Piekielny motel (1980). Smaki z rodzinnych stron

Życie na prowincji nie jest lekkie! Żyje się głównie z tego, czym ziemia obrodzi, a ta bywa czasami wyjątkowo kapryśna. Wie o tym bardzo dobrze Vincent. Za dnia właściciel prowincjonalnego motelu Hell(o), po godzinach farmer, uprawiający wraz z siostrą Idą, w swoim tajemniczym ogrodzie, grządki z ludzi, których po zabiciu przerabia na… wyjątkowo uwielbiane w okolicy kiełbaski!

Nieświadomi przejezdni, goście motelu szukający odrobiny relaksu – wszyscy są na celowniku Vincenta i Idy, kontynuujących rodzinny biznes pod okiem nie mającego o niczym pojęcia brata, który jest również… szeryfem. Obrotni farmerzy przyrządzają smakowite przysmaki z ludzi, nie tyle po to, aby zaspokoić wymagające podniebienia swoich klientów, co głównie w celu świadomej depopulacji ludności. Proekologiczna rodzina kanibalistycznych morderców z amerykańskiego południa? Kino hixploitation w najbardziej smakowitej formie!

Kevin Connor nakręcił swój film w 1980 roku, który z jednej strony wciąż pamiętał krwawe i bezkompromisowe filmy pokroju Teksańskiej masakry piłą mechaniczną (1974), z drugiej zaś odczuwał na karku powiew slasherowej świeżości, niosącej przekonanie, że zabijanie amerykańskich turystów może być też całkiem niezłą zabawą. Zarówno dla widzów, jak i twórców, którzy zaczęli dostrzegać, że z nawet (dotychczas) ponurych historii o podróżnych i ich tragicznych losach można wysmażyć soczyste komedie.

Taki też los spotkał Piekielny motel – film, który mimo na pierwszy rzut oka makabrycznej historii nie jest wcale tak brutalny, jak obrazy, do których nawiązuje. Chociaż tytułowy przybytek wygląda jakby był zlokalizowany gdzieś pomiędzy miasteczkiem Pleasent Valley (Dwa tysiące maniaków z 1964), a domostwem Hewittów, to sami jego właściciele są prostymi, wesołymi, uśmiechniętymi i wyjątkowo zaradnymi kanibalami. Marzą jedynie o kontynuowaniu rodzinnego biznesu, zaspokajaniu potrzeb konsumentów i dbaniu o wartościowy przyrost populacji. Wszak nie od dziś wiadomo, że za dużo mętów kręci się po świecie!

W przeciwieństwie do swoich mocno zdegenerowanych poprzedników, antybohaterowie mogą wzbudzać sympatię swoimi eleganckimi manierami, przez co trudno się dziwić, że przejezdni i goście z taką łatwością wpadają w ich sidła, a jedna z niedoszłych ofiar zamierza układać sobie życie u ich boku. Konkretnie u boku Vincenta, którego planuje poślubić! Brat pomysłowych kanibali, Steve, to z kolei dość nieporadny szeryf, który bardziej chce, niż rzeczywiście robi, a tak w ogóle to nie widzi nic złego w grzebaniu ofiary wypadku motocyklowego w na szybko zaimprowizowanym grobie, bez dochodzenia czy też autopsji. Nie mówiąc już o tym, że przez kilkanaście lat nie zdążył się domyślić, co jego szalone rodzeństwo kryje w przydomowym ogrodzie.

Kevin Connor wyraźnie sięga po mroczne historie z amerykańskiego południa, czy to umiejscowieniem historii, czy typem postaci, ale tylko po to, by finalnie przefiltrować to wszystko przez satyryczny dryg. Dzięki temu konstrukcja Piekielnego motelu bliższa jest kampowemu szaleństwu, niż ponurej rzeczywistości znanej chociażby z kultowej Teksańskiej masakry. Co ciekawe, w podobnym kierunku zdecydował się pójść sam Tobe Hooper, kręcąc pełną absurdalnego humoru Teksańską masakrę piłą mechaniczną 2 (1986), po premierze której część fanów bliska była znienawidzeniu reżysera, oskarżając go o dekonstruowanie własnej legendy.

Tymczasem w Piekielnym motelu rządzi nie tylko mocno czarny humor, ale i znakomita scenografia. Skwer, na którym „sadzeni” są ludzie tuż przed przerobieniem na kiełbaski, rzeczywiście wygląda jak pełen tajemnic magiczny ogród, z kolei sam tytułowy przybytek, niby nie zapowiada niczego dobrego, ale z drugiej strony wygląda szalenie przytulnie. Jeżeli dodamy do tego jeszcze takie sceny, jak chociażby walka postaci uzbrojonych w piły mechaniczne (jedna z nich nosi dodatkowo maskę świni), czy niedoszłe ofiary, które po wygrzebaniu się z ziemi przywodzą na myśl zombie, otrzymamy film, który zręcznie żongluje cytatami i estetykami różnych gatunków, będąc nie tyle ich parodią, co mieszającą je nową jakością.

Piekielny motel stawia przede wszystkim na przegięty i absurdalny wdzięk. O szczególnie dobre humory widzów dba przede wszystkim Rory Calhoun, który brawurowo wcielił się w postać farmera Vincenta. Elegancki zaczes, mocna opalenizna i zawadiacki uśmiech zbliżają go bardziej do wyglądu modela w gaciach na szelkach i flaneli niż klasycznego rednecka – ta rola z kolei przypadła w udziale Nancy Parsons, czyli jego ekranowej siostrzyczce. Kanibalistyczne zapędy Vincenta, brawurowe manipulowanie nieświadomymi ofiarami, pchają materiał filmowy w tak nieprawdopodobne kierunki, ze historia o przerabianiu ludzi na kiełbaski działa jak klasyczna satyra. Wszystko to zmierza do punktu kulminacyjnego – wyznania umierającego farmera o haniebnej tajemnicy, którą ukrywał przez lata, a która to może być idealnym podsumowaniem przewrotnego humoru całej historii.

 

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.