Mandy (2018). Kill Em All

Drugie, po dobrze przyjętym Za czarną tęczą (2010), pełnometrażowe dzieło Panosa Cosmatosa obrosło swoistym kultem już na etapie produkcji. Przesycony surrealistycznymi obrazami i plastyką rodem z kanonicznych dzieł Dario Argento, zapowiadał mieszankę Hellraisera 2 (1988) z Mad Maxem na drodze gniewu (2015). Mandy zwiastowała również aktorski powrót na salony Nicolasa Cage’a, gwiazdę Hollywood przyćmioną przez lata gry w dość wątpliwej jakości produkcjach. Podczas swojej europejskiej premiery w Cannes, film Panosa spolaryzował widzów. Jedni zarzucali mu tanią próbę podczepienia się pod wszechobecną nostalgię, podczas gdy inni wzdychali do porozrzucanych wszędzie ukłonów do klasyki.

Fabuła jest bardzo prosta. Red Miller (Nicolas Cage) oraz jego dziewczyna Mandy (Andrea Riseborough) wiodą spokojne życie w porośniętych gęstą puszczą Cienistych Górach. On codziennie wymachuje siekierą na tartaku, ona zaczytuje się w pulpowych książkach na kasie w małym przydrożnym sklepiku. Popołudniowa lektura, wspólny posiłek i wieczorny seans – wszystko wydaje się sielskie pomimo wiszącej nieustannie niepokojącej atmosfery. Monotonię codziennego kursu Mandy w kierunku miejsca pracy przerywa spotkanie przez nią tajemniczej grupy dowodzonej przez pewnego ekscentrycznym guru. Od tego momentu dostajemy właściwą część filmu.

Serce historii skoncentrowane jest na zemście – skrzywdzona postać szuka jak najszybszej możliwie najbardziej bezlitosnej wendetty. Obietnica tejże jest budowana w nieposkromionej wyobraźni twórcy poprzez pokazywanie codzienności pozornie zwyczajnej pary żyjącej w samotności. Jest w nich coś dziwnego, jednak nic nie burzy widzowi poczucia ich bezpieczeństwa. Ciekawy to paradoks, kiedy błogi ład współistnieje z nieustannym poczuciem zagrożenia. Ta pierwsza połowa, która w zasadzie należy do postaci Mandy, sprawia wrażenie lśniącego, półpłynnego snu. I to wszystko zanim na ekranie pojawi się gigantyczny owad wstrzykujący bohaterce halucynogenny jad!

Mieszająca kino zemsty, nadnaturalny horror i hipnotyczną instalację w galerii sztuki, Mandy rozwija się w nihilistycznej narkozie. Film, choć jedyny w swoim rodzaju, pełen jest odniesień do klasyki gatunku. Religijnej sekcie, ewidentnie wzorowanej na rodzince Charlesa Mansona, z pomocą przybywają pokraczne, przypominające cenobitów z Hellraisera (1987), istoty rodem z piekła dla fetyszystów a w rozszalałej, zakrwawionej twarzy Cage’a odbija się Bruce Campbell spod znaku słynnego cyklu Martwe zło (1981-1992). Co ciekawe, twórcy nie żałują również nieco ironicznego humoru, kiedy parodiują pojedynek na mechaniczne piły z Teksańskiej masakry piłą mechaniczną 2 (1986).

Wyruszając w napędzaną przez gniew i alkohol drogę po dusze tych, którzy skrzywdzili jego ukochaną, Red wykuwa własnoręcznie stylowy topór – niczym postać z klasycznego fantasy – oraz odbiera kuszę od przyjaciela granego przez Billa Duke’a, niezapomnianego Elliota z Predatora (1987). Przejściową wydaje się scena, w której bohater miotany jednocześnie rozpaczą i złością zeruje wódkę w stylizowanej łazience. Jest to widok równie straszny co niedorzeczny, nadający ton całej historii.

I choć twórcy zostawiają gdzieniegdzie interpretacyjne sidła, całą historię streścić można w jednym zdaniu. Jednak nie jest to zarzut w stronę Cosmatosa i scenarzysty Aarona Stewart-Ahna. Reżyser, śladem Nicolasa Winding Refna, potrafi całkowicie zapanować nad swoim szalonym dziełem, które wydawać się może niekontrolowane, a jednak jest bardzo przemyślane, konsekwentne, wyzbyte elementów zbędnych. Całość podsyca tylko spektakularna partytura Jóhanna Jóhannssona i nasycone kolorami obrazy Benjamina Loeba – te swoją stylistyką nawiązują do ejtisowych plakatów filmu czy okładek płyt kapel metalowych, z Monowar i Metallicą na czele (sama Mandy nosi zaś koszulkę Black Sabbath). Pomysłowe efekty specjalne, do pary z ziarnistością ekranu CRT to również przyjemnie odurzająca terapia dla wszystkich fanów retro stylistyki.

Mandy zachwyca głównie jako horror. Mimo wszystko wspomniana autokontrola na własną wizją może również odrzucić niektórych widzów sprzed migoczących w epileptycznym blasku ekranów. I najbardziej widać to w nieprzystępnym dla wielu tempie filmu. Niektóre momenty wydawać się mogą przesadnie nadęte lub zwyczajnie rozwlekające czas seansu. Dla mnie jednak dzieło Panosa Cosmatosa to odświeżający, nieokiełznany riff mówiący jasno, że Mandy istnieje jedynie w swojej własnej rzeczywistości. Jeśli dacie się jej całkowicie pochłonąć, pokochacie go tak jak ja!

Oskar Dziki

Studiuje, melanżuje i pochłania filmy. Zachłyśnięty włoskim kinem gatunkowym, kultem VHS i szeroko pojmowaną popkulturą.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.