojącym i niebezpiecznym niczym skradający się grzechotnik i (gdy utwór wchodzi w swoje niesamowite crescendo) karzącą ręką sprawiedliwości. Morricone uderzając w wyższe tony idealnie podkreśla ten przebłysk zdziwienia, gdy Frank wreszcie zdaje sobie sprawę, kim jest Harmonijka. Zemsta jeszcze nigdy nie brzmiała tak satysfakcjonująco. Ale włoski maestro potrafił być również mocno liryczny i zmysłowy, co najlepiej ilustruje motyw przewodni napisany pod Jill. Kiedy wysiada z pociągu, muzyka perfekcyjnie oddaje jej rosnącą nadzieję na nowy, lepszy rozdział życia. Z jednej strony wzniosły, ale też i smutny jest ten kawałek bo przecież Jill czeka nie lada rozczarowanie. Ogólnie (chyba dobrze?) pamiętam że jest to bardzo wszechstronny lejtmotif: pojawia się również w momencie kiedy tęsknym wzrokiem obserwuje ją Cheyenne. Doskonale wie, że nigdy nie będzie jej godny, ale za taką kobietą poszedłby w ogień. Podstawą dla motywu przewodniego całego filmu jest, o dziwo, właśnie fragment Jill. A może było odwrotnie? W każdym razie jest to piękny gest, by rozmachowi historii dotyczącej  burzliwych narodzin Ameryki i trudów życia na Dzikim Zachodzie nadać taki kobiecy ton (w tym gatunku przecież zazwyczaj obcy). Sam motyw Cheyenne’a jest niezwykle lekki i łobuzerski, bardzo wyluzowany i nie do końca na serio… zupełnie jak sam bohater! Można wręcz rzec, iż stanowi muzyczny comic relief na tle epickich i wzniosłych kompozycji. Jednak jest w nim ten króciutki moment, gdy dźwięki urywają się nagle i nastaje cisza. I nic tak prosto i tak trafnie nie podkreśla sceny, kiedy mój ulubiony bohater odchodzi. Totalne zaskoczenie i szok. „I’ve always said that my best dialogue and screenwriter is Ennio Morricone” – powiedział kiedyś Sergio i w pełni się z nim zgadzam.


1969 – Klan Sycylijczyków (reż. Henri Verneil) – Mariusz Czernic

Zacznę od pewnej dygresji. Być może są wśród czytelników osoby, które – tak jak ja – nieświadomie zetknęły się z muzyką Morricone, oglądając Dziennik Telewizyjny w drugiej połowie lat 90. Chodzi o program satyryczny Jacka Fedorowicza, kończący się charakterystyczną melodią jakby skomponowaną specjalnie do tego programu. W napisach nie podano nazwiska kompozytora i możliwe, że utwór użyto bez jego wiedzy. Po latach ogarnęło mnie dziwne uczucie, gdy okazało się, że jest to kompozycja Morricone do włoskiego heist movie Ad ogni costo (ang. Grand Slam, 1967) w reżyserii Giuliano Montaldo. Ten film nie ma jednak dla mnie zbyt dużego znaczenia, więc na tym zakończę dygresję. Pierwszym filmem, który zwrócił moją uwagę na Morricone był Klan Sycylijczyków (1969, reż. Henri Verneuil). Znakomitą intrygę i świetne aktorstwo trudno docenić, gdy jest się dzieckiem lub nastolatkiem. Aby trafić do widza w różnym wieku, powinien być jeszcze odpowiedni klimat i akurat w tym filmie muzyka kreuje taki nastrój, że niejako wbrew sobie zostajesz wciągnięty w opowieść. Partia gwizdana w połączeniu z brzdękaniem na drumli wprowadzają aurę tajemnicy i sprawiają, że już na etapie czołówki widz jest zaintrygowany. Główny temat muzyczny, mimo iż jest powtarzany, różni się przesunięciem akcentów. I tak na przykład w scenie spotkania Vittoria (Jean Gabin) ze starym znajomym Antonio (Amedeo Nazzari) na pierwszy plan wysuwa się nostalgiczny kawałek idealnie ilustrujący sentymentalne spotkanie po latach. Ale gdy człowiek Tony’ego (Sydney Chaplin) odwiedza Vittoria w jego kryjówce tamten muzyczny sentymentalizm schodzi na drugi plan ustępując „twardym” nutom, co jakby sugeruje, że teraz właśnie zaczyna się prawdziwe kino gangsterskie. Jeden utwór jest wykorzystany na co najmniej trzy sposoby – by podkreślić tajemniczość, nostalgię i surowość przestępczego świata. Oczywiście genialności tej partytury nie zauważyłem przy pierwszym oglądaniu, wtedy muzyka była dla mnie „jedynie” ładna i „klimatyczna”. Ale z każdym kolejnym seansem zarówno film, jak i ścieżka dźwiękowa zyskują, bo zauważa się więcej niuansów.


1971 – Maddalena (reż. Jerzy Kawalerowicz) – Sara Nowicka

Zapomniany dziś film Kawalerowicza opowiada o bohaterce (Lisa Gastoni) dążącej do całkowitego wyzwolenia ze świata męskich zasad. Reżyser mnoży w filmie kontrasty: kobiecość przeciwstawia męskości, religię seksualności, ciemnowłosą kobietę z jej jasnowłosym alter ego. Biblijne nawiązania (imię ewangelicznej jawnogrzesznicy, taniec Salome, scena obmycia stóp) łączy z odważnymi scenami uwodzenia rybaka i księdza (Eric Woofe) – niespełnionego obiektu pożądania bohaterki. Choć Maddalena nie zagrzała miejsca w zbiorowej pamięci, to ścieżka dźwiękowa z tego filmu składa się z jednych z najbardziej rozpoznawalnych utworów w karierze Morricone. Słynne Che Mai, wydane na nowo w 1977 roku na singlu Disco 78, podbiło serce Jeana-Paula Belmondo, który namówił Georges’a Lautnera, reżysera Zawodowca (1981), do użycia go w soundtracku. Pomysł był strzałem w dziesiątkę, a film przyniósł Che Mai zasłużoną popularność. Mnie jednak obezwładniły inne dźwięki: Erotico Mistico, użyte w scenie tańca bohaterki – jednocześnie uwodzicielskiego i pełnego trwogi. W tle emocjonującej muzyki słyszymy erotyczne, kobiece westchnięcia oraz niepokojący, ale też wzniosły męski chór. Trudno o bardziej udane połączenia pierwiastka duchowego i zmysłowego – zdaje się, że Morricone lepiej niż Kawalerowicz poradził sobie z łączeniem przeciwieństw. Niesamowita muzyka świetnie podkreśla osobowość Maddaleny, zwieszonej między potrzebą realizacji pragnień a metafizycznym lękiem. Utwór został wykorzystany ponownie w Dziwnym kolorze łez twojego ciała (H. Cattet, B. Forzani, 2013), a jego powabny charakter doskonale współgra z sensualną intensywnością filmu.


1972 – Kto widział jej śmierć? (reż. Aldo Lado) – Oskar Dziki

Zaledwie drugi film włoskiego reżysera Aldo Lado to zrobione po kosztach, niecodzienne giallo nakręcone za żelazną kurtyną – w Zagrzebiu i Pradze. Na pierwszym planie mamy George’a Lazenby – tego, któremu dane było na chwile wskoczyć we frak agenta 007 – prowadzącego małe studio artystyczne w Wenecji. Cieszy się on niemałym uznaniem po tym, jak jego rzeźby zebrały pochwały krytyków sztuki na wystawie w Bejrucie. Jednak przysłowiowe siedzenie na laurach naszego bohatera nie trwa długo, gdyż na pierwszy plan szybko wjedzie zbrodnia oraz cała masa podejrzanych. W skrócie, klasyka gatunku. Choć film Lado nie przypadnie do gustu szerszej publice, jest to pod każdym względem naprawdę solidnie poprowadzony kryminał! Być może dla przeciętnego widza, tego nie zaznajomionego z nurtem, fabularne umowności i spora dawka wypełniającej film tandety mogą okazać się nie do przeskoczenia, lecz warto zapoznać się tylko z fenomenalną ścieżką muzyczną maestro Morricone. Mogę się nawet podpisać pod stwierdzeniem, że jest to absolutne podium, jeśli chodzi o artystyczny dorobek tego włoskiego kompozytora! Szalejąca po ciasnych uliczkach Wenecji kamera Lado w połączeniu z Morricone dyrygującym dziecięcym chórem daje naprawdę niesamowity, niepokojący efekt. Warto również przypomnieć, że film zasilił niedawno ofertę krążków Blu-Ray brytyjskiego dystrybutora Arrow Films.


1975 – Pociąg tortur (reż. Aldo Lado) – Marta Płaza

Okres bożonarodzeniowy, klatki z jarmarków świątecznych, sympatyczny gwar śpieszącego w domowe pielesze tłumu. W tle Demis Roussos śpiewający o miłości i marzeniach. Krótko mówiąc: barwny świat pełen ludzkiej życzliwości. W tak beztroski sposób rozpoczyna się film Aldo Lado, opowiadający historię nastolatek, które w nocnym pociągu do domu spotkają na swojej drodze dwóch oprychów pod wodzą psychopatycznej nimfomanki, którzy zamienią ich życie w piekło. Włoskie kino gatunkowe znane było ze swojego zamiłowania do przerabiania amerykańskich hitów, a więc i Lado niespecjalnie krył się z tym, że nakręcił po prostu europejską wersję Ostatniego domu po lewej (1972), jedyne novum wprowadzając w miejscu akcji, którym stał się skąpany w mroku przedział pociągu. Co ciekawe, kopiowanie fabuły Cravena nie zaszkodziło samemu filmowi, który dziś prezentuje się lepiej niż jego amerykański odpowiednik. Wygrywając klaustrofobicznym klimatem, atmosferą beznadziei (niemal każdy czyha na nasze bohaterki), mrocznymi zdjęciami i wyborną muzyką Ennio Morricone, którego schizofreniczny motyw na harmonijce przewija się w najbardziej obskurnych i parszywych momentach filmu. Początkowo wydaje się tylko niegroźnym elementem tła, dopiero z czasem zyskując znaczenie zwiastuna zbliżającej się tragedii. Siłą filmu Lado, który paradoksalnie nie operuje obrazowymi scenami przemocy, są bez wątpienia właśnie niedopowiedzenia – to, co poza kadrem i w głowie widza. W obliczu takiej taktyki opowiadania historii szczególnie trafna wydaje się decyzja Morricone, aby całość ozdobić oszczędną, nieprzytłaczającą muzyką, która dodana w odpowiednich momentach zyskuje na znaczeniu i sile oddziaływania. Można powiedzieć, że finalny efekt takiego połączenia ostatecznie spełnił swoją rolę. Brytyjscy cenzorzy nie zgodzili się na wpuszczenie filmu na ekrany, dodatkowo kilka lat później zaszczycając go umieszczeniem na niesławnej liście video nasties.


1977 – Orka – wieloryb zabójca (reż. Michael Anderson) – Patryk Karwowski

Gdy słyszę motyw przewodni z filmu Michaela Andersona, zawsze mam przed oczyma tragedię orki. Orka – wieloryb zabójca tylko z pozoru wygląda na b-klasowe kino zemsty. To przede wszystkim obraz walki upartego człowieka ze zwierzęciem, któremu odebrano wszystko. Nakręcony (niedoceniony!)  w 1977 roku był produkcją powstałą na fali popularności Szczęk (1975) Stevena Spielberga. W to nikt nie wątpił i nikt tego nie ukrywał. Odbiór filmu nie był najlepszy. Widzowie i krytycy narzekali, że mimo wszystko za bardzo przypomina wiadomy film. Ja twierdzę, że Orka w niczym mu nie ustępuje, a przy niektórych elementach prezentuje wyższy, bardziej dojrzały poziom. W Szczękach rekin był maszyną do zabijania, bezduszną, nakierowaną na jeden cel. Podział na dobro i zło był jasny. U Andersona nie jest już tak łatwo. Tu nie można (nie powinno się) uciec do prostego wskazania protagonisty czy antagonisty. Jest to bowiem bolesny utwór o stracie. Zostaje zabita ciężarna orka, a potężny samiec zaczyna szukać odpowiedzialnego za śmierć człowieka. Dość napisać, że to film trzymający w napięciu i dzięki znamienitej reżyserii, ale również dzięki genialnej roli Richarda Harrisa. Jednak to, co wynosi Orkę ponad jej naturalne gatunkowe oblicze, to właśnie kompozycje włoskiego Mistrza. Ennio Morricone przyozdobił film w niemalże żałobną tonację. Przez muzyczne ilustracje przeziera smutek, dramat i rozpacz, ale też potworna determinacja, która zmusza orkę do pościgu za myśliwymi. Na to wszystko został nałożony przepiękny czysty wokal stałej współpracowniczki Morricone, Eddy Dell’Orso. Kobiecy głos włoskiej piosenkarki uszlachetnił soundtrack, czara goryczy została przelana, dla orki pozostała tylko droga zemsty. Dell’Orso w utworze Dialogue of Memories nadaje ścieżce dźwiękowej charakter szczególny. Od tego momentu żal zaczyna nabierać nowego, dojmującego wyrazu. Muzyka Ennio Morricone bardzo często wynosiła produkcje filmowe na poziom wyższy niż mogłoby wynikać z samej filmowej natury danego tytułu. Utwory mistrza żyły nie tylko razem z reżyserskimi obrazami, ale doskonale radziły sobie samodzielnie. Kompozycje raz związane z tytułem, sceną, całą sekwencją, ale nawet kilkoma ujęciami, odsłuchiwane poza projekcją przywoływały zapamiętany obraz. W przypadku tego utworu, tak jak już napisałem, zawsze mam przed oczyma tragedię orki i jej wielkie smutne oczy…


1982 – Coś (reż. John Carpenter) – Caligula von Kömuda

Nie było to moje pierwsze zetknięcie z muzyką Morricone. Ba! Nie jest to również zbyt reprezentacyjny przykład, jako że słynny kompozytor napisał ścieżkę silnie inspirowaną stylem muzyki uprawianej na co dzień przez Carpentera. Nie zmienia to jednak faktu, że seans Coś wywarł na mnie niezatarte wrażenie. Miałem wówczas jakieś 11-12 lat. Kolonie letnie. Jakiś nierozsądny wychowawca uznał, że fajnie będzie puścić grupie dzieciaków w sobotni wieczór horror o zmiennokształtnym przybyszu z kosmosu. Ciemna sala, rzędy krzeseł i terror rozgrywający się na ekranie telewizora. Obok mroźnej scenerii, klaustrofobicznej atmosfery i efektów specjalnych, przy których szczęka dosłownie opadała na ziemię, soundtrack Morricone odgrywał równie niebagatelną rolę w tym szokującym widowisku. Zimne, syntezatorowe plamy i podniosłe, przytłaczające ponurym nastrojem „tło”. Pamiętam, że siedziałem wbity w oparcie, myśląc że oto rozgrywa się przede mną coś wyjątkowego. Mógłbym oczywiście umieścić na tej liście któryś spośród tematów do spaghetti westernów, którąś z eterycznych ścieżek do gialli, stawiam jednak na wybór pozornie banalny, a jednocześnie nieortodoksyjny: arktyczny minimalizm ścieżki dźwiękowej do Coś wciąż robi monstrualne wrażenie jako zapowiedź kryjącego się gdzieś w pobliżu, nienazwanego zła.


1988 – Cinema Paradiso (reż. Giuseppe Tornatore) – Kajetan Kusina

Jeśli miałbym wskazać filmową scenę, która sprawia, że się kompletnie rozpadam, rozklejam i wzruszam bez żadnych oporów, to wybrałbym końcówkę Cinema Paradiso. Pamiętam, jak w czasie pierwszego seansu poczułem się zupełnie bezbronny wobec zawartego w niej ładunku emocjonalnego. Wśród wszystkich targających wtedy emocji, najważniejszą z nich wydaje się nadzieja na to, że kraina czystych, dziecięcych zachwytów wciąż jest gdzieś dostępna. Bo to jest w niej właśnie najpiękniejsze – oglądamy jak wypalony emocjonalnie bohater ponownie śmieje się i wzrusza, jak mały chłopiec z początku filmu. Jednak ta nostalgiczna (czasami trzeba sobie na to pozwolić) bomba nie miałaby takiej siły, gdyby nie cudowna ścieżka autorstwa Morricone. Nie jestem mistrzem w opisywaniu muzyki, ale kiedy słyszę dźwięki z tej sceny, to mam ochotę położyć się na trawie, zamknąć oczy i wyświetlać sobie w głowie bliskie mojemu serca wspomnienia. Jest w niej coś nieuchwytnego, jakby obietnica, że te wszystkie pozornie stracone chwile są na wyciągnięcie ręki, a jedyne, co trzeba zrobić, to pozbyć się cynizmu i po prostu dać ponieść emocjom. Może brzmi to naiwnie i banalnie, ale ta scena sprawia, że człowiek o tym zapomina i pozwala sobie na trochę prostych uniesień.


1988 – Frantic (reż. Roman Polański) – Rafał Boguta

Być może to jedno z najtrudniejszych pytań na świecie: „Jaki jest Twój ulubiony soundtrack lub utwór, który skomponował Ennio Morricone?”. Bo jak wybrać ten jeden jedyny spośród setek, jakimi uraczył nas włoski Maestro? Równie niedościgły jest przecież słoneczny i zwiewny motyw tytułowy do  The Forbidden Photos of a Lady Above Suspicion (1971) Luciana Ercolego, jak i niepokojąco nerwowy temat „La città si risveglia” z The Bird with the Crystal Plumage (1971) Daria Argento, zagrzewająca do boju humorystyczna pieśń do wzruszająco-zabawnego westernu Sergia Corbucciego Compañeros (1970) czy groteskowy (w dużej mierze dzięki użyciu drumli) i miarowo wybijany wątek do Investigation of a Citizen Above Suspicion (1970) Elia Petriego. A to zaledwie garstka z tych ulubionych, jakie natychmiast przychodzą mi do głowy. Jednakże spośród wszystkich najmilszych memu sercu, najbardziej szczególne miejsce zajmuje muzyka do thrillera Romana Polańskiego Frantic. Był to bowiem pierwszy film, na jaki – bez mała trzydzieści lat temu – poszedłem do kina bez towarzystwa rodziców, za to z kolegą, w dodatku będąc jakieś pięć lat pod progiem (film był dozwolony od lat piętnastu, ale bileterka nas łaskawie wpuściła). Osadzony we francuskiej stolicy thriller o amerykańskim chirurgu poszukującym zaginionej żony zrobił olbrzymie wrażenie i wypalił trwały ślad w mojej głowie. Oglądane w kinie obrazy nie byłyby aż tak niesamowite, gdyby nie sugestywna, gęsta muzyka, która niespokojnym pobrzękiwaniem basu od pierwszych sekund wjazdu zwiastuje nadchodzące napięcie, emanuje chłodem niegościnnego Paryża i zagubieniem głównego bohatera, aż do ostatniego ujęcia opuszczającego metropolię. Morricone nie zapominając o miejscu akcji okrasił też swoje kompozycje brzmieniami rzewnego akordeonu, który znakomicie sprawdza się zwłaszcza w niezapomnianej scenie z walizką na paryskich dachach. Gdzie indziej muzyka stanowi perfekcyjną symbiozę z nerwowym pośpiechem bohatera gnającego po schodach lotniska czy niepokojem podczas szperania w cudzym bagażu. Film Polańskiego oglądałem dziesiątki razy i z pewnością nieraz jeszcze wezmę udział w tej wycieczce po mrocznych zakamarkach Paryża, ale czasem, by wybrać się w tę podróż, wystarczy włączyć soundtrack Ennia i można w myślach przenieść się do zatęchłego paryskiego zaułka, przyciemnionego apartamentu w luksusowym hotelu czy labiryntu lotniska. I za to jestem Mistrzowi dozgonnie wdzięczny.

Mural w Rzymie powstały dzień po śmierci kompozytora

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.