Laurka: Dragged Across Concrete (2018)

Szanowni pulpożercy! Dziś mamy dla Was specjalny odcinek Wielogłosu. Taki, w którym każdy bez wyjątku jedynie wychwala omawiany – a jest to tym razem dosyć kontrowersyjny, częstokroć oskarżany o promowanie rasizmu i seksizmu – film. Grzechu ciężkiego dokonują na jego cześć Oskar Dziki, Antoni Urbanowicz i Marcin Zembrzuski. Zapraszamy do lektury.


Oskar Dziki

Trzeci film S. Craiga Zahlera działa nie tylko jako zjawiskowo stylowy film, którego artystyczny sznyt idealnie współgra z treścią. To również niezwykle skuteczny akt filmowej prowokacji, bezpretensjonalnie puszczającej do nas oko zza szklanego ekranu. Charakterystyczna dla tego twórcy wrażliwość, zarówno na poziomie scenariusza, jak i reżyserii, jest esencją filmu, który jest odpowiednio szorstki, brudny i okrutny – jako życiowy dramat i nosiciel pewnej idei. Dragged Across Concrete to historia dwóch gliniarzy strzegących prawa na ulicach fikcyjnego miasta Bulwark. Brett Ridgeman (Mel Gibson) oraz jego młodszy partner Tony Lurasetti (Vince Vaughn) są aktualnie zawieszeni w swoich obowiązkach za nadmierne użycie przemocy podczas rutynowego aresztowania jednego z latynoskich dilerów. Z potrzeby szybkiego zastrzyku gotówki, Ridgeman wpada na pomysł obrabowania innego gangstera, który akurat planuje skok na bank. Zahler w przeciągu ponad dwóch godzin ledwie nakreśla ideologiczną siatkę łączącą ekranowych bohaterów. Brett i Tony nie kryją się specjalnie ze swoimi otwarcie rasistowskimi poglądami, a tymczasowe odsunięcie od pracy pozwala im wyrwać się od cywilnej krytyki i politycznej poprawności. Wraz ze wpisanymi w film etnicznymi stereotypami, idą w parze te związane z płcią. W konserwatywnym świecie Zahlera to mężczyźni pełnią aktywną rolę, to oni muszą bronić kobiet. Jednak w tym wszystkim jest coś więcej. Coś, co skutecznie chroni produkcję przed pogrążeniem się w odmętach kinowego śmietnika. Film rozwija się w świadomym sobie tempie, dając odpowiednio dużo miejsca każdemu ze swoich ostro zdefiniowanych elementów. Zarówno w fizycznej akcji, jak i rozmowach. Sceny inwigilacji i pościgu, zbrodni i przemocy, posiadają specyficzny niuans, któremu zawsze towarzyszy zadziorny dialog. Zahler jest kimś na wzór zegarmistrza kina gatunku.


Antoni Urbanowicz

Jak mało kto, Craig S. Zahler posiada (a nie emuluje) bezkompromisową artystyczną wrażliwość, która towarzyszyła filmowcom lat 70-tych, co widać w przypadku jego najnowszego filmu. W momencie swojej premiery, Dragged Across Concrete narobił też niemałego rabanu. Zarzucano mu, że faszyzujący, że rasistowski, że szowinistyczny – mniej więcej to samo, co kiedyś Brudnemu Harry’emu (1971) czy Nędznym Psom (1971). Dziennikarze chyba nadal nie oglądają filmów ze zrozumieniem, gdyż to, że postacie nie grzeszą przykładem, nie oznacza, że sam twórca identyfikuje się z ich poglądami i działaniami. Kontrowersja jednak generuje ciekawość, więc liczę na to, że po obejrzeniu Dragged ludzie poznają się, iż określenia te są niesłuszne, a sam film to kawał cholernie dobrego kina sensacyjnego. Pod przykrywką pulpowej kryminalnej intrygi, Zahler prezentuje prawdziwe piekło wolnorynkowej Ameryki. Życie ludzkie oznacza tyle, co nic, i jeśli nie dojedzie Cię system wymagający coraz więcej gotówki, to zrobi to zamaskowany psychopata, który również jest na dolarowym głodzie. W takim świecie przyszło egzystować dwójce naszych policyjnych antybohaterów, gdzie obrabowanie bandziorów z łupu może wydawać się jedynym rozwiązaniem, żeby wspomóc własną rodzinę. Dogłębne poznanie postaci i zrozumienie ich motywacji umożliwia nam niespieszne tempo filmu. To gra wstępna dająca druzgocący efekt – gdy dochodzi do nieuniknionego rozlewu krwi, to czujemy się, jakby ktoś przeciągnął nas twarzą po chodniku. Dragged to zarówno najlepszy, jak i najdojrzalszy film Zahlera. Znaczny postęp zrobił także autor zdjęć – Benji Bakshi. Podczas gdy Bone Tomahawk (2015) i Brawl in Cell Block 99 (2017) wizualnie wyglądały tanio niczym straight-to-dvd, to tym razem wygląda to odpowiednio filmowo i atmosferycznie. Chyba możemy już zacząć mówić o Zahlerze jako jednym z mistrzów współczesnego gniewnego kina amerykańskiego.


Marcin Zembrzuski

Trzecie dzieło pana Zahlera to być może najwolniejszy film akcji w historii. I jest to komplement. Film jest tak wolny, że po pierwszej godzinie seansu można się zastanawiać, jakim cudem komuś mogło przyjść do głowy, aby szufladkować go jako kino akcji. Nie, żeby po tej godzinie rzecz miała gwałtownie przyspieszyć i zacząć przypominać hongkońskie szaleństwa Johna Woo. Wszystko jest cały czas tak samo leniwe. I jest to ciągle komplement, ponieważ mowa o tytule, który jest jednocześnie utrzymany w duchu kina sensacyjnego lat 70. (skojarzenia: Sam Peckinpah, Sidney Lumet, William Friedkin), stanowi swoistą dekonstrukcję gatunku (to, co w dzisiejszym kinie opiera się na niezwykłej dynamice, tutaj zostaje totalnie rozwleczone, zarazem będąc bardzo dopieszczonym dramaturgicznie) i jedzie po widzu jak walec. Jest więc patologia, desperacja, nihilizm, a na deser trochę makabry (w tym jedna z najbardziej osobliwych scen gore ostatnich lat), a z drugiej strony mnóstwo błyskotliwie napisanych dialogów oraz zaskakująco dużo humoru. Oczywiście, jak na Zahlera przystało, mamy też świetne aktorstwo – Mel Gibson i Vince Vaughn, którzy ponownie błyszczą, ale też charakterny i kluczowy dla opowieści Tory Kittles; ładne epizody Udo Kiera i Dona Johnsona, a przede wszystkim nokautujący występ Jennifer Carpenter. Oraz następny, po mistrzowskim Brawl in Cell Block 99, zacny soulowy soundtrack u charakternego reżysera. Wreszcie jest też bardzo ciekawie, niejednoznacznie i odważnie na temat rasizmu i poprawności politycznej. Zahler podkreśla, iż stereotypy nie biorą się z próżni (lecz z ulicy) i niejako uzasadnia istnienie nietolerancji. Pokazuje rzeczywistość, która z jednej strony definiowana jest polityczną poprawnością, a z drugiej wszechobecnym szowinizmem. Rzecz w tym, że wraz z rozwojem opowieści autor zmienia wymowę fabuły i konsekwentnie poszerza perspektywę widza, po drodze niejednokrotnie grając mu na nosie. Dość powiedzieć, że kluczowe sceny z finałowego aktu opierają się na przewrotności wynikającej z tego, że postaci – postrzegające się nawzajem przez pryzmat rasy oraz płci – źle się nawzajem oceniają. Stereotypy nie biorą się z próżni, ale pozostają tylko stereotypami. 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.