London Film Festival 2019. Groza, miłość i szaleństwo

W dniach 2-13 października odbył się słynny London Film Festival. Niestety udało mi się o niego ledwo zahaczyć, ale za to w te kilka dni, podczas których miałem okazję się nań wybrać, obejrzałem trzy filmy, na które, jak wielu fanów kina gatunku, bardzo długo czekałem. Zapraszam do lektury.


Adoration reż. Fabrice Du Welz

Krzyżujące coming of age, kino drogi i thriller, Adoration to godne zwieńczenie luźnej „trylogii ardeńskiej” (zapoczątkowanej ciężką jak walec Kalwarią (2004) i kontynuowaną po latach Alleluią (2014)), jednocześnie bardzo pasujące do filmografii szalonego Belga i dokładające doń coś zupełnie nowego. Po projekcji reżyser podkreślał, że bardzo zależało mu na prostocie i szczerości opowieści oraz że w trakcie realizacji scenariusz niejednokrotnie odkładał na bok i po prostu podążał za postaciami/aktorami (którym wcześniej w kółko puszczał Przełamując fale (1996) von Triera oraz Opętanie (1981) Żuławskiego). I to naprawdę widać. Adoration – rzecz o chłopcu pomagającym uciec ukochanej ze szpitala psychiatrycznego, gdzie bynajmniej nie trafiła za dobre zachowanie – to kino małe, romantyczne, oniryczne, poetyckie i zwyczajnie ładne; rozwijające się niespiesznie i nieblisko tradycyjnego scenariopisarstwa (skupiająca się na podróży fabuła, która alienuje bohaterów od niemal całego świata, sprawia wrażenie rozgrywającej się gdzieś poza czasem), pełne empatii i czułości, ale też – jak na Du Welza przystało – co jakiś czas wybuchające nie dającymi się zapomnieć aktami przemocy i obłędu. Jedno z najlepszych dokonań wiecznie niedocenianego artysty.

PS. Zapytany o swoją przyszłość reżyser podkreślał, że interesuje go już wyłącznie realizowanie projektów autorskich („[Have to] finish the American bullshit”) i ma dość „jebanych producentów” wpychających się do montażowni, aby niszczyć filmy. Zdaje się więc, że nie tylko francuski Colt 45 (2014), ale i mający mu otworzyć drogę na rynek amerykański Message from the King (2016) został mu na jakimś etapie postprodukcji odebrany.


Color Out of Space reż. Richard Stanley

29 lat po premierze jego kultowego debiutu Hardware oraz 23 lata po wyrzuceniu go z planu Wyspy doktora Moreau i zniszczeniu mu kariery, Richard Stanley powraca wreszcie z reżyserskiego limbo. Jego adaptacja słynnego Koloru z przestworzy HP Lovecrafta okazuje się być obrazem na zmianę przynoszącym zachwyt i rozczarowanie. Śpieszę uspokoić, że to, mimo wad, ciągle fajny film i myślę, że każdy fan tak Stanleya, jak i Samotnika z Providence powinien go zobaczyć.

Co zachwyca? Piękne zdjęcia (kadry to jedno, ale tu oczywiście największy nacisk położono na kolorystykę i ta prezentuje się niesamowicie), muzyka (wiadomo), wreszcie psychodeliczna atmosfera, w której kreowaniu pomagają też odpowiednie dozy absurdu, groteski i makabry. Do prozy Lovecrafta Stanley podszedł, rzecz jasna, jednocześnie z szacunkiem, miłością i kreatywnością. Z jednej strony mamy więc choćby postać dumnie noszącą koszulkę Miskatonic University oraz inną posiadającą własny egzemplarz Necronomiconu (ba! mamy nawet scenę rytuału), z drugiej zmiany, jak się wydaje, konieczne (zgrabne uwspółcześnienie akcji opowieści poprzez włączenie doń choćby Internetu czy telefonów komórkowych, które, oczywiście, działać za bardzo tutaj nie chcą) oraz te może niekonieczne, ale zawsze co najmniej interesujące (reżyser idzie tu w ostrzejszy body horror niż sam Lovecraft i nie będzie przesadą stwierdzenie, że w pewnym momencie jawi się jako skrzyżowanie Cronenberga z Carpenterem! zresztą pojawia się nawet wyraźna parafraza legendarnego Czegoś (1982)).

Co zawiodło? Film jest „b-klasową”, cokolwiek ekstrawagancką krzyżówką komedii (tak!) i ponurego horroru sci-fi. No i to jednak nie zawsze się sprawdza, bo bywa, że prowadzi do niezgrabności. Koleżanka miała po seansie stwierdzić, że Stanley trochę zardzewiał przez te lata reżyserskiego bezrobocia i trudno mi się z nią nie zgodzić. Kiedy w jednym fragmencie szarżujący Nicolas Cage rzuca komiczne hasła o dojeniu alpak, które hoduje, a w następnym inna postać odcina sobie palce pod wpływem tytułowego koloru, to granica między absurdem a makabrą wydaje się nieco zbyt cienka. Pewnym minusem jest też sam Cage, choć z dwóch kompletnie odmiennych powodów. Pierwszym jest to, że, jak wspomniałem, idzie w przerysowanie, gdyż Stanley niestety nie trzymał go na smyczy. A nie jest to przecież tak umowna opowieść, jak w Mandy (2018), gdzie jednak, mimo wszystko, Nicolas był bardziej stonowany. Drugim jest sama „memiczność” aktora. Ta bowiem sprawia, że spora część festiwalowej publiki śmieje się idiotycznie, gdy ten tylko pojawi się w kadrze, jakby oczekując, że to zawsze oznaczać będzie komedię. Ciężko więc w pełni oddać się seansowi, kiedy obok co chwila ktoś parska śmiechem. (Co nie znaczy oczywiście, że należy uznać to za wadę samego filmu; odbiór pozostaje jednak zniekształconym.)

Niemniej, to ciągle kawał wartego poznania kina. Nierównego, ale zawsze interesującego, czasem hipnotyzującego i potrafiącego też zszokować jak należy. Ciężko nie cieszyć się z powrotu Stanleya. I nie trzymać kciuków, aby to był tylko początek jego „drugiej” kariery. Wszakże w swoich najlepszych fragmentach Color Out of Space stanowi piękny odjazd przypominający, że stoi za nim ten sam koleś, który dał nam kiedyś Hardware i Dust Devil (1992).


The Lighthouse reż. Robert Eggers

Jeśli postrzegasz słynne The VVitch jako arcydzieło, to ten film może przynieść Ci pewien zawód. Drugie dzieło Roberta Eggersa to bowiem rzecz bardziej dopieszczona formalnie, ale jednak nieco prostsza i ogólnie trochę mniej treściwa. Co nie zmienia faktu, że to ciągle kawał znakomitego kina.

Są też te same (i tak samo świetne) rozwiązania co w The VVitch, choć, z powodu zupełnie innego miejsca akcji, znacznie różniące się szczegółami. Jest więc sugestywnie filmowana, złowieszcza i tajemnicza, jakby niszcząca postaci natura (tym razem morze i surowa wysepka z tytułową latarnią), jest zwierzę prezentujące się odpowiednio upiornie (pewna okrutnie wredna mewa jak z prozy Edgara Allana Poe), jest martwy język (o ile Robert Pattinson mówi jeszcze względnie normalnie, o tyle Willem Dafoe atakuje mieszanką jakiegoś osobliwego dialektu, marynarskiego slangu i archaizmów), jest wreszcie fabuła mocno bazująca na dawnych przesądach i bajaniach (morskie opowieści z dreszczykiem: dusze marynarzy, syreny, macki…).

Formalnie film, nakręcony w formacie obrazu 4:3, zdaje się być zakotwiczony w kinie weimarskim – zwłaszcza (wyzbyta dialogów, opierająca się na statycznych obrazach i plastycznej scenografii, ukazująca podróż) sekwencja otwierająca przypomina, że drugim filmem Eggersa miał być przecież remake Nosferatu – symfonii grozy (1922). Świetną robotę robią wszelakie dźwięki otoczenia (szum fal, skrzek mew, wycie latarni) oraz, oczywiście, psychodeliczna muzyka. Grozy sensu stricto nie ma tak naprawdę wiele. Napięcie budowane jest głównie scenami narastającego konfliktu między postaciami oraz pojawiającymi się co jakiś czas mrocznymi scenami onirycznymi (świetne, konsekwentne zacieranie granicy między jawą a snem), ale też jest zaskakująco często rozładowywane humorem. Wreszcie – co jedni uznają za walor, inni za wadę – film jest samoświadomy, chwilami przywodzi wręcz na myśl postmodernistyczne zabawy Guya Maddina i jawi się jako swoiste ćwiczenie stylistyczne. Możliwy problem polega tu na tym, że nie da się całkiem wejść w świat przedstawiony; pewna umowność The Lighthouse nigdy do końca na to nie pozwala. Inna sprawa, że być może największym plusem filmu jest samo aktorstwo, a to jest wybitne. Ja osobiście byłem trochę rozczarowany zakończeniem, które wydało mi się trochę oczywiste, jednak rzecz i tak robi spore wrażenie i z miejsca ląduje u mnie na liście ulubionych tytułów roku.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.