Nosferatu w Wenecji (1988), czyli filmowa wieża Babel

Nakręćmy sobie film

Istnieją projekty filmowe z góry skazane na niepowodzenie. A kiedy ma się tworzyć sequel do filmu o tak żelaznym statusie, jak Nosferatu Wampir (1979) Wernera Herzoga, to o potknięcie nietrudno. Czasem twórcy są gotowi podjąć ryzyko, postawić na własne, oryginalne podejście do tematu i skutkuje to perełkami pokroju Psychozy II (1983), a czasem, pod wpływem różnych czynników, kompletnie się gubią i wydają na świat potworności podobne do Nieśmiertelnego II (1991). Niemniej fakt, że sequel jest niepotrzebny, a ktoś chce po prostu zarobić na znanej marce, niekoniecznie musi oznaczać, że dostaniemy po głowie paździerzem.

Odpowiedzialni za Nosferatu w Wenecji (Nosferatu a Venezia) filmowcy nie planowali nakręcenia kuriozum, jednak z powodu zakulisowych zawirowań, nierentownego gospodarowania budżetem i kaprysów jednego aktora, dostarczyli swoisty wyjątek od reguły, że największe arcydzieła powstają w największych bólach.

W 1985 roku włoski producent Carlo Alberto Alfieri wpadł na pomysł nakręcenia sequelu wspomnianego dzieła Herzoga. Początkowo wszystko szło gładko. Udało się podpisać kontrakt z Klausem Kinskim, by ten jeszcze raz wcielił się w rolę tytułowego wampira, a pieczę nad projektem i stanowisko producenta powierzono Augusto Caminitiemu. Alfieri został wówczas producentem wykonawczym i zajmował się rozporządzaniem budżetem zgromadzonym przez Caminitiego. Reżyserem mianowano Maurizio Lucidi’ego i jeszcze w czasie preprodukcji kazano mu wyjechać do Wenecji i nakręcić kilka ujęć ukazujących wenecki karnawał, które miały zostać użyte w filmie.

I słuch o Nosferatu w Wenecji zaginął na przeszło rok. Projekt wydawał się porzucony i prawdopodobnie nikt już nie zawracałby sobie nim głowy, ale upomniała się o niego łożąca nań sieć telewizyjna. Caminiti doszedł wówczas do wniosku, że ma w rękach materiał na sukces. Nie tylko podwoił budżet, ale także zatrudnił innego reżysera – twórcę „z wielkim nazwiskiem”, popularnego wówczas we Włoszech Pasquale’a Squitieriego. Natomiast zatrudniony na początku Lucidi został odprawiony z pełnym wynagrodzeniem za pracę, której tak naprawdę nie wykonał.

Squitierie zmienił koncepcję filmu, a także gruntownie przepisał scenariusz, mając w planach nakręcenie dzieła spektakularnego. Może nawet zbyt spektakularnego. Przy środkach pieniężnych oferowanych przez Caminiti’ego pomysły nowego reżysera były niemożliwe do zrealizowania. Negocjacje co do ewentualnych zmian w scenariuszu zakończyły się niepowodzeniem i Caminiti był zmuszony zerwać kontrakt, a co za tym idzie, zapłacić Squitieriemu olbrzymie pieniądze.

Ponieważ czas naglił, a środki pieniężne znikały w zawrotnym tempie, Caminiti postanowił postawić nie na artystę-wizjonera, tylko na doświadczonego rzemieślnika potrafiącego pracować szybko i za grosze. Takim człowiekiem był Mario Caiano, mający na koncie sporo obrazów reprezentujących włoską pulpę, od filmów peplum, przez spaghetti westerny, po gialli. Na początek nowy reżyser zajął się szukaniem lokacji do kręcenia. Caminiti zaś przepisywał scenariusz i na bieżąco wysyłał Caiano gotowe fragmenty. Problem polegał jednak na tym, że producent-scenarzysta miał tendencję do zmieniania po kilka razy scen, które zostały już nakręcone.

Kinski – gwóźdź do trumny

Ciągłe zmiany reżyserów, niezdecydowanie producenta i scenarzysty, kręcenie tych samych scen po kilka razy – to wszystko było niczym w porównaniu z kataklizmem, który miał dopiero nastąpić. Pojawienie się Klausa Kinskiego na planie postawiło całą produkcję na głowie i nie będzie nadużyciem, jeśli napiszę, że pogrzebał on wszelkie szanse na jakiekolwiek powodzenie filmu. Zaczęło się od tego, że odmówił on spędzania godzin w charakteryzatorni w celu upodobnienia się do swojej kreacji z filmu Herzoga. W rezultacie make-up aktora został ograniczony do i tak sporadycznie ukazujących się długich przednich zębów, a wenecki Nosferatu, poza aparycją Kinskiego, nie miał już nic wspólnego ze swoim odpowiednikiem w postaci Hrabiego Draculi/Grafa Orlocka. A to był tylko początek…

Każdy, kto z nim pracował mówił, że Kinski bywał bardzo trudnym współpracownikiem – często kapryśnym i wybuchowym. Już podczas pierwszego dnia na planie rzucił w reżysera lusterkiem do charakteryzacji, a następnie zwyzywał go od kretynów, idiotów i gównianych reżyserów. Blady ze złości Caiano poszedł na skargę do Afieriego, ten z kolei – również blady, ale ze strachu – usłyszał od Kinskiego, że albo Caiano przestaje być reżyserem, albo on wyjeżdża z Włoch.

Obowiązki reżysera przejął na dokładnie jeden dzień Luigi Cozzi, kolejny weteran makaroniarskiej pulpy, choć młodszy, dziś kojarzony głównie z kultową hybrydą horroru, sci-fi i kina szpiegowskiego pt. Contamination (1980). Udało mu się dokończyć planowane na tenże dzień zdjęcia, a nawet nakłonił Kinskiego do współpracy. Caiano został oczywiście zwolniony – odprawiono go, ponownie, z pełnym wynagrodzeniem, a wszystko po to, by nie pisnął prasie ani słowa o zakulisowej gehennie. Tym sposobem łącznie już trzech reżyserów zostało opłaconych, a żaden z nich nie wykonał nawet połowy swojej pracy. O zatrudnieniu czwartego nie było mowy, więc Caminiti postanowił samemu przejąć obowiązki reżysera. Był tylko jeden mały problem – nie miał o nich zielonego pojęcia. Poprosił więc Cozziego, aby został jego doradcą.

Odejście Caiano nie przyniosło jednak żadnej stabilizacji. Kolejne fanaberie Kinskiego z każdym dniem coraz bardziej wykańczały produkcję. Ten bowiem albo cały czas zmieniał swoje ustawienie podczas scen, doprowadzając tym samym oświetleniowców do szewskiej pasji, albo wymuszał zmiany w scenariuszu, albo odmawiał kręcenia dubli. Innym razem zabierał ekipę filmową ze sobą w celu kręcenia scen, których nawet nie było w scenariuszu, a mianowicie – po prostu do kręcenia jego spacerującego po Wenecji, co zaowocowało 10 godzinami niepotrzebnego materiału. Zmusił także producentów do zwolnienia aktorki Amandy Sandrelli (ona też dostała pełne wynagrodzenie) na rzecz niejakiej Anne Knecht. Pani, będąca dziewczyną jednego z aktorów i nie mająca jakiegokolwiek doświadczenia, otrzymała rolę kobiety, w której zakochany był wampir. Podczas kręcenia scen z Kinskim została przez niego pobita i niemal zgwałcona. Kinski mógł jednak sobie pozwolić na to wszystko, wszak był najważniejszym elementem całego filmu.  Bezustannie szantażował ekipę swoim wyjazdem z Włoch. Uspokoił się dopiero, kiedy ci w ramach protestu nie przyszli na plan.

Minęło sześć tygodni okresu zdjęciowego, a nagrana została dopiero połowa planowanych scen. Caminiti podjął wówczas drastyczna decyzję – przerwać zdjęcia, a film poskładać z tego, co mają. Montaż zajął dwa lata. Po produkcyjnym piekle i wyrzuceniu w błoto fortuny, Nosferatu w Wenecji trafił do kin w 1988 roku… i przepadł. Dziś posiada status pozycji kultowej, ale głównie za sprawą stojącej za nim zakulisowej historii.

Jak domek z kart

Nietrudno się domyślić, jak Nosferatu w Wenecji prezentuje się jako film. Jest poszatkowany, pełen błędów montażowych i miernego aktorstwa. Przez pierwsze 30 minut stanowi jednak całkiem przyjemną trashową ramotkę. Można w nim docenić stronę wizualną. Operator Tonino Nardi zadbał o jak najlepsze sfotografowanie ciasnych, zamglonych uliczek Wenecji i pokrytych pajęczynami krypt. Również kolorowe kostiumy podczas scen ukazujących karnawał cieszą oczy i miejscami widz może wręcz zapomnieć, że akcja filmu dzieje się we współczesności. Trudno jest wyrzucić z głowy soundtrack, przy okazji którego Luigi Ceccarelli postanowił postawić na klimatyczne syntezatory, a także wykorzystał fragmenty utworów Vangelisa pochodzących z albumu The Mask z 1985 roku. Do tego można też nacieszyć oczy bezpardonowym gore i solidną dawką nagości.

Fabuła obraca się wokół zamożnego rodu Caninsów, którego przodkowie byli zaangażowani w tajemnicze wydarzenia sprzed trzech wieków, kiedy to zaraza nawiedziła Wenecję, a wraz z nią Nosferatu. Chcąc dociec prawdy o swojej rodzinie, a także odkryć do kogo należy zapieczętowany grób w piwnicach rodzinnego domu, córka Hrabiny Canins (Maria Cumani Quasimodo) Helietta (Barbara De Rossi) prosi o pomoc brytyjskiego uczonego – profesora Catalano (Christopher Plummer), od lat badającego legendy związane z Nosferatu. Domownicy decydują się na odprawienie seansu spirytystycznego, tym samym budząc wampira z trwającego stulecia snu…

Z chwilą przybycia Nosferatu do Wenecji wszystko sypie się jak domek z kart. Sens ulatuje ze scenariusza z każdą minutą, niedomówienia się piętrzą, dramaturgia zanika. Sceny zdają się urywać, niektóre – jak pościg za nieznajomą dziewczyną – zdają się być tylko zapychaczami, a montaż napotyka różne błędy w ciągłości, jak zmieniająca się jasność nieba w sekwencjach dziejących się, w domyśle, wczesnym rankiem. Bohaterowie okazują się być bandą niekompetentnych idiotów. Profesor Catalano podczas swojej konfrontacji z wampirem przez większość czasu stoi i nic nie robi, a gdy ponosi klęskę, postanawia spakować swoje walizki i wygłosić przemówienie o tym, że człowiek nie może się jednak oprzeć złym mocom. Potem widzimy go stojącego na mostku okrytym mgłą, słyszymy jak jego bagaż trafia do wody i… więcej już go nie widzimy.

Wśród pozytywnych bohaterów znajdziemy także dra Barnevala (Yorgo Voyagis), który postanawia rzucać się na wampira ze strzelbą, oraz ojca Alvise (Donald Pleasance), czyli tchórzliwego, jednowymiarowego duchownego, którego jedynym zadaniem jest rzucanie kwestii typu „Seanse spirytystyczne nie są pochwalane przez kościół” albo „Łacina to język Boga i nie powinien być używany przez sługi Szatana”.

Po drugiej stronie barykady znajduje się grany przez Kinskiego Nosferatu, który jest już znacznie ciekawszy, przynajmniej na papierze. Twórcy postanowili uczynić go praktycznie niezniszczalnym – światło słoneczne nic mu nie robi, a krzyże także nie robią na nim wrażenia. Taki wizerunek bestii, której nie da się zabić, a która chciałaby umrzeć, byłby świeżym i interesującym podejściem do tematu wampira, gdyby zostało zrealizowane poprawnie. Żadne z przymiotów Nosferatu z filmu Herzoga nie są tutaj obecne, a Kinski swoją grą aktorską wcale nie ułatwia sprawy. Oglądając go na ekranie nie widzimy wampira – postaci tragicznej i przerażającej jednocześnie – widzimy po prostu Klausa Kinskiego, zboczonego, zadufanego w sobie dziada, który czeka na moment, żeby obmacać przed kamerą kolejną roznegliżowaną aktorkę.

W ogólnym rozrachunku widać w Nosferatu w Wenecji potencjał na przynajmniej solidnego przedstawiciela kina „gorszego sortu”, jednak jest to film najzwyczajniej w świecie niedokończony. Choć posada w sobie wartościowe elementy, jego konstrukcja fabularna wprost rozpada się z każdą kolejną sceną. Można w jego seansie znaleźć guilty pleasure, a można traktować go jako osobliwą ciekawostkę – zły film z historią zakulisową ciekawszą od niego samego.

Źródła:

„Italian Horror Movies” Luigi Cozzi & Antonio Tentori, tłum. Kuba Haczek, The Blog That Screamed

Nosferatu in Venice (1988), Internet Movie Database

Michał Mazgaj

Student filologii polskiej, znerwicowany pisarz poeta grafoman, wielbiciel starego kina w każdym wydaniu i nisz, o których mało kto słyszał.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.