Mniej znana klasyka grozy ze studia Universal (część I)

Wytwórnia Universal Pictures na przestrzeni lat 30. i 40 stworzyła naprawdę obszerny katalog horrorów, filmów science-fiction i dreszczowców, spośród których prym wiodły produkcje o potworach, takie jak wszystkim znane dziś Dracula (1931), Frankenstein (1931), Niewidzialny człowiek (1933), Mumia (1932) i inne. Ów katalog obfituje jednak w znacznie więcej godnych polecenia produkcji, które mam zamiar w niniejszym zestawieniu przybliżyć każdemu miłośnikowi szalonych naukowców, duchów i gotyckich zamczysk. Zamierzam zawrzeć w nim także filmy nakręcone przez Paramount Pictures, do których Universal ma prawa i które niejednokrotnie uwzględniał w różnych kolekcjach horrorów na kasetach VHS czy płytach DVD.

1936 – The Invisible Ray, reż. Lambert Hillyer

Naukowiec Janos Ruth (Boris Karloff) dowodzi, że tysiące lat temu na Ziemię spadł meteoryt, który może być źródłem nowego pierwiastka chemicznego – radium X. Wraz z profesorami Felixem Benetem (Bela Lugosi) i Francisem Stevensem (Walter Kingsford) wyrusza na ekspedycję do Afryki. Odnajduje tam upragnioną substancję, nie wiedząc, że ma ona fatalne skutki uboczne – czyni wszystko radioaktywnym. Czegokolwiek Rukh się dotknie, umiera od nadmiaru promieniowania, a jego skóra zaczyna świecić w ciemności. Z pomocą Beneta wynajduje serum, które przynajmniej tymczasowo umożliwia mu normalne funkcjonowanie. Stopniowo jednak zaczyna popadać w szaleństwo, a gdy koledzy publikują jego odkrycia bez jego zgody, oskarża ich o kradzież i planuje zemstę.

The Invisible Ray to na pierwszy rzut oka kolejna opowieść o szalonym naukowcu, jednak w rzeczywistości prezentuje dość oryginalne podejście do tematu. Przede wszystkim pod względem atmosfery jest to film „o wielu smakach” – zaczyna się w wielkim gotyckim zamczysku, w którym Janos przeprowadza swoje eksperymenty, by przenieść się później do afrykańskiego buszu, co jest zwrotem w bardziej egzotyczne klimaty. Ostatnia część filmu ma miejsce w Paryżu i w tym momencie film staje się dreszczowcem. Sama historia szybko wyłamuje się z wszelkich klisz dzięki swojemu tragicznemu charakterowi. Poznajemy Janosa jako niedocenianego geniusza, który nareszcie na szansę dowieźć swoich racji, jednak gdy tylko to następuje, spada na niego nieszczęście odbierające mu rozum. Nie jest on ofiarą swoich chorych ambicji jak dr Frankenstein, ani nie jest potworem w takim rozumieniu, jak postacie odgrywane przez Karloffa i Lugosiego w różnych filmach klasy B lat 30. i 40. Stał się on mściwym mordercą wskutek wypadku, którego nie był w stanie przewidzieć. Oprócz tego, The Invisible Ray ma w zanadrzu całkiem imponujące jak na swoje czasy efekty specjalne, jak np. w scenie, w której Janos ściągając światło kosmiczne odtwarza trajektorię lotu meteorytu. Mamy tu zatem do czynienia z pomijanym, aczkolwiek wartościowym klasykiem science-fiction podchodzącym do swojego tematu w bardzo nieoczywisty sposób.

1939 – The Cat and the Canary, reż. Elliott Nugent

Powstały w koprodukcji z Paramount Pictures remake klasycznego filmu niemego Paula Leniego. The Cat and the Canary z 1927 roku w gruncie rzeczy zdefiniował rodzaj horroru spod znaku old dark house story; przedstawiony w nim schemat – grupa ludzi zamknięta w starym domostwie lub zamczysku starająca się odkryć, który z nich jest mordercą – już wtedy wykorzystywany był w kinie grozy dość często przez przeróżne niskobudżetowe produkcje. Pod względem fabuły i rozwoju intrygi remake Nugenta niczym nie różni się od niemego pierwowzoru; jedyne, co uległo zmianie, to imiona bohaterów. Ekscentryczny bogacz Cyrus Norman umiera, a na jego spadek czyhają chciwi krewni, którzy przez lata wmawiali mu szaleństwo. Swoją ostatnią wolę każe odczytać dopiero dwadzieścia lat po swojej śmierci, a wszystko przekazać w ręce najdalszej swojej krewnej – Joyce Norman (Paulette Goddard). Jest tylko jeden haczyk – ponieważ w rodzinie Normanów wielokrotnie diagnozowano choroby psychiczne, Joyce musi wpierw przejść badania psychiatryczne. Gdyby badanie coś wykazało, spadek przejść miały w ręce drugiego dziedzica, którego tożsamość zna tylko adwokat Cyrusa, pan Crosby (George Zucco). Zrządzeniem losu wszyscy zostają uwięzieni w domostwie, ponieważ w okolicy szaleć ma zbieg z zakładu psychiatrycznego.

Dom Cyrusa umiejscowiony jest na bagnach, przez co dostęp do niego jest dość mocno ograniczony; nie pomaga też fakt, że krążą plotki jakoby miejsce było nawiedzone, a dozorczyni Miss Lu (Gale Sondergaard) jeszcze bardziej swoim zachowaniem je nakręca. Twierdzi bowiem, że potrafi rozmawiać z duchami zmarłych, a gdy zegar wybija o jeden raz za mało, niż jest w nim domowników w tym momencie – jedna osoba musi zginąć. Po oryginale The Cat and the Canary odziedziczył humor, choć jest go tu znacznie mniej, dodatkowo w całość zakradła się odrobina autotematyzmu – jeden z krewnych Cyrusa okazuje się bowiem aktorem i kilkukrotnie czyni on aluzje do przebiegu podobnych historii. To na pewno bardzo dobra alternatywa dla osób, które nie są w stanie przebrnąć przez konwencję niemego kina i nie mogą obejrzeć oryginału. Trudno mi powiedzieć, czy jest tu coś nowego dla fanów pierwowzoru – to w gruncie rzeczy ta sama historia, z mniejszymi lub większymi zmianami po drodze. Tym nie mniej istota oryginału pozostaje niezmieniona i przez samo to The Cat and the Canary jest pozycją godną polecenia. Fani oryginału będą mieli okazję doświadczyć go w nieco zmodyfikowanej formie, a na zupełnie nowych widzów czeka szalona, mroczna, a zarazem lekka i urocza rozrywka.

1942 – Night Monster, reż. Ford Beebe

Ponownie mamy do czynienia ze schematem rodem z The Cat and the Canary – grupa ludzi zostaje zamknięta w starej posiadłości i jeden po drugim padają ofiarą mordercy, który jest wśród nich. Night Monster wyróżnia się na tle podobnych produkcji dwiema rzeczami. Przede wszystkim swoją złożoną fabułą, przez którą przewija się mnóstwo postaci. Przed laty Kurt Ingson (Ralph Morgan) stracił w wypadku obie nogi i rękę, mimo starań trzech lekarzy. Ingson zaprasza tychże do swojej posiadłości, aby zaprezentować im eksperyment, nad którym pracował wraz z joginem Agorem Singhem (Nils Asther), a mianowicie nad materializacją przedmiotów za pomocą siły woli, w tym także kończyn. Nieoczekiwanie lekarze jeden za drugim zaczynają ginąć, a siostra Kurta Margaret (Fay Helm) wzywa na miejsce psychiatrę dr Harper (Irene Hervey). W posiadłości Ingsonów pojawia się także policja, jednak śledztwo wcale nie okazuje się proste, bowiem służba zdaje się coś ukrywać, za wszelką cenę pozbyć się nieproszonej pani doktor, a także wmówić Margaret szaleństwo.

Drugim, co czyni Night Monster godnym uwagi, jest jego dość odważna, jak na swoje czasy, makabryczność. Kurt Ingson jest dotkliwie okaleczony i zostaje nam to w pełni pokazane, uświadczymy także materializacji zakrwawionego szkieletu. Jest to także film mocno krwawy, gdyż na miejscu każdej zbrodni znajdują się plamy krwi, o tyle zagadkowe, że każda ofiara została uduszona. Na uwagę zasługuje też jeden mały szczegół w postaci szofera Lauriego (Leif Erickson), który niejednokrotnie czyni niedwuznaczne aluzje różnym obecnym w domostwie kobietom, w tym nawet podstarzałej dozorczyni. Dodawszy do tego gęsto ścielącego się trupa otrzymujemy całkiem odważny film grozy z zawiłą, ale angażującą fabułą i satysfakcjonującym finałem.

1943 – Captive Wild Woman, reż. Edward Dmytryk

Przyglądając się przeróżnym filmom o szalonych naukowcach z lat 30. i 40. ławo odnieść wrażenie, jakby twórcy starali się prześcignąć siebie nawzajem w przenoszeniu na ekran absurdalnych pomysłów. Film Edwarda Dmytryka opowiada o doktorze Sigmundzie Waltersie (John Carradine), który kradnie z cyrku wielką gorylicę, aby przeszczepić jej gruczoły od leczącej się u niego kobiety. Operacja kończy się sukcesem i gorylica przeobraża się w piękną kobietę (Acquanetta), której nadaje imię Paula Dupree. Skutki eksperymentu nie są jednak trwałe. Paula niespodziewanie zakochuje się w poskramiaczu lwów Fredzie Masonie (Milburn Stone), a zazdrość i inne silne emocje sprawią, że zaczyna na powrót przemieniać się w zwierzę.

Captive Wild Woman można wpisać w pewien trend panujący w kinie klasy B wspomnianego dwudziestolecia z powodu obecności w fabule wielkiej niebezpiecznej małpy, wyróżnia się jednak podejściem do tematu i nie czyni z Pauli bezmyślnej maszyny do zabijania. Prawdziwym potworem jest doktor Walters grany przez nad wyraz niedocenianego Johna Carradine’a. Film wyróżnia także miejsce akcji – cyrk, a co za tym idzie, dużo czasu poświęcono na pokazanie, jak Fred ujarzmia dzikie zwierzęta. I o ile spora część to stock footage zapożyczone z filmu The Big Cage (1933), tak scena z lwami i tygrysami jest już efektem ciężkiej pracy Dmytryka i aktora Milburna Stone’a. I wszystkie te sceny, zapożyczone czy nie, są w stanie zrobić na widzu niemałe wrażenie. Choć obecnie Captive Wild Woman jawi się jako po prostu solidny film z pogranicza horroru i science-fiction, swego czasu musiał być niemałym komercyjnym sukcesem, skoro doczekał się aż dwóch kontynuacji – Jungle Woman (1944) i The Jungle Captive (1945). Obie są niestety wątpliwej jakości.

1946 – House of Horrors i The Brute Man, reż. Jean Yarbrough

Osobę Rondo Hattona znać będą raczej tylko najwięksi zapaleńcy horroru; początki jego kariery wiązały się z niewielkimi epizodami, by w połowie lat 40-stych, dzięki swojemu charakterystycznemu wyglądowi, został aktorem w kilku dreszczowcach Universala. Największą rolą w jego karierze był Creeper, który pojawił się w trzech filmach – Pearl of Death (1944) należącym do cyklu o Sherlocku Holmesie, oraz właśnie House of Horrors i The Brute Man. Czy filmy te są ze sobą powiązane, nie sposób ocenić, zwłaszcza że Creeper w każdym z nich zdaje się być zupełnie inną postacią z innymi cechami charakteru. W House of Horrors zostaje on uratowany przed utonięciem przez biednego rzeźbiarza Marcela (Martin Kosleck), który zafascynowany jego twarzą, chce poświęcić mu kolejną rzeźbę. Przy okazji skorzysta z morderczych tendencji swojego nowego przyjaciela, by zemścić się na złośliwych krytykach, którzy uniemożliwili jego karierze jakikolwiek rozwój.

Nie jest to, co prawda, zbyt wyszukana historia, a postacie są przerysowane i jednowymiarowe (krytycy czerpią przyjemność z niszczenia reputacji artystów bez konkretnego powodu, Marcel to niedoceniany artysta wściekły na cały świat, który nie potrafi dostrzec jego geniuszu), niemniej dobrze się ją ogląda. Parze głównych bohaterów widz mimo wszystko będzie współczuć, głównie za sprawą aktorów i przez fakt, że ani Creeper, ani Marcel nie są w gruncie rzeczy złymi ludźmi. Ten pierwszy jest po prostu oszpecony i niezbyt inteligentny, toteż przemoc jest jedynym sposobem rozwiązywania problemów, jaki zna. Marcela z kolei do ostateczności doprowadziła bieda i ciągłe szykany w prasie. Osoby, którym House of Horrors przypadnie do gustu, mogą bez problemu dać szansę także jego pseudo-sequelowi The Brute Man. Tym razem Creeper nie jest przygłupim osiłkiem, a człowiekiem, który został oszpecony w wyniku wypadku i postanawia zemścić się na ludziach, którzy to nieszczęście na niego sprowadzili. Jest to historia jeszcze bardziej campowa, jednak wysuwa Rondo Hattona na pierwszy plan i to samo w sobie powinno być dobrą rekomendacją. W tym bowiem filmie najwięcej czasu widzimy go na ekranie i jest w stanie udowodnić, że może zarówno przerażać, jak i wzbudzać współczucie i jest w stanie na swoich barkach udźwignąć całą, nawet głupkowatą fabułę. Prawdopodobnie gdyby nie jego przedwczesna śmierć spowodowana atakiem serca, na przestrzeni kolejnych lat wyrobiłby sobie status ikony kina grozy.

C. D. N. 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.