Podsumowanie 2015

Share

Szanowni Państwo, przyszła pora na podsumowanie roku świeżo minionego. Każda z chętnych ku realizacji tegoż zadania osób pisujących na Kinomisję wytypowała swoje listy zeszłorocznych pozycji ulubionych (przy czym nie było żadnego wymogu typu „Dawaj, gnoju, top 10” – każdy podał tyle tytułów, ile chciał) + opis jednego konkretnego filmu. Zapraszamy do lektury.


Grzegorz Fortuna

Birdman * Coś za mną chodzi * Meadowland * Mad Max: Na drodze gniewu * Turysta * The Duke of Burgundy * Co robimy w ukryciu * Crimson Peak * 11 minut

The Lady in the Car with Glasses and a Gun

Nie jest to na pewno najlepszy film roku, ale im więcej czasu mija od seansu tego pretekstowego thrillera Joanna Sfara (autora komiksowego Kota rabina i jego ekranizacji), tym bardziej The Lady… lubię. Przedstawiona tu historia jest niedorzeczna (w podobny sposób jak w znacznej części gialli, co słusznie zauważył Marcin), ale w tej niedorzeczności tkwi poniekąd jej urok, bo fabularny absurd fantastycznie oddaje charakter głównej bohaterki – na poły szalonej, na poły neurotycznej, za to w stu procentach stylowej i seksownej Dany, odgrywanej z gracją przez Freyę Mavor. Co jest we współczesnym kinie niemałą rzadkością, Sfarowi i towarzyszącemu mu operatorowi, Manuelowi Dacosse, udało się wystylizować The Lady… na lata siedemdziesiąte bez irytującego podlizywania się widzowi i natrętnego puszczania do niego oka. Retro przejawia się tu raczej w sposobie filmowania, konstrukcji głównej bohaterki, wreszcie w tym, jak twórcy postrzegają kokieteryjność i seks. Warto więc puścić mimo uszu nielogiczności fabularne, olać ciągi przyczynowo-skutkowe i inne bzdury, by po prostu delektować się fajnością tej wizji.


Jakub Andrzej Górecki

Beasts Of No Nation * Wada ukryta * Ex Machina * Ghost In The Shell: The New Movie * Slow West

Mad Max: Na drodze gniewu

Będę uparcie bronił tezy, że w mainstreamie nie ukazał się lepszy film. Udało się zrobić kino wewnątrz klasycznej franszyzy, które pozostaje wierne podstawowym założeniom przyświecającym mu we wcześniejszych odsłonach, ale bez opierania się tylko na tych sentymentach (oto coś, czego granicę akceptowalności przekroczyły Gwiezdne Wojny i coś, na czym totalnie poległ Terminator: Genysis). Film dla głupców może i nie ma scenariusza, ja umierałem ze szczęścia widząc przeróżne kulturowe dialogi i po dziś przeżywam fakt, że to Bartek Basista zwrócił mi uwagę na podobieństwo z Le salaire de la peur.


Marta Płaza

Co robimy w ukryciu * The Green Inferno * Crimson Peak * Dziewczyny śmierci * Kto tam * Extinction * Kung Fury * Mad max: Na drodze gniewu * Maggie * Bone Tomahawk * The Lobster * Deathgasm * Wyrmwood

Coś za mną chodzi

Oto film, od którego przeciwnicy postmodernizmu powinni trzymać się z daleka. Film, który ma w sobie ducha wczesnego Johna Carpentera i Davida Lyncha. Intertekstualna jazda po bandzie. Dla fanów jasnych rozwiązań mam złą wiadomość: w ostatecznym rozrachunku w tym filmie nie chodzi o nic więcej, jak o czystą zabawę formą i konwencją. Mitchell, mimo że to pojęcie często jest dziś nadużywane, złożył prawdziwy hołd dla kina grozy. Wykorzystując jego ikonografię, przywrócił do życia już nieco zapomniany klimat slasherów lat 80, który ostatnio w równie genialny sposób udało się wykorzystać chociażby Adamowi Wingardowi w Gościu. Coś za mną chodzi to film, który jest prawdziwą ucztą estetyczną: od fantastycznych, chłodnych zdjęć, aż po muzykę, która wyrywa z gaci klimatem grozy. To film, który na 1,5  h przenosi nas w zupełnie inny świat, którego dawno nie widzieliśmy. Wkręcenie się w ten świat jest jednak zgubne: przez kilka następnych dni będziecie częściej odwracać się za siebie.


Bartek Słoma

W głowie się nie mieści * Mad Max: Na drodze gniewu * Coś za mną chodzi * Sekrety morza * Pentameron * Whiplash * Biały Bóg * Victoria * Mandarynka * Co robimy w ukryciu * Slow West * Mission: Impossible – Rouge Nation * Body/Ciało * Sól ziemi * Sicario * Bone Tomahawk * Cop Car * Marlon Brando o sobie * The Duke of Burgundy

Feniks

Próbowałem tu napisać o kilku innych tegorocznych świetnych filmach, no ale nie da rady. To bez sensu. Wszystkie, bez względu na swą niewątpliwą jakość, pozostają w cieniu jednego, jedynego tytułu, który w mijającym roku znienacka wstrząsnął moim kinomańskim życiem. Feniks to jeden z tych filmów, o których można pisać długo i pięknie, czego ja – choleryk i narwaniec – nie potrafię. Z drugiej jednak strony najnowsza pozycja z filmografii Christiana Petzolda to w tej chwili jedyna rzecz, o której w ogóle mam ochotę mówić i pisać. Co ciekawe, Petzold żadnego wstrząsu nie zapowiada. Feniks jest cichy, spokojny, pozbawiony jakichkolwiek pretensji, oparty na niuansie, spojrzeniu, geście, czy wtrąconym mimochodem, jakby od niechcenia, ujęciu. Bardzo łatwo go zignorować, nie zauważyć, nie docenić. Na pierwszy rzut oka – przez swoją stylową zachowawczość i stonowanie – pozornie przezroczysty. Nic bardziej mylnego. Petzold kocha kino i gra kinem. Buduje swą opowieść piętrowo, gdzie każdy poziom działa zarówno oddzielnie, jak i wspólnie, tworząc gatunkowo nieoczywistą, wymykającą się, a spełnioną całość. Feniks to jednocześnie klasyczny melodramat, opowieść o powojennej traumie, jak i tytułowym motywie odrodzenia. Co jednak dla mnie osobiście najciekawsze, wszystkie te tropy – wzorem mistrzów – obejmuje klamrą filmowej umowności, przyrównując relację dwójki głównych bohaterów do relacji aktorki z reżyserem, twórcy ze swoją muzą. W bezbłędnej scenie finałowej, w której prawda wybrzmiewa poprzez sztukę (sztuczność przecież!), a nawet poprzez odtwórczość (co pięknie podkreśla gatunkowe osadzenie), Petzold rozbija swój film, jak i widza, na drobne kawałki. Film, czyli sztuka. Sztuka, czyli sztuczność. Sztuczność, czyli prawda. Niepozorne arcydzieło, w którym wszystko dzieje się pomiędzy.


Arek Szpak

Carol * Miara człowieka * Mad Max: Na drodze gniewu * Zabójczyni * Wada ukryta * Coś za mną chodzi * Victoria * Sea Fog * Pentameron

Feniks

Jak inne dzieła Christiana Petzolda, Feniks to film bardzo autorski, w charakterystycznym dla reżysera, niepodrabialnym stylu. Chłodny, nawet kameralny, a przy tym śmiało zanurzony w historii kina. W filmowych klasykach (od Georgesa Franju, przez Carola Reeda i Alfreda Hitchcocka, po Douglasa Sirka…), ale też w nim samym, w jego swoistości, języku i symbolice. Intensywne, sugestywne, czyste kino. Na jednym z poziomów spoglądające i na siebie, bo podobnie, jak będący tu ważnym źródłem inspiracji Zawrót głowy Hitchcocka opowiada o akcie kreacji. Jak u Hitchcocka, także i w tym przypadku zafałszowującym rzeczywistość, stwarzającym jej obraz (JEJ obraz) dla ukojenia, pod własną słabość i tchórzostwo. Bo jest również Feniks opowieścią o nieposzczególnej zbrodni i poszczególnej zdradzie. Uciekającej od konfrontacji z prawdą, wypieranej winie i współwinie – przypisanej tu zarówno konkretnej jednostce, jak i całemu narodowi. Przede wszystkim jednak, najnowsze arcydzieło niemieckiego mistrza, to wspaniały, gorzki melodramat o duszy pod gruzami. Zniszczonej wojną tożsamości i usilnej próbie jej odbudowania, poprzez odnalezienie jej – siebie – w oczach najbliższej osoby. Wybitnie zagrany przez Ninę Hoss. Zakończony jednym z najpiękniejszych finałów w historii kina. Od pierwszego momentu, gdy zobaczyłem Feniksa w marcu, nie miałem najmniejszych wątpliwości, że obejrzałem swój najlepszy film roku.


Krzysztof Ryszard Wojciechowski

Rhymes for Young Ghouls * The Duke of Burgundy * Maggie * Zabójczyni * Mad Max: Na drodze gniewu * O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu * The Young Ones * Starry Eyes * Coś za mną chodzi

Crimson Peak

Jeśli weźmiemy Crimson Peak pod lupę, to stwierdzimy, że tak jak we Włoszech tworzono filmowe fantazje na temat amerykańskich gatunków, tak dziś Del Toro śni w Hollywood o europejskiej złotej erze horroru. To urzeczywistnione marzenie pulpowego nerda, bo zrobił to z budżetem jakiego dziś nikt inny nie dostanie na film grozy (55 milionów – dla porównania James Wan, facet któremu studia ufają, dostał na Conjuring 20 milionów). Crimson Peak to duchowy spadkobierca niezliczonych parafraz Wichrowych Wzgórz i filmów eksploatujących liczne opowieści niesamowite wyrosłe z twórczości Edgara Alana Poe, które od końca lat 50. masowo powstawały w Anglii i we Włoszech. Obraz pełen przecudnej wizualności i dystyngowanego, pulpowego kiczu, którego nie powstydziłby się Terence Fisher (Pies Baskerville’ów) czy sam Mario Bava (Ciało i Bicz, Operazione Paura). Kiedyś twierdziłem, że Del Toro skończył się na Kill Em All. Odszczekałem to kilka lat temu po seansie Pacific Rim. To rzemieślnik, który nigdy nie przejawiał arthousowego zacięcia, czy chęci opowiadania czegoś szczególnie mądrego, lecz mimo tego, że wplątał się w ten bezduszny biznes, to nie zabił w sobie wrażliwości dziecka. Powinien dostać dużo klocków Lego (dolarów) i robić filmy, które ma ochotę zrobić, a nie marnować czas przy kreowaniu licencjonowanych widowisk. Jednak jeśli musi je tworzyć, po to żeby dostać pieniądze na takie rzeczy jak Crimson Peak czy Pacific Rim, to się z tym pogodzę i obiecuję, że zostanę jego wiernym kibicem już do końca. Niech się dzieciak bawi.


Marcin Zembrzuski

Rhymes for Young Ghouls * Co robimy w ukryciu * O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu * Colt 45 * Wyrmwood * Coś za mną chodzi * Mad Max: Na drodze gniewu * Yakuza Apocalypse * Slow West * Bone Tomahawk * Crimson Peak * The Lady In The Car With Glasses and a Gun

The Duke of Burgundy

W tym niesamowicie estetycznym śnie – jednym z najładniejszych snów w historii X Muzy – zakochałem się już w momencie, kiedy zobaczyłem jego znakomicie pomyślany trailer, niewątpliwie zmontowany przez samych twórców. Inna sprawa, że film jest trochę inny. Do samego końca seksowny i tajemniczy, niejednokrotnie modyfikuje swój charakter, ponieważ reżyser Peter Strickland regularnie bawi się kontekstem zmieniając znaczenie i tonację kolejnych fragmentów. To, co zdaje się być mroczne i drapieżne, przeobrażone zostaje w błahe i komiczne, a to, co wygląda na nie lada pikanterię, okazuje się być jedynie maską, jaka zakładana zostaje na twarz kobiety na wskroś znudzonej i zmęczonej. The Duke of Burgundy to bowiem jedyne w swoim rodzaju kino erotyczne, w którym nie uświadczymy choćby cycka, a które – co za piękny paradoks – nawet w tych scenach, w których obnażona zostaje banalność seksualnej gry głównych bohaterek, nie traci nic ze swojej zmysłowości. Rzecz, jak się powszechnie mówi, inspirowana brutalną i perwersyjną twórczością Jesusa Franco ma chyba jednak więcej wspólnego z prowokacyjnymi dowcipami Luisa Bunuela (zresztą przecież nie bez powodu jedna z postaci nazywa się tu Dr Viridiana). I tak jak, zgaduję, Franco by na kolejnym już majstersztyku Stricklanda ziewał narzekając na brak atrakcji (no, może obudziłby się na mocno odjechany finisz), tak Bunuel biłby brawo z szerokim uśmiechem na twarzy. Oto przed nami dwie zbłąkane Alicje w Krainie Miłości. Człowiek i jego smutno-śmieszny świat, znaczy się.

14 Komentarze

  1. Ok, It Follows to już oficjalnie najbardziej przeceniany film roku :)

    Jestem też trochę zaskoczony, że Maggie się komuś załapała. Ten motyw jak Schwarzenegger zabił tego zzombifikowanego faceta i potem żona tego faceta przychodzi do Schwarzeneggera – i oboje próbują ze sobą rozmawiać przygnieceni pojebanaścią całej sytuacji – był całkiem spoko, ale tak ogólnie to cały film jest smętną metaforą o rodzinie rodzącej sobie ze śmiertelną chorobą jednego z dzieci, czyli, tak ogólnie, jest smętnym filmem o rodzinie rodzącej sobie ze śmiertelną chorobą jednego z dzieci, czyli jest średniawy.

    Z Diukiem Nukemem Burgundii też trochę przesadzacie. Bertrand Bonello, który jest prawdziwym arthousowym-neo-sexploiterem, nie to co ten pozer Strickland, wypuścił parę miesięcy wcześniej Saint Laurent, swój mainstreamowy crossover, i jego film ma bardziej imponującą ultra stylizację, ciekawsze psychoseksualne jednopłciowe związki i do tego pluje w oko filmom biograficznym.

  2. Nie przypominam sobie żadnej sceny, w której Strickland udawałby jakiegoś sexploitera. Tak czy siak, chętnie obadam „Saint Laurent”.

  3. A przypominasz sobie , jak tym ,,polerowaczkom luster” łechtaczki zamieniły się w larwy motyli ? Najlepsza była scena , jak im się w końcu wykokoniło i spomiędzy ud wyfrunęły duke of submision i duke of sruke? I jak pięknie jedna z drugą zapierdalały z siatkami na motyle po łące na końcowych napisach . I ten paniczny obłęd w oczach…
    4/16

  4. „(…) cały film jest smętną metaforą o rodzinie rodzącej sobie ze śmiertelną chorobą jednego z dzieci, czyli, tak ogólnie, jest smętnym filmem o rodzinie rodzącej sobie ze śmiertelną chorobą jednego z dzieci, czyli jest średniawy.”

    Daniel, brawo, zrozumiałeś o co kaman w tym filmie, ale nie zakumkałeś dlaczego jest dla mnie zajebisty (ale mogłeś się domyśleć, dlaczego mi się podoba, więc strzelam że jak zwykle marudzisz żeby marudzić :D )… i fakt, jako zwykły dramat to byłby średniak, a może i ckliwe gówno, ale tu mamy do czynienia z zombie movie i jako zombie movie Maggie jest znakomitym, niebanalnym filmem. To lo fi horror, z udziałem Szwarcusia, i dzięki niemu zobaczyły miliony osób. Pewnie przypadkowa widownia nie jest zbyt wdzięczna dla tego typu filmów, ale chyba dobrze, że te filmy wypływają na szersze wody, bo w lo fi tkwi dziś serce współczesnego kina.

    Nie słyszałem o „Saint Laurent” ale mam od jakiegoś czasu w planach „Apollonide” tego reżysera. Wrzucam na czubek listy.

  5. Zawsze przede wszystkim marudzę żeby marudzić. To dzięki temu jestem młody i piękny :)

    @Marcin
    Kiedy film miał być inspirowaną Jesusem Franco „Historią O” sadomasochistycznym związku dwóch kobiet, a wyszedł jak wyszedł, to można śmiało nazwać reżysera pozerem.

    @Krzysztof
    Mówisz jakbyś był piarowcem tego całego lo faju. Lo fi naprawi państwo. Lo fi obniży wasze podatki. Lo fi zrobi za was pranie, umyje podłogi i odkurzy dom. Vote lo fi, vote change :) Problem z Maggie jest taki sam jak z Babadookiem, to nudny dramat z horrorowym sztafażem. Tam była samotna matka w żałobie, tu jest rodzina z chorym dzieckiem. Te filmy są dla ludzi, którzy nie lubią horrorów, żeby potem mogli powiedzieć: Nie lubię horrorów, ale ten mi się podobał, bo był mądry i był o czymś. No i zgadza się, był o czymś. Był o tym, o czym są miliony nudnych dramatów, które tacy ludzie oglądają, bo nie lubię horrorów. (To trochę tak jak Duke of Burgundy udaje sexploitation, żeby być o nudnej dynamice sił w związku.) I nie to że jestem programowo przeciw łączenie dramatu z horrorem, ale w takich sytuacjach horror powinien pchać dramat w miejsca, w które sam dramat by nie poszedł, czego wg mnie nie da się powiedzieć o Maggie (czy Babadooku).

    Apollonide jest w pytę.

  6. „Te filmy są dla ludzi, którzy nie lubią horrorów, żeby potem mogli powiedzieć: Nie lubię horrorów, ale ten mi się podobał, bo był mądry i był o czymś. ” Ja nie lubię ludzi, ale lubię horrory i mi się bardzo podobało. Ludzie chyba jednak mają inne zdanie. Acz jak widać fajnie że „Coś za mną chodzi” zostało jednak docenione.

    U genezy „Barberian” też stały inne założenia. O ile dobrze pamiętam miało być o awangardzie muzycznej, i tych wybitnych kompozytorach wplątanych we włoski mainstreamowy biznes filmowy – wyszedł film o dźwiękowcu. Według mnie każdy film Stricklanda jest znakomity. A odkrywałem go na długo przed tym nim pojawił się na niego ostry hajp.

    „Vote lo fi, vote change :)” Ci ludzie to zazwyczaj prawdziwi miłośnicy kina. To moje pokolenie doszło w końcu do głosu. Czuję to w tych filmach, dlatego je lubię. Dzięki takim filmom jak „O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu”, „The Young Ones” i „The Duke of Burgundy” czuję, że żyję w jednym z najfajniejszych okresów w historii kina. Nic na to nie poradzę, że mam taki gust. Niemniej to dla mnie miła odmiana po poprzedniej dekadzie, w której dominowały takie siury, że czułem się jak weganin wśród jaskiniowców. Uważam, że zepsuto wtedy widzów.

    Zjeby zakochane w starych horrorach, mający za nic gusta widzów mają mój głos. Ti West na prezydenta!

  7. @Krzysztof
    Ja zaczynam się powoli przekonywać do dekady zerowej. Od ostatnich paru miesięcy oglądam w weekendy od jednego do trzech/czterech horrorów z różnych dekad. (Takie mini maratony. Zacząłem miesiąc przed halloweenem/wszystkich świętych i od tamtej pory nie przerwałem, bo oglądanie horrorów w ten sposób sprawia mi sporo frajdy.) Zaliczyłem też kilka filmów z okresu rimejków i torture pornu, i wg mnie wiele z tych filmów, z biegiem czasu, zyskuje nostalgię jak slashery z lat 80. Kiedy ktoś mówi o horrorach z lat 80, to wygląda to tak: Tania masówka, aktorstwo jest żenujące, bohaterowie to idioci, scenariusz nie ma sensu, ale ta atmosfera… 9/10! Wg mnie filmy z dekady 00. też się czegoś takiego doczekają. Już teraz mam kilka takich, które bym poddał rewaloryzacji…

    House of Wax z Paris Hilton, na przykład. Jaume Collet-Serra nakręcił też Orphan i parę action-thrillerów z Neesonem i ja uważam go za bardzo dobrego reżysera gatunkowego kina klasy B, ale wszyscy srają na House of Wax. A wg mnie to bardzo niedoceniany film, prawie że potajemne giallo z niedorzecznym scenariuszem i dziwaczną przemocą. Jest tam scena jak morderca skleja Elishie Cuthbert usta i idzie do innego pomieszczenia rozmawiać z jej kolegą, więc ona zaczyna je sobie rozrywać/odklejać żeby krzyknąć, i to jest nakręcone w taki sposób, że Argento by się spuścił w spodnie. Cały film też ładnie wygląda – jest sporo fajnych overheadów z dźwiga.

    The Collector z 2009 to też mała niespodziewana perełka. Cały film to ostatnie 20 minut I corpi presentano tracce di violenza carnale rozciągnięte do pełnego metrażu – czyli morderca grasuje w domu kończąc ze swoimi ofiarami i nie zdaje sobie sprawy, że w pomieszczeniu jest jeszcze jedna osoba, która się się przed nim ukrywa. I to wszystko wygląda jakby było nakręcone przez późnego Tony’ego Scotta.

    Przewagą, którą miał chujowy mainstream z poprzedniej dekady nad współczesnym horrorem auteurskim są na pewno budżety. Teraz wszystko wygląda tanio, nikt nie potrafi nakręcić filmu, który wyglądałby jak późny Tony Scott. Potrafią tylko kręcić ujęcia z sundancowskich nieżali – zbliżenie na dziewczynę/chłopaka podczas, gdy w tle poetycko majaczą promienie słońca, tudzież źdźbła trawy. Nikogo pewnie nie stać na dźwiga do overhead shotów. Robert Mitchell potrafi robić pany i trucki, ale choćby przystawić mu rewolwer do skroni, to polegnie na scenie akcji (co boleśnie widać w drugiej połowie It Follows). Kolesie od Collectora nie mieli takiego problemu.

    Co do tego, że teraz mamy za sterami prawdziwych miłośników filmu, to też bym polemizował. Tak miałeś od czasu, gdy dzieciaki, które chodziły do kina w wieku 10-11 lat pokończyły filmówki, czyli gdzieś tak od drugie połowy lat 60. XX w. Hollywoodzkie „movie brats” kochały Hitchcocka i uprawiały intertekstualność na długo przed Tarantino. Pod tym względem horror z poprzedniej dekady niczym nie różni się od obecnego. Jak oglądasz Saw, to oglądasz gówniany film, ale widać w nim, że Wan lubi Argento. Po zobaczeniu cameosu Deodato w Hostelu 2 nie dziwi cię, że Roth nakręcił Green Inferno. Patrick Lussier pewnie nigdy nie złapię się na uznanie krytyków, ale siedzi w tym gatunku od dawna i oglądając My Bloody Valentine 3D albo Drive Angry nie zarzucisz mu, że nie lubi rzeczy, którym hołduje/rimejkuje. Joe Lynch zaczynał od Wrong Turn 2, ale ostatnio nakręcił Everly, która robi z Takashim Miikem to samo co Reservoir Dogs z Ringo Lamem, wiec jego horror nerd street cred raczej nie podlega wątpliwości. Jamie Blanks nakręcił w 2007 Storm Warning na podstawie niezrealizowanego scenariusza Everetta De Roche’a (Road Games, Patrick i Razorback) i jest to lepszy ozploiter niż Wolf Creek.

    I to nie jest tak, że nie znoszę niezależnego/lo fi horroru. Jestem z tobą w sprawie Ti Westa. Innkeepers rządzi. (Oglądałem Cheap Thrills – w reż. E. L. Katza – z powodu obsadzenia aktorów z Innkeepers i ten film też jest zajebisty.) Lubię Adama Wingarda – zwłaszcza jego tumblr, mnóstwo tam pornografii :) Bardzo podobały mi się Bone Tomahawk, Housebound, Starry Eyes, Felt (pewnie z powodu obsady kojarzył mi się z Sun Don’t Shine, ale Felt bardziej mi podszedł niż Sun Don’t Shine), Toad Road itd. Ale dla mnie Duke of Burgundy, It Follows i A Girl Walks Home Alone at Night (Young Ones jeszcze nie widziałem, ale chcę obejrzeć – słyszałem że Nux dostał się na Fury Road z powodu Young Ones, i koleś który to wyreżyserował robi z Baumbachem dokument o De Palmie… ) nie zasługują na top ten of the year. No i nie uważam też, że ta lo fi scena to serce kina. The Visit Nocnego Szalejmana (taki superbohater), to found footage wyprodukowane przez kolesi od Paranormal Activity (i Whiplasha :)) i wyreżyserowane przez kogoś, kto metrykalnie i pod względem gustu nie ma ze mną wiele wspólnego, ale to horror-komedia, która IMO spokojnie bije Deathgasm. Crawl or Die wyreżyserował ktoś kto każe się nazywać Oklahoma Ward i jest to tani (i mówię bez jaj, film jest naprawdę tani) sci-fi horror ze złą aktorką wcielającą się w połączenie Ellen Ripley i Snake’a Plisskena, ale to lepsza rezurekcja Carpenter (i O’Bannona, i Waltera Hilla, bo film zrzyna z Obcego) niż przeintelektualizowane brednie Davida Roberta Mitchella.

  8. Najbardziej rozpierdala mnie to godne piętnastolatka przekonanie, że „skoro ja to tak widzę i tak o tym myślę, to tak właśnie jest (ponieważ ja tak dużo wiem i jestem taki obiektywny)”. Że to wszystko nie ma nic wspólnego z gustem i z tym, że podobać (lub nie podobać) może się wszystko. Nie. „Ponieważ ja tak dużo wiem i jestem taki obiektywny”. Kurwa, jeden ma pewnie już trzydziestkę na karku, drugi chyba pięćdziesiątkę, a ciągle mylą okno z lustrem. I kino z matematyką. Choć to może właśnie dlatego. „Mam tyle wiedzy, jestem taki obiektywny, ojej znowu mi stanął”.

  9. Co to miało być, Powrót Człowieka z Kijem w Dupie ?
    ,, Duke of Burgundy” , nie podobał mi się szczerze i osobiście i nigdy nie kryłem się z tym , więc własne zapędy ku rzekomemu ,,obiektywizowaniu” mojej niechęci do tego filmu wsadż sobie z łaski swojej tam, skąd wyjąłeś.
    ,,….i z tym, że podobać (lub nie podobać) może się wszystko….”
    Dokładnie . Mi się nie podobał . Ale nie przerzucam swojej niechęci do filmu personalnie na rozmówcę , więc przestań się kurwa zachowywać, jak panna na wydaniu.
    ,,…tak Bunuel biłby brawo z szerokim uśmiechem na twarzy…”
    Chyba Juan i to na ciężkiej bani:D

  10. @Marcin
    Ok, pewnie sobie trochę zasłużyłem na taką połajankę :)

    Ale to błaznowanie w komentarzach (bo w gruncie rzeczy to to właśnie jest – tak naprawdę to nie oczekuję od was, że posypiecie głowy popiołem i zmienicie swoje typy za sprawą moich żelaznych argumentów) ma raczej celebrować różne gusta. Masz tutaj siedem osób z czego 6 wybrało It Follows jako jeden ze swoich ulubionych filmów, a Duke of Burgundy był na 4 listach. Co jest złego w tym, że w komentarzach masz kogoś o odmiennej opinii na temat tych filmów. Mogłem wypaść tutaj trochę dupkowato – na internecie łatwo okopać się na ekstremalnej pozycji i sprawiać takie wrażenie – ale na ogół staram się, żeby to moje czepialstwo było in the spirit of good fun.

  11. Daniel to dobry czytelnik bo uważny, ale dziwnie się z nim rozmawia. Ja się przyzwyczaiłem i wiem, że nic złego nie ma na myśli, po prostu czasem brzmi jak wrzód na dupie (ok, wrzody nie brzmią, jest irytujący), ale ja mam podobnie więc się przyzwyczaiłem. Ja też czasem jestem niezrozumiany, i popadam w bezsensowne konflikty. Lubię komcie Daniela i zawsze pamiętam rozmowy z nim bo coś zostawia w tych wypowiedziach. Niemniej, mam wrażenie, że wydaje mu się, że dzieła powinny się wpasowywać w jakiś wzór który ma w głowie, być może jest piewcą jakiegoś swojego własnego „stylu zerowego”. To irytująca przypadłość, na którą cierpią np goście świeżo po jakiejś edukacji filmowej albo zjebani krytycy. To przeszkadza w „kochaniu kina”. W sumie dziwi mnie to, bo Daniel dużo widział, wciąga pojebany szajs, a nie tylko topy filmwebu więc dawno powinno mu już przejść.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.