Krytyku! Puchu marny! Tylko Bóg wybacza!

Share

1. Pewien mój znajomy wybrał się w 2009 roku na festiwal w Wenecji, gdzie trafił na premierowy pokaz Valhalla Rising. Jak później opowiadał, obok niego siedziało dwóch zachodnioeuropejskich krytyków, którzy jeszcze przed rozpoczęciem projekcji nie mogli powstrzymać się od żartów z Nicolasa Windinga Refna. Wystarczył im przeczytany w katalogu festiwalowym początek opisu fabuły, z którego dowiedzieli się, że głównym bohaterem opowieści duńskiego artysty jest wojownik nie dość, że niemy, to jeszcze jednooki. Podział na sztukę niską i wysoką od dawna nie ma sensu, na co jednym z lepszych dowodów jest dziś właśnie twórczość NWR, lecz spoglądanie nań z góry przez część krytyki co rusz przenosi nas do lat 60. ubiegłego wieku. W czasy, kiedy nie trzeba było oglądać filmów Sergia Leone, aby wiedzieć, że nie są niczym więcej, jak tylko marnymi imitacjami westernu. Wystarczyło przeczytać pierwszą lepszą (anglojęzyczną) recenzję.

2. Obecnie kino gatunku zdaje się być cenione jak nigdy wcześniej. Młodzi krytycy (mam tu na myśli wyłącznie polskich, gdyż o zagranicznych wiem niewiele) z reguły chętnie o nim piszą, nie mając problemu z dostrzeżeniem tego, że nie musi ono ograniczać się do emocjonowania odbiorcy. Niewątpliwie w wypadku niektórych z nich można mówić o kroczeniu śladami nowofalowych redaktorów „Cahriers du Cinema”, dzięki którym choćby taki kryminał przestał (no, powiedzmy, że przestał) być postrzegany jako utwór gorszej kategorii. Wydaje mi się jednak, że u większości osób rozchodzi się o populizm (traktowany chyba jako ostatnia deska ratunku w dialogu z szarym widzem, który dzisiaj chętnie wypina się na eksperta w dziedzinie X Muzy) oraz – co z tym związane – o to, że w wyniku słabnącej kondycji branży krytyczno-filmowej specjalizacja jest zjawiskiem wymierającym. Ważne, żeby pisać, nieważne o czym.

3. Nie, żebym uważał, iż absolutnie nie można recenzować utworów reprezentujących te rejony kina, których nie zna się doskonale. Rzecz w tym, aby wówczas takiego specjalisty nie udawać, co, jak odnoszę wrażenie, wielu przychodzi z wielkim trudem (a przecież wiedzieć wszystko, to znaczy nie wiedzieć nic), jak również w tym, że w wypadku pewnych tytułów kontekst jest przy ocenie kryterium kluczowym. Bo kiedy kontekst przestaje mieć znaczenie, tekst (nie zawsze, ale często) staje się nierzetelny i/lub krzywdzący, tak dla samego filmu (tudzież rodzaju kina, w którym taki film jest zakorzeniony), jak i czytelnika (ponieważ wprowadza go w błąd i/lub nie dostarcza mu należnych treści). Inna sprawa, że gdy ktoś podejmuje się napisania tekstu o filmie, który go niezbyt interesuje, to raczej nic dobrego z tego wyjść nie może.

4. Doskonałym przykładem krzywdzenia u nas samej tradycji X Muzy był ogół recenzji tarantinowskiego Django (2012). Już nie chodzi o to, że ciężko było znaleźć informacje na temat licznych spaghetti westernów, na których film bazował i które reklamował (wbrew pozorom nie zapominam o blaxploitation), ale o to, że włoski (pod)gatunek został niemal całkowicie zignorowany. Mało tego, przynajmniej dwóch spośród naszych najbardziej znanych krytyków z jakichś kosmicznych powodów odwoływało się do klasyki westernu amerykańskiego. Oczywiście sam Django w żaden sposób na tym nie ucierpiał, skoro Tarantino – pupil krytyki – zlepek cytatów i szablonów tradycyjnie uczynił opowieścią w pełni autonomiczną. Tylko Bóg wybacza (2013) nie jest, rzecz jasna, tego typu postmodernistyczną parafrazą. Jego ogólny odbiór stanowi za to doskonały przykład krzywdzenia dzieła oraz reżysera (całe szczęście niekoniecznie musi to zaraz reżysera boleć).

5. Film po pierwszym pokazie w Cannes zebrał dużo negatywnych recenzji. Po pobieżnym przejrzeniu ich trudno było oprzeć się wrażeniu, że ich autorzy oczekiwali od NWR drugiego Drive (2011), jego najbardziej przebojowego i jedynego powszechnie znanego filmu (jednego z najlepszych również, ale to swoją drogą). W polskiej sieci można było wówczas natknąć się na głosy (takie jak ten Bartłomieja Basisty) wyrażające nadzieję na to, że Tylko Bóg wybacza wypleni tych fanów NWR, których znajomość jego twórczości ogranicza się do wspomnianego hitu z Ryanem Goslingiem. Wszystko wskazuje na to, że tak też się właśnie stało i to jeszcze przed premierą filmu, gdyż ciężko było w naszych kinach uświadczyć sale pełne widzów. Na kolejne projekcje nie zachęcały też pojawiające się w międzyczasie opinie recenzentów w stylu: „przekombinowana ballada o popkulturze”, „śmieć”, „piękna pustka”, „nic nieznaczące obrazy”, „chaos”, „niezła rozrywka, ale…”.

6. Lubić czy nie lubić można wszystko, wiadomo. Nie rozumiem tylko, jak filmowi surrealistycznemu (nawet, jeśli nie sensu stricto) można zarzucać brak realizmu, jak przy narracji budowanej obrazem i muzyką narzekać można na zdawkowość dialogów, jak film opowiadany przenośniami można krytykować za brak większej przejrzystości, a wreszcie dlaczego oczekuje się od reżysera, że będzie dreptał w kółko. Zwłaszcza, że Drive, przeważnie jedyny tytuł Duńczyka, do którego polscy recenzenci się odnoszą, nie był w jego filmografii numerem jeden, lecz osiem, a każdy swój kolejny utwór artysta zwykł przecież czynić innym (nierzadko diametralnie innym) od poprzedniego. Ale cóż, jego pierwsze siedem filmów nie zyskało aż takiego rozgłosu jak romantyczna opowieść o Kierowcy, toteż niektórzy niechętnie po nie sięgają i/lub ich znaczenie marginalizują (tak się jednak składa, że większość tychże tytułów to pozycje wybitne). Nieco modyfikując słowa Grzegorza Fortuny: kiedy Von Trier odcina komuś łechtaczkę, to wszyscy (sic!) jarają się tym jak dzieci i interpretują to w kontekście całej jego twórczości, a przy NWR – choć ten łechtaczki nikomu nie odcina – rozkładają ręce.

7. Co zaskakujące, nawet prościutki Drive – który śmiało można określić mianem „NWR w wersji pop” – wprawił niektórych w pewną konsternację. Popularne szablony zostały w nim potraktowane nieszablonowo (symbolika, narracja), efektem czego pan X myślał, że to pastisz (i pytał czemu tak mało zabawny), a pan Y zastanawiał się, czy kino gatunku zasługiwać może na rangę sztuki (zupełnie jak w wypadku komiksu, prawda?). I tu wracamy do skostniałego podziału na to, co niskie i wysokie. Ogromny problem z jednoznacznym zaszufladkowaniem Valhalla Rising zaowocował absurdalnymi opiniami w stylu „Zbyt artystyczne na gatunek, zbyt gatunkowe na sztukę”. Przy Tylko Bóg wybacza nie zauważyłem tak brzmiących wyroków, lecz źródło niezrozumienia jest takie samo. Tak jak opowieść o Jednookim, tak i najnowsze dzieło NWR jest utworem wcale enigmatycznym i odrealnionym, a zarazem – paradoksalnie – stosunkowo prostym. Niekoniecznie skomplikowane historie autor uczynił układankami poprzez usunięcie z nich wybranych fragmentów o charakterze informacyjnym oraz naszpikowaniu ich metaforami. Cała zabawa tkwi w skorzystaniu ze swojej wyobraźni, nie tyle celem zrozumienia historii, co ich poczucia. Jak to na kino sensualne przystało.

8. Zarówno jednak zmysłowość, jak i symboliczna umowność Tylko Bóg wybacza bywają trywializowane lub w dużym stopniu ignorowane. Owszem, nikt nie jest w stanie przeoczyć symbolicznego charakteru głośnej już sceny z brzuchem, ale chyba tylko ze względu na jej dosadność. No bo co z fragmentami np. ukazującymi głównego bohatera w labiryncie korytarzy i pomieszczeń? Banał i pustka – pojawiają się głosy – ot, idzie sobie koleś przed siebie. Myślę, że głównym powodem takiego odbioru tego i części innych dokonań autora Bleedera (1999) jest właśnie ich gatunkowość, jakby odwracająca uwagę niektórych od samej treści. Gatunkowość specyficzna, bo z reguły tyle samo w niej popu, co anty-popu; bo gatunki służą kolejnym opowieściom jako ich kręgosłupy, podczas gdy pozostałe składniki opowieści albo z filmem gatunku nie mają nic wspólnego, albo wywracają go do góry nogami (sam kręgosłup również bywa łamany). NWR podąża tą ścieżką już od swojego debiutu. „Kiedy wszyscy oczekują, że pójdziesz w prawo, pójdź prosto, do tyłu lub w lewo – mówił w jednym z wywiadów. – Największą przyjemność w seksie daje tajemnica. I tak samo jest ze sztuką.”

9. Pierwotnie Tylko Bóg wybacza miał być filmem bardziej tradycyjnym. A dokładniej – jak to było zapowiadane – pełnym akcji uwspółcześnionym westernem. Ale i w swoim ostatecznym, „niszowym” kształcie ma on co nieco wspólnego z tak lubianym przez wszystkich Drive. Zresztą nie tylko z nim. Ze względu na tematykę przemiany bohatera w typ nadczłowieka NWR zwykł nazywać Bronsona (2008), Valhalla Rising i Drive luźną trylogią. Teraz wypadałoby albo mówić o tetralogii, albo nazwać Tylko Bóg wybacza jednym wielkim postscriptum do wspomnianej trójcy. Początkowo grany przez Goslinga Julian zdaje się być taką samą postacią, jak bohaterowie tych filmów. Wskazuje na to jego prorocza wizja (niemalże na miarę Jednookiego), pojawiający się w pewnym momencie popis siły czy motyw zaciskających się pięści (w poprzednich trzech filmach obecny ledwie na marginesie, tu już mocno wyeksponowany). Zestawianie Juliana z posągiem tajskiego boksera nie jest jednak stawianiem znaku równości między nimi, lecz – niczym w kreacyjnych dokumentach Wojciecha Wiszniewskiego – zderzeniem swego rodzaju mitu z rzeczywistością (wspomniany popis siły najpewniej miejsce miał jedynie w wyobraźni Juliana). Prawdziwym nadczłowiekiem okazuje się bowiem przeciwnik bohatera. Reżyser ciekawie więc eksperymentuje z typowymi dla siebie motywami (dodajmy do nich negatywny wpływ rodziny czy kłopotliwe relacje z kobietami), acz, oczywiście, nie tylko z nimi.

10. W trylogii Pusher (1996, 2004, 2005) NWR wywracał na lewo dramat gangsterski, w Fear X (2003) dekonstruował kryminał, w Bronsonie – film biograficzny. Tym razem przyszła pora na kino zemsty: główny bohater nie chce dokonać (i nie dokonuje) wendetty, długo oczekiwany pojedynek z Changiem przegrywa z kretesem, następnie nie dochodzi do żadnego standardowego rewanżu, a do swoistej równi pochyłej (w ostatnim akcie głównym bohaterem staje się zresztą Chang, co stanowi śmiałe kontynuowanie poszukiwań autora). Wywrotowe potraktowanie reguł konwencji samo w sobie żadnym pozytywem być oczywiście nie musi, natomiast zastanawiające jest to, dlaczego niemalże nikt się tym nie zainteresował. Choćby po to, żeby (spróbować) to skrytykować. Zamiast tego oberwało się „banalnym” dialogom czy „szablonowym” postaciom. Ale banalnym i szablonowym w kontekście czego? Kina zemsty? Twórczości Michelangelo Antonioniego?

11. Samo sugerowanie, że Tylko Bóg wybacza stanowi dowód na kabotyństwo czy inne hochsztaplerstwo autora zakrawa na primaaprilisowy żart (no chyba, że – wzorem pewnego recenzenta – przyjmiemy, iż Drive był jego debiutem). Przede wszystkim zaś uwypukla fakt, że film gatunku w dalszym ciągu traktowany jest po macoszemu. Zawieszenie w czasie, znaczne wyolbrzymienie głównych postaci, nieustanne błądzenie bardzo specyficznego bohatera, symboliczny charakter kolorystyki, muzyka pełniąca funkcję narracyjną (na każdym kroku wylewająca się z ekranu, czasem zastępująca dźwięki i dialogi!) – tego się raczej nie dostrzega, a więc i zrozumieć nie próbuje. Dostrzega się za to brutalność scen przemocy, szczątkowość scenariusza, piękno (i „pustkę”) obrazu oraz humor (czy też „nieświadome popadanie w śmieszność”). Nieomal nikogo nie interesuje to, dlaczego dane elementy opowieści wyglądają tak, a nie inaczej. „Oto, w czym rzecz – pisał w Czasie utrwalonym Andriej Tarkowski – (…) żeby przyswoić sobie kulturę, należy dokonać wysiłku równego temu, jaki wykonał artysta, kiedy tworzył swoje dzieło”.

12. Oczywiście, jeśli hasło to potraktujemy zbyt dosłownie, to usprawiedliwić nim będzie można aż za dużo, np. skrajną hermetyczność danych utworów. Ale to tak na marginesie. Tylko Bóg wybacza może się nie podobać, no i w porządku, niech się nie podoba, ale! surowość jego ocen w tekstach silących się na mityczny obiektywizm to nie mniej, nie więcej, jak wynik lenistwa i uprzedzeń recenzujących. Niewątpliwie żaden z nich by się ze mną nie zgodził, ale jak dla mnie to taka sama bajka, co naśmiewanie się z filmu za bohatera w postaci wojownika nie dość, że niemego, to jeszcze jednookiego. Na szczęście dla nich kolejne dokonanie NWR – najpewniej będzie to zapowiadane już od trzech lat I Walk With the Dead – powinno być dużo bardziej klasyczne. Tak biorąc pod uwagę statystyki. Bo z drugiej strony nawet Fear X planowany był jako rzecz klasyczna. A czym się okazał? Pierwszym koszmarem przyszłych fanów Drive.

Marcin Zembrzuski

Czyta filmy, ogląda muzykę, słucha komiksy, je książki. Fan autorskiego kina gatunku oraz różnorakiej pulpy, od filmu noir przez spaghetti western po horror klasy wszelakiej.

19 Komentarze

  1. Pamiętam jak po wyjściu z kina byłem jak w transie. Zachwycony doznaniami, tym jak film na mnie oddziałał, co we mnie pozostawił, trawiłem go sobie w spokoju, gdy z tego błogiego stanu wyrwała mnie para idąca przede mną: „Z której strony to była kontynuacja (sic!) Drive? Przecież to bez sensu było”…
    Nie twierdzę, że sam wszystko zrozumiałem, każdy element układanki, każde odwołanie (nawet jestem pewien, że nie) ale kontynuacja…?

    PS Recenzja czy nie, czyta się przednio.

    • Muszę obejrzeć film znowu, jestem bardzo ciekaw jak go odbiorę „na zimno”. Może bym się pokusił o jakaś próbę analizy, ale ta zapewne będzie bardzo przypominać Twój tekst (przed chwilę przeczytałem – bardzo fajny!).

    • Z tym odbiorem „na zimno”, to mam tak samo i w tym roku, wyjątkowo, tyczy się to wielu perfekcyjnych „formalnie” filmów. „Spring Breakers”, „Tylko Bóg wybacza” czy „Stoker” są, niczym te pudełeczka czekoladek z niespodzianką, w których za każdym razem odkrywasz coś innego. „Stokera” obejrzałem już dwukrotnie (a coś czuję, że to jeszcze nie koniec ) i wciąż nie mogę się nadziwić jak bardzo przemyślany to film jest i jak ważna jest osoba twórcy ostatecznego, czyli reżysera.

  2. Taki tekst jest nawet lepszy niż tradycyjna recenzja – film znalazł się w nieznośnym ogniu krytyki i może warto nieco pacnąć wielmożną lożę szyderców, wypunktować wprost. Tym bardziej, że odnosi się wrażenie, że beczy tak jednomyślnie, bo zawiedziona nie dostała filmu podobnego do poprzedniego :D A tu trafia się dziwadło, z którymi nie wiadomo jak się obejść.
    Żeby była jasność – to nie jest mój ulubiony film NWR, ale elementem, który ten film ciągnie w dół, w moim przekonaniu, jest trefna gra Goslina, tudzież nieumiejętne poprowadzenie go w roli Juliana. Gł. bohater, jak słusznie podkreślasz, ma przed sobą arcyciekawą rozgrywkę – ma dokonać zemsty wbrew sobie. W efekcie dokonuje się na naszych oczach spektakularna klęska i/lub nieoczekiwane zamiana miejsc. A Julian godzi się na swój los, widzimy tylko kolejne upokorzenia. I, tak, w kontekście ostatnich nadludzkich bohaterów podejmujących gorączkowo walkę (którzy ostatecznie jednak poświęcają się w imię nowo odkrytych wartości…) postać nieudacznika, grana przez boskiego Ryana, jest ciekawym rozwiązaniem. Tyle że kanadyjskie zdolne ciacho od początku traci szanse by ze swojego bohatera wyciągnąć te wszystkie ew. bolączki i dylematy. Zdaję sobie sprawę, że redukcja ekspresji niemal do zera jest zaplanowanym zabiegiem, ale IMHO Gosling nie podołał zadaniu – chwilami nawet można było dostrzec tego Ryana z filmików z planu – uroczego faceta, który jednym uśmiechem potrafi ująć. A to nie takiego Juliana chciałam widzieć. Jednooki czy Driver przyciągali uwagę, byli tajemnicą, której ciężko było się oprzeć. Julian nie intryguje, nie wzbudza takich emocji, choć potencjalnie to jego postać jest najlepszym materiałem na hipnotycznego milczka :P Być może dzieje się tak, bo Julian odpuszcza na samym początku i pewne gest wykonuje wyłącznie pod presją matki…Na starcie jest przegrany i wyłącznie czeka…Na szczęście, są aktorskie magnesy w rolach Matki i Changa.

    A jak się odniesiesz do domniemanego komizmu, który pojawia się w niektórych momentach – czy to w scenach z udziałem KST, czy sekwencjach z karaoke? Dostrzegasz w ogóle jakikolwiek pomysł NWR na wpuszczenie trochę powietrza? Czy błędnie odbieram film i tam nie ma absolutnie z czego się śmiać? Naturalnie chodzi mi o zderzenie czołowe sprzecznych nastrojów.
    (Mnie trochę bawił Gosling, ale to z pewnością niezaplanowana atrakcja;)

    ps Super tekst! Nieprzyzwoicie cieszą mnie również te zaczepki w stronę Tarantino i von Triera czy też tej fali uwielbienia krytyki względem wspomnianych reżyserów :P

    Joanna

    • Myślę, że postać Juliana była trudniejsza do zagrania. Ale zgadzam się – Gosling nie poradził się tak fajnie, jak wcześniej, chwilami rozczarowywał. To największy minus filmu. Dwa dni po seansie odświeżyłem sobie „Valhalla Rising”. Różnica była kolosalna. Fajnie, że NWR odnalazł się z Goslingiem, ale bardzo niefajnie, że tym samym zapomniał o Mikkelsenie, który jest po prostu lepszym aktorem (obecnie jednym z absolutnie najlepszych).

      Jak dla mnie komizm (KST) był jak najbardziej celowy, choć teoretycznie nie pasujący do tak dusznego i mrocznego filmidła. No ale NWR lubi porządnie zaskoczyć, a już w „Bleederze” zgrabnie łączył humor ze śmiertelną powagą. Jednak scen z karaoke w ten sposób nie postrzegam. Myślę, że one moga się wydawać nam zabawne tylko dlatego, że azjatycka muzyka jest dla Europejczyka jak z kosmosu.

      Von Triera nie znoszę. Tarantino lubię, ale trochę irytująca jest dosyć powszechna bezkrytyczność wobec jego kolejnych filmów (zwłaszcza, że najlepsze lata ma już dawno za sobą; moim zdaniem „Django” to jego pierwszy w pełni udany film od bardzo dawna).

    • Humor w Bleederze – postać Lennego (Mads rządzi!) i wypożyczalnia video – to jednak była rzecz oczywista (pokazuje przy okazji dystans NWR do swojej osoby). Dzięki temu film nabiera też lekkości, tak pożądanej przy całym ciśnieniu wokół/z udziałem Leo. Po Pusherze aż prosiło się o odrobinę oddechu :P
      Bronson to z kolei przykład najbardziej dosadnego komizmu u NWR.
      Ja tam w czasie seansu miałam wrażenie, że w „Tylko Bóg wybacza” jest nieco więcej tego subtelnego komizmu; być może efekt zmieszania wśród ludzi spoza Azji był częścią planu i NWR celował bardziej w tzw. nerwowy śmiech…
      Wyobraźmy sobie teraz, co by było, gdyby w rolę Jednookiego wcielił się Gosling….brrrrrrr!

      Joanna

    • + A ja sobie przypomniałam z kolei Fear X po obejrzeniu Tylko Bóg wybacza i widać pewne podobieństwa między nimi. Takie wrażenie miałam w czasie oglądania TBW i okazało się, że coś jest na rzeczy, mimo że egzotyka i odmienność stylistyczna TBW nie powinna takich skojarzeń podsuwać. Ale film z Turturro ma również sporo „sennych” wizji, czerwonych korytarzy (hehe) i zbliżony nastrój (to już może kwestia indywidualna, bo a) NWR nastrój robi niemal bezbłędnie za każdym razem z podobnym skutkiem, b) poziom brutalności, przemocy jest zupełni inny, a ten element ma jednak znaczenie w TBW, c) co film to inny NWR, ale jednak autorski sznyt i firmowe wątki, motywy każdy jego film ma…więc na swój sposób wszystkie są podobne i zarazem zupełnie różne :D).

      Zazwyczaj Larsa nie znoszę, głównie za sprawą jego ostatnich filmów, obiecałam sobie nawet, że nie ma opcji, że obejrzę Nimfomankę.

      J.

    • Racja z „Fear X”. Całkiem podobni są też bohaterowie, ciągle błądzący i jak na NWR spokojni (no, tu musimy przymknąć oko na trzy sceny z Julianem). I tu i tu z czasem pojawia się też drugi bohater. O ile jednak w „Fear X” obie te postaci odgrywały taką samą rolę, o tyle w „TBW” jedna zastępuje drugą.
      W obu tytułach pachnie Lynchem.

      Ja Larsa ciągle oglądam. W imię zasady „znaj swojego wroga” ;]

  3. Super, długi, świetnie argumentujący twój pogląd tekst. To po pierwsze. Po drugie, „Tylko Bóg wybacza” jest filmem, który wiele według mnie traci na występie Goslinga, i choć nie oglądałem filmu, a Ryan jest moim ulubionym aktorem, wychodzę z takiego założenia. Film traci wiele przez bardzo negatywne oceny nastolatek, które nie spodziewały się mocnego, brutalnego kina, tylko chciały zobaczyć swojego ukochanego na wielkim ekranie. Sam nie jestem jakimś wielkim fanem „Drive”, który dla mnie był po prostu dobry, jednak nic więcej. Boję się tego filmu, im bliżej tym coraz bardziej boję się seansu. Refn mnie tą produkcją przeraża :)

    Pozdrawiam i zapraszam do siebie
    http://www.filmowe-abecadlo.blogspot.com
    + obserwuję na bloglovin :)

    • Zgadzam się, acz wydaje mi się, że – paradoksalnie – film też na tym nieco zyskuje. Chodzi mianowicie o rozgłos, o to, że gdyby nie Gosling, obejrzałoby go mniej widzów, a kto wie, może komuś, kto wcześniej z takim kinem do czynienia nie miał, to się jednak spodoba. I dzięki temu zacznie grzebać celem odnalezienia podobnych tytułów.

      Słuszne masz obawy, bo to kino totalne i albo się je lubi bardzo, albo nie lubi się go wcale. Najodważniejszy film NWR, zwłaszcza w kontekście przystępności „Drive”. Ale jeśli już dasz się porwać… :)

  4. Nie raz dyskutowaliśmy na ten temat i chyba zawsze będziemy tkwić przy tych samych stanowiskach. Nie mniej jednak zdanie „kiedy Von Trier odcina komuś łechtaczkę…” jest bardzo na wyrost. Przy Antychryście Von Trier został wygwizdany, jego łechtaczka także, więc nie powinieneś posiłkować się najbardziej skrajnym przykładem w jego filmografii.
    Ja z kolei jestem ostrożny w zachwytach dan NWR. Dlaczego? Bo właśnie ostatnie jego obrazy są nadinterpretowane. Pisałeś o bezkrytyczności wobec Tarantino, ale trochę sam objawiasz to w samo w stosunku do Refna. Od razu napiszę, Tylko Bóg wybacza jeszcze nie oglądałem, ale to co do tej pory napisano, to dla mnie trochę mało. Tym bardziej martwi mnie trochę estetyka Gaspara Noe,którego Enter the void jest po prostu nieudane.
    Łukasz

  5. Jestem ciekaw tego filmu, głównie przez skrajne reakcje widzów. Niestety wszystkim stanęła w gardle mdła landrynka „Drive”, no i wizerunek reżysera ustawiony. Jego poprzednie filmy pozostawiły mnie obojętnym („Bronson”, „Drive”) lub spodobały mi się w taki czy inny sposób („Dealer”, „Valhalla”). Muszę obejrzeć najnowszy wytwór Refna, żeby się ustosunkować do jego osoby.

    Ty w ogóle zajmujesz się pisaniem zawodowo, czy tylko hobbystycznie na tym blogu? Bo czyta się ciebie lepiej niż połowę filmwebowych „autorów”.

  6. Mam cały czas wrażenie, że przez wiele osób ten film został oceniony jeszcze przed obejrzeniem. Do tego co napisałeś dodałbym dziwne porównania. W co drugim tekście pojawia się „Wkraczając w pustkę” co IMO nie ma żadnego uzasadnienia.

    Zawodowo o filmie chyba nie da się w tym kraju. W sensie, że takie osoby można policzyć na palcach. Redakcje padają szybciej niż powstają…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.