Mniej znana klasyka grozy ze studia Universal (część II)

Wytwórnia Universal Pictures na przestrzeni lat 30. i 40 stworzyła naprawdę obszerny katalog horrorów, filmów science-fiction i dreszczowców, spośród których prym wiodły produkcje o potworach, takie jak wszystkim znane dziś Dracula (1931), Frankenstein (1931), Niewidzialny człowiek (1933), Mumia (1932) i inne. Ów katalog obfituje jednak w znacznie więcej godnych polecenia produkcji, które mam zamiar w niniejszym zestawieniu przybliżyć każdemu miłośnikowi szalonych naukowców, duchów i gotyckich zamczysk. Zamierzam zawrzeć w nim także filmy nakręcone przez Paramount Pictures, do których Universal ma prawa i które niejednokrotnie uwzględniał w różnych kolekcjach horrorów na kasetach VHS czy płytach DVD.

1933 – Murders in the Zoo, reż. A. Edward Sutherland

W roku 1958 Paramount sprzedało Universalowi ponad 700 swoich tytułów w celu ich telewizyjnej dystrybucji. Od tamtej pory Universal zdobył do nich pełne prawa i wielokrotnie wydawał je w ramach różnych swoich kolekcji grozy czy to na kasetach VHS czy płytach DVD. Murders in the Zoo jest jednym z tych filmów, w dodatku występuje w nim jeden ze stałych bywalców produkcji tejże wytwórni Lionel Atwill. Wciela się on w zoologa Erica Gormana zaopatrującego jedno z amerykańskich zoo w nowe okazji. Jest także chorobliwie zazdrosny o swoją żonę Evelyn (Kathleen Burke) i gdy tylko ktoś wykona wobec niej choć jeden niewłaściwy ruch, czeka go śmierć. Swoją ostatnią ofiarę, Rogera Hewitta (John Lodge) zabija jadem zielonej mamby – nowo schwytanego, niezwykle jadowitego węża. Sprawą interesować zacznie się inny zoolog Jack Woodford (Randolph Scott) jednak i on znajdzie się na celowniku szaleńca.

Murders in the Zoo jest zwięzłym, ale przy tym dość odważnym, jak na swoje czasy filmem, jeszcze sprzed czasów kodeksu Hayesa. Wyróżnia go przede wszystkim miejsce akcji – zoo wypełnione mnóstwem przeróżnych zwierząt, od węży, przez lwy, tygrysy, a na niedźwiedziach kończąc; wszystko to robi o tyle większe wrażenie, że nie wykorzystano w filmie stock footage (w każdym razie ja nie doszukałem się żadnej sceny, która by na takowe wyglądała), a zarządzanie tak dużą liczbą dzikich zwierząt musiało być niemałym wyzwaniem. Drugim powodem, aby obejrzeć film Sutherlanda jest jego brutalność. Film w zanadrzu ma trzy takie sceny, z czego jedna przedstawia mężczyznę, któremu Gorman zaszył (!) usta. Pozostałe dwie to pożarcie przez krokodyle i całkiem realistyczne duszenie przez wielkiego węża. Wisienką na torcie jest kreacja Lionela Atwilla, który tym filmem pokazał, że ma w sobie tyle samo charyzmy, co Lugosi i Karloff i śmiało mógłby zająć miejsce między nimi. Gra on bezwzględnego, demonicznego szaleńca, który potrafi w jednej scenie być czarujący, w innej szaleńczo się uśmiechać, w jeszcze innej mordować z zimną krwią. I aż szkoda, że w filmach Universala i innych wytwórni powierzano mu przeważnie drugoplanowe role lub takie, które najzwyczajniej w świecie marnowały jego talent.

1940 – The House of the Seven Gables, reż. Joe May

Tym razem nie mamy do czynienia z horrorem sensu stricto, a raczej z gotyckim filmem kostiumowym, którego akcja dzieje się w XIX wieku. Jaffrey Pyncheon (George Sanders) wraca do rodzinnego domu zafascynowany legendarnym skarbem, który mieli pozostawić sobie jego przodkowie. Szybko odkrywa, że jego młodszy brat Clifford (Vincent Price) chcący odciąć się od mrocznej historii swojej rodziny zamierza domostwo sprzedać. Obaj bracia starają się więc przekonać do swoich racji starego ojca (Gilbert Emery), który w kwestii gospodarowania majątkiem ma ostatnie zdanie. Ten niestety umiera nagłą śmiercią, a widząc w tym szansę na pozbycie się rywala, Jaffrey oskarża Clifforda o morderstwo i skazuje na wiele lat więzienia. Na tym jednak jego problemy się nie kończą, okazuje się bowiem, że staruszek Pyncheon cały majątek zapisał Cliffordowi i jego narzeczonej Hepzibah (Margaret Lindsay), co skutkuje tym, że ta druga w ramach zemsty wyrzuca Jaffreya z domu i każe mu nigdy więcej nie wracać. Lata mijają, a zamknięty w więzieniu Clifford obmyśla plan zemsty na wyrodnym bracie, w którym istotną rolę mają odegrać klątwa wisząca na rodzinie Pyncheonów oraz poznany w areszcie walczący o zniesienie niewolnictwa Matthew Maule (Dick Foran).

Film powstał na podstawie prozy romantycznego pisarza Nathaniela Hawtorne’a i znaleźć w nim można liczne, znane chociażby z twórczości Edgara Allana Poe, motywy – stare domostwo, mroczna historia rodzinna zwieńczona klątwą i zatarg kończący się tragedią. Prym wiedzie tu aktorstwo, w szczególności Vincenta Price’a i George’a Sandersa, który równie fenomenalnie wcielił się w postać lorda Henry’ego Wattona w adaptacji Portretu Doriana Graya (1945). Fabularnie mamy do czynienia z dziełem należycie mrocznym i pesymistycznym – po skazaniu Clifforda, Hepzibah staje się zdystansowaną, zimną kobietą i pozwala domostwu popaść w ruinę; powracający z więzienia Clifford również wygląda na wynędzniałego. A ponieważ wszystko to dzieje się na przestrzeni wielu lat, potrzebna była charakteryzacja, która by w sposób wiarygodny aktorów postarzała i z tego film wywiązuje się bardzo dobrze. Naprzykrzać widzowi może się konstrukcja opowieści. Pierwsza połowa jest dość intensywna za sprawą wątku zatargu dwóch braci, w dodatku wszystko odegrane przez prawdziwych tytanów aktorstwa. Później jednak tempo mocno zwalnia; śledzimy poczynania Hepzibah, która finalnie postanawia brać pod swoje skrzydła lokatorów, zobaczymy co nieco z aktywności Matthew Maule’a jako obrońcy niewolników, jednak oglądając to odnosimy wrażenie, że film dość mocno odsuwa się od głównej intrygi, a fakt, że zarówno Price, jak i Sanders niemal zupełnie znikają z ekranu tylko to wrażenie potęguje. Niemniej jednak The House of the Seven Gables powinien usatysfakcjonować każdego miłośnika gotyckich historii, a w szczególności fanów Vincenta Price’a.

1940 – Black Friday, reż. Arthur Lubin

George Kingsley (Stanley Ridges) jest profesorem literatury i spokojnym, ciepłym człowiekiem. Pewnego dnia zostaje śmiertelnie ranny w wypadku samochodowym wynikłym z gangsterskich porachunków. Życie Kingsleya ratuje jego przyjaciel, chirurg Ernest Sovac (Boris Karloff) przeszczepiając mu fragmenty mózgu zabitego w wypadku gangstera Reda Cannona. Z artykułu w gazecie Sovak dowiaduje się, że denat zostawił po sobie ukrytą niemałą sumę pieniędzy; chcąc je zdobyć postanawia przeprowadzić eksperyment – czy w wyniku przeszczepu Kingsley posiadł cudze wspomnienia? Wyjeżdżają do Nowego Jorku, gdzie sprawy przybierają niecodzienny obrót, bowiem ciało Kingsleya jest teraz zamieszkiwane przez dwie osobowości. Co gorsza, ta druga chce zemścić się na swoich kolegach z gangu.

Black Friday to szalona kombinacja motywów – historia zbliżona do Jekylla i Hyde’a, transplantacje mózgu i gangsterskie porachunki. Wszystko to nie tylko zostało rozegrane z powagą bez ani grama campu, ale jeszcze poskutkowało całkiem dobrym kryminałem i dreszczowcem w jednym. Sovac ma podwójną obsesję – na punkcie pieniędzy oraz nowego naukowego odkrycia; przeszczepiony mózg może żyć w obcym ciele, w dodatku do tego wszystkiego wykorzystuje swojego najlepszego przyjaciela. Obok tej pokręconej fabuły największym atutem Black Friday jest aktorstwo – Boris Karloff jako szalony naukowiec i Bela Lugosi w (niestety) małej roli szefa szajki. Jednak to nie oni świecą najjaśniej na ekranie, a Stanley Ridges w podwójnej roli. Wciela się on w dwa zupełnie różne od siebie charaktery – spokojnego, oczytanego profesora i mściwego rzezimieszka. Różnice w zachowaniu są znaczące, angielszczyzna, którą posługują się obie te „osobowości”, również jest diametralnie różna i Ridgesowi udaje się być zarówno groźnym i demonicznym, jak i łagodnym i sympatycznym. Black Friday to zdecydowanie jeden z najbardziej oryginalnych i najlepszych dreszczowców, jaki w swojej stajni ma Universal. Dla fanów Lugosiego i Karloffa powinien być pozycją obowiązkową, nawet jeśli żaden z nich nie gra w nim pierwszych skrzypiec.

1940 – Dr. Cyclops, reż. Ernest B. Schoedsack

Jedna z wielu produkcji Paramount kupiona przez Universal, o tyle szczególna, że nakręcona w kolorze, w dodatku przez twórcę, który w 1933 roku dał kinematografii King Konga. Doktor Thorkel (Albert Dekker) przeprowadza w peruwiańskiej dżungli pewien eksperyment, jednak z powodu pogarszającego się wzroku zmuszony jest prosić o pomoc. Na miejsce przybywa doktor Bulfinch (Charles Halton) wraz ze swoimi pomocnikami i rozwiązują drobny problem – znalezienie pod mikroskopem śladów pewnej substancji, przez którą eksperyment kończył się dotychczas niepowodzeniem. Nie mając już więcej pożytku z wszelkiej asysty, Thorkel wyprasza wszystkich ze swojego obozu. Zbulwersowani badacze postanawiają na własną rękę dowiedzieć się, nad czym pracuje ich kolega po fachu i zostają… zmniejszeni. Efekt nie jest jednak trwały, więc Thorkel natychmiast planuje wszystkich zabić, zanim ci odzyskają swój oryginalny rozmiar i położą kres jego eksperymentom.

Dr. Cyclops to teoretycznie dość typowa historia o szalonym naukowcu, jednak fabuła jest tu tak naprawdę pretekstem do wizualnie zjawiskowego kina przygodowego. Trzeba filmowcom lat 40-stych oddać, że gdy tylko kolorowa taśma trafiała w ich ręce, wyciskali z niej wszystko. Kolory bowiem są mocne i żywe, a niejeden kadr wprost prosi się o to, by się nad nim zatrzymać i zachwycać nim, jak osobnym dziełem. Tutaj dodatkowo w ruch idą efekty specjalne, nawet dziś robiące niemałe wrażenie swoją skalą i rozmachem. Ponieważ przez większość czasu bohaterowie są karłami, scenografie musiały zostać odpowiednio powiększone, a w kolejnych scenach Schoedsack w pomysłowy sposób wykorzystuje perspektywę, green-screen i gigantyczną animatroniczną rękę. Dr. Cyclops, choć fabularnie jest dość banalny, niemal w każdej scenie jest w stanie zaskoczyć widza, który będzie zachodzić w głowę, jakimi technicznymi cudami (nawet jeśli mają one już 80 lat) zadziwi nas reżyser w następnej scenie.

1941 – The Black Cat, reż. Albert S. Rogell

Nie mylić z filmem Edgara J. Ulmera z 1934 roku. Nie ma on też nic wspólnego z Edgarem Allanem Poe, mimo że nazwisko autora wymienione zostaje w napisach początkowych. The Black Cat nie jest horrorem, lecz komedią, w dodatku fabularnie do złudzenia przypominającą wspomnianego w poprzedniej części tego zestawienia The Cat and the Canary (1939). Rzecz dzieje się w rezydencji pewnej ekscentrycznej miłośniczki kotów Henrietty Winslow (Cecilia Loftus). Staruszka na złość swoim łasym na jej majątek krewnym pokonuje dzielnie wszystkie grożące życiu choroby. Po przeczytaniu swojego testamentu jednak zostaje zamordowana. Czego domownicy nie wiedzieli, Henrietta zastrzegła, że w przypadku jej przedwczesnej śmierci wszystko przekazane zostaje w ręce pokojówki Abigail (Gale Sondergaard).

Fakt, że mamy tu do czynienia z komedią może być rozczarowujący, biorąc pod uwagę, że humor w nim potrafi być dość przerysowany i naiwny, jednak zostaje sprzedany przez plejadę świetnych aktorów jak Basil Rathbone czy Bela Lugosi w jednej z mniejszych ról. Warto też nadmienić, że Gale Sondergaard, podobnie jak w The Cat and the Canary, wciela się tu w demoniczną dozorczynię. Show kradnie jednak Broderick Crawford w roli sprzedawcy nieruchomości Huberta Smitha, udaje mu się bowiem połączyć zaradność i zdrowy rozsądek z różnymi komediowymi akcentami, co jest bardzo odświeżające. Zazwyczaj w tego typu filmach protagonistą jest ktoś poważny, kto zajmuje się rozwiązaniem zagadki, a przeciwwaga dla niego jest jakaś niezdara, której zadaniem jest dostarczanie komedii. Mimo wszechobecnego mroku (oświetlenie i zarysowanie cieni to mały majstersztyk) i kilku bardziej intensywnych momentów, jest to produkcja o lekkim duchu. Przez większość czasu może wydawać się odtwórcza, ale ma w zanadrzu całkiem zaskakujące zakończenie. Niczego tu nie brakuje – za oknami burza, po rezydencji grasuje morderca, każdy jest podejrzany, na każdym kroku znaleźć można sekretne przejście – historia mimo korzystania z utartych schematów angażuje, a aktorzy perfekcyjnie sprzedają zarówno te poważne, jak i komediowe momenty.

1944 – The Climax, reż. George Waggner

Początkowo miał to być sequel do nakręconego rok wcześniej remake’u Upiora w operze z Claudem Rainsem, jednak z nieznanych przyczyn plany te porzucono. Podobnie jak wspomniana produkcja, The Climax został nakręcony w kolorze, a także zapożyczył sobie wykorzystane w niej scenografie (które swoją drogą wzniesione zostały na potrzeby niemego Upiora w operze (1925) z Lonem Chaneyem i stoją w siedzibie Universal po dziś dzień). Rzecz opowiada o lekarzu – Friedrichu Hohnerze (Boris Karloff), który przed dziesięciu laty z chorobliwej zazdrości zamordował swoją narzeczoną Marcellinę (June Vincent). Gdy słyszy głos śpiewaczki operowej Angeli Klatt (Susanna Foster), łudząco podobny do Marceliny, za pomocą hipnozy sprawia, że ta wychodząc na scenę nie jest w stanie wydusić z siebie ani słowa. Fabularnie zatem The Climax jest w gruncie rzeczy odwróceniem fabuły Upiora w operze – podczas gdy Eric uczył śpiewać Christine Dae i pomagał jej w rozwoju kariery, dr. Hohner pozbawia obiekt swojej obsesji daru śpiewu grzebiąc jej szanse na bycie gwiazdą.

Wspomniany remake Upiora w operze był produkcją dość rozczarowującą; choć miał w zanadrzu zniewalająco piękne zdjęcia i scenografie, pod względem intrygi, bohaterów i napięcia wypadał po prostu nijako, co gorsza Claude Raines zupełnie się w roli Upiora nie odnalazł. The Climax, mimo że jest o wiele bardziej zapomnianą produkcją, jest od rzeczonego filmu lepszy pod niemal każdym względem. Przede wszystkim otrzymujemy złoczyńcę zagranego przez stosownie demonicznego aktora, jakim był Boris Karloff, dla którego, nawiasem mówiąc, był to pierwszy występ w kolorze. Otrzymaliśmy także wyrazistego protagonistę, jakim jest Franz, ukochany Angeli, grany przez mocno niedocenianego aktora Turhana Beya. Bey grywał przeważnie role drugoplanowe lub czarne charaktery m.in. w The Mummy’s Tomb (1942) czy The Amazing Mr. X (1948), tutaj z kolei wciela się w troskliwego kochanka starającego się za wszelką cenę uwolnić ukochaną spod wpływu szalonego doktora. I choć sam wątek romansowy (podobnie zresztą jak w Upiorze…) jest podany w dość ckliwy sposób, sprzedany nam zostaje przez charyzmatycznego aktora o magnetycznej prezencji. A ponieważ zależy nam na tych bohaterach, a ich sytuacja przez długi czas wydaje się być beznadziejna, z tym większym zaangażowaniem śledzimy ich historię. The Climax można traktować jako niedoszły sequel Upiora… i są ku temu powody (wspomniany ckliwy romans czy identyczny humor), nie zmienia to jednak faktu, że jest filmem równie pięknym wizualnie, a przy tym znacznie bardziej wciągającym.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.