Muza (2017). Wcale nie taka inspirująca…

Choć kilka momentów nowego filmu Jaume’a Balagueró, twórcy przebojowego [REC] (2007), może przypominać rasowy horror, produkcja stanowi raczej coś między thrillerem a fantasy. I wszyscy ci, którzy spodziewali się kolejnego filmu grozy sensu stricto będą mocno zawiedzeni, gdyż dokonanie Balagueró ponosi na tej płaszczyźnie sromotną porażkę. Na całe szczęście, ma on jednak co nieco do zaoferowania.

Historia kręci się wokół tytułowych Muz, nieśmiertelnych istot posiadających paranormalne moce. Ich los skrzyżuje się z Samuelem Salomonem (Elliot Cowan), cierpiącym po stracie dziewczyny i nawiedzanym przez powracający koszmar profesorem literatury. To właśnie tajemnicza dziewczyna ze snu nie daje głównemu bohaterowi spokoju, więc ten postanawia za wszelką cenę odkryć jej tożsamość.

Już sam początek stanowi całkiem niezłe trzęsienie ziemi, kiedy to ekran zalewa dosłownie wanna niespodziewanej przez nikogo krwi. Następnie film mocno zwalnia tempo, skupiając się na mozolnym śledztwie i stopniowym odkrywaniu kart całej intrygi. I rozwinięcie akcji jest tutaj poprowadzone wyjątkowo nieintuicyjnie, a sama historia z biegiem czasu zaczyna zwyczajnie nudzić.

Przebrnięciu przez początkowe pokłady nudy pomagają jednak wstawki mające na celu podnieść ciśnienie widza. Wydaje się, że właśnie wtedy ręka reżysera działa najpewniej! Doświadczony w gatunku Balagueró wie, jak wycisnąć grozę i napięcie nawet z najprostszej scenki. Eksploracja opuszczonego domostwa czy wizyta w mieszkaniu głównego bohatera jednej z Muz potrafi naprawdę zjeżyć włos na karku.

Druga połowa nieco popuszcza hamulce dając nam w końcu więcej mitycznych istot, by w finale dać się ponieść typowo horrorowym tropom. Sam pomysł przeszczepienia antycznej mitologii na grunt współczesnej Wielkiej Brytanii jest naprawdę interesujący. Szkoda jednak, że Muza zupełnie nie interesuje się swoimi (anty)bohaterkami kręcąc się tylko i wyłącznie wokół sztampowego profesora.

Ale sam film to wciąż kawał naprawdę solidnej, rzemieślniczej roboty! Zdjęcia autorstwa Pablo Rosso – odpowiedzialnego również za wszystkie części [REC] – naprawdę plastycznie oddają posępny klimat deszczowej Brytanii. I nieważne czy kamera właśnie przemyka się ciasnymi wnętrzami typowych mieszkań, czy z lotu ptaka portretuje nam malownicze w swej surowości wybrzeże.

Pochwalić należy również aktorów, zwłaszcza Samuela Salomona oraz jego ekranową partnerkę, Anę Ularu. Ten pierwszy dwoi się i troi, by uczynić swojego papierowego bohatera możliwie jak najciekawszym, ta druga znakomicie gra ukrytego w ludzkiej skórze potwora. I co dziwne, między tą dwójką czuć naprawdę chemię! Warto odnotować, że na drugim panie zobaczymy również zapomnianą gwiazdę Powrotu do przyszłości (1985) Christophera Lloyda.

Muza cierpi najbardziej na tym, że jest adaptacją powieści. By wyciągnąć z produkcji więcej, po kilku pokazach festiwalowych i kinowej premierze w Hiszpanii, twórcy przewidzieli szybką ekspansję na rynek VOD; zresztą sama czołówka filmu na wskroś przypomina intro jakiegoś netflixowego serialu. Stąd też łapiemy się na ciągłym poczuciu „wybrakowania” opowieści. Ale z drugiej strony, historia wciąż ma sens, po prostu niektóre wątki są bardzo powierzchowne.

Film Balagueró kierowany jest głównie do tych, którzy lubią główkować i bawić się w kanapowego detektywa. Pojawiająca się na początku nawałnica pytań znajduje w końcu swoje rozwiązanie. Czy satysfakcjonujące? Film przynosi pewną frajdę, jednak może wyparować z waszej głowy zanim jeszcze zdążycie nacisnąć przycisk na pilocie.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.