Johna Watersa mistrzostwo złego smaku. Część I: notka biograficzna

Share

Wbrew powszechnej opinii, zasłynął nie tylko filmem, w którym jeden z bohaterów je prawdziwe psie odchody. Jego nazwisko to przede wszystkim synonim ważnego prądu kultury XX wieku: kampu. Stylu, który jest już właściwie reliktem przeszłości, a dzisiaj nawet jeżeli jeszcze dycha, to raczej w podrzędnych undergroundowych filmach, których twórcy zdają się nie mieć wiele do powiedzenia. On sam powiedział zaś kiedyś: „Jeśli ktoś zwymiotuje oglądając mój film, będę się z tego cieszył jak z owacji na stojąco”. Oto John Waters – ikona kina złego smaku.

Urodził się 22 kwietnia 1946 roku w Baltimore w stanie Maryland jako syn Johna Watersa seniora, wytwórcy sprzętu przeciwpożarowego, i Patricii Ann (z domu Withaker), pełniącej funkcję kury domowej. Całe swoje dzieciństwo spędził w Lutherville, gdzie mieszkał również Glenn Milstead, przyjaciel, a później też jego wielka muza. Człowiek, który wystąpił w większości jego filmów jako Divine. 

Bezpieczne przedmieścia Baltimore niezwykle nudziły młodego Johna, zainteresowanego od wczesnej młodości rzeczami, które nie powinny interesować go w tym wieku. Do niezwykłego dzieciństwa Watersa odnosi się Bartłomiej Paszylk, który pisze: „Jako odtrutka na towarzystwo opiekuńczych rodziców oraz przemiłych sąsiadów zrodziła się w nim obsesja na punkcie wypadków samochodowych. Rozbijanie zabawkowych samochodów i wymyślanie, jakie to przykre rzeczy mogły się przydarzyć ich pasażerom, stało się wkrótce jego ulubioną rozrywką”. Największym sukcesem małego Johna było namówienie matki, aby zabrała go na złomowisko, gdzie mógł przyglądać się z bliska wrakom aut.

Zdarzenie to było niczym pierwszy krok na artystycznej drodze Watersa. Reżysera, który w późniejszych latach z takim zamiłowaniem czerpał inspiracje z obszernego złomowiska popkultury, fascynując się w swoich filmach tym, co brzydkie, odpychające i zepsute.

Waters jako dziecko.

Innym znaczącym wydarzeniem, które ukształtowało Watersa, była wizyta w studiu filmowym, kiedy to jako młody chłopak zajrzał za kulisy swojego ulubionego programu telewizyjnego. Przekonał się wtedy, że to, co w telewizji sprawiało wrażenie niezwykłego, fascynującego świata, było tak naprawdę rozczarowujące i zwyczajne, zaś gospodarz programu, Buffalo Bill, nie był tym miłym mężczyzną, na którego zawsze pozował. Doświadczenie to przydało się Watersowi później, przy tworzeniu musicalu Lakier do włosów (1988). Główny zainteresowany to odkrycie skomentował bardzo krótko: „Pomyślałem sobie wtedy: wszystko jest jednym wielkim kłamstwem i właśnie temu chcę poświęcić swoje życie”. Z czasem fascynacja sztucznością stała się jednym z motywów przewodnich autora, który sam przyznawał, że jego „ulubionym filmowym pomysłem jest zrobić film, w którym wszystko jest sztuczne. – drzewa, trawa, nawet słońce”.

Wkrótce John postanowił, że on również będzie dostarczać ludziom rozrywkę. Jako że nie był typowym dzieckiem (z różnych materiałów jemu poświęconych możemy się dowiedzieć, że jego ulubionym wspomnieniem z dzieciństwa było zobaczenie prawdziwej krwi w jednym z samochodów na złomowisku), jego pierwsze artystyczne wystąpienia nie należały do typowych.

Młody Waters otworzył w swoim garażu prawdziwą „komnatę grozy”, do której za odpowiednią opłatą wpuszczał dzieciaki z sąsiedztwa. Za pięć centów od osoby, zainteresowani przedzierali się „przez czarną jak smoła plątaninę <<sztucznych pajęczyn>> i serię <<małych pułapek>>, podczas gdy właściciel przybytku czekał na drugim końcu, by spryskać wychodzących na światło dzienne delikwentów gaśnicą swojego ojca”. Interes upadł po interwencji zniesmaczonych rodziców dzieci, które były pierwszymi odbiorcami radosnej twórczości młodego Johna.

Później przyszła kolej na teatrzyki lalkowe, które mały artysta wynajmował na różne przyjęcia. W taki właśnie sposób zarabiał 25 dolarów tygodniowo już jako 10letni chłopiec. Najczęściej w swoich teatrzykach wystawiał uproszczone wersje znanych baśni, zawsze jednak dodawał do nich jakiś autorski pierwiastek, przez co główni bohaterowie w finale przeważnie ginęli rozszarpywani przez potwora. Po jakimś czasie i ten interes upadł, bo jak powiedział sam Waters: „moje teatrzyki kukiełkowe stały się zbyt pojebane i rodzice przestali mnie angażować”.

Od najmłodszych lat i najprostszych przedstawień John Waters stawiał na niekonwencjonalne rozwiązania. Starał się łączyć znane motywy z innowacyjnymi i zaskakującymi elementami. To właśnie te dziecięce doświadczenia z reżyserskim fachem, a także filmy dla dorosłych, wyświetlane w miejscowym kinie samochodowym, które Waters podglądał za pomocą lornetki, jego biograf Robert L.Pela wymienia jako najbardziej znaczące dla jego późniejszej kariery. 

Duży wpływ na zwichrowaną osobowość Watersa miała również katolicka szkoła Calvert School w Baltimore, a następnie Calvert Hall College High School w pobliskim Towson. Waters na temat doświadczeń wyniesionych z tych szkół wypowiadał się następująco: „Katolicy wszystkiego zabraniają, więc człowiek tym bardziej ma ochotę robić wszystko”. Dorastający w Ameryce, w rewolucyjnych latach 60., przekornie postanowił, że będzie robił dokładnie to, na co ma ochotę.

Jego dalsza edukacja przebiegała więc nadal dość burzliwie. W 1966 roku Waters rozpoczął studia na University of Baltimore, a po roku przeniósł się do Nowego Jorku, gdzie planował studiować reżyserię. Niestety, życie studenta nie pociągało buntowniczego młodzieńca z Baltimore, który utrzymywał się głównie z drobnych kradzieży, a pieniądze wydawał na marihuanę, LSD oraz bilety do kina. Nie ukończywszy pierwszego semestru, został wyrzucony z New York University za palenie marihuany na terenie uczelni. Cała sytuacja zakończyła się wielkim skandalem. Uczelniana policja poleciła Watersowi zachować okoliczności całego zdarzenia w sekrecie. Jednakże Waters już na drugi dzień zadzwonił do nowojorskiej gazety „Daily News”, która przeprowadziła z nim wywiad na temat afery, zatytułowany Pot Bust at NYU.

Siedemnastoletni Waters postanowił na poważnie zająć się tworzeniem filmów. W realizacji jego artystycznych marzeń wspomogła go babcia, Stella Whitaker, która kupiła mu na urodziny pierwszą kamerę 8mm. Za pomocą tegoż prezentu Waters nakręcił swój pierwszy film krótkometrażowy – Hag in a Black Leather Jacket (1964). Debiut ten trwa tylko siedemnaście minut i jest zapisem zaaranżowanego ślubu Afroamerykanina i białej kobiety, udzielonego na dachu posesji Watersa przez przedstawiciela Ku-Klux-Klanu. Goście weselni zostali ubrani w amerykańskie flagi lub folię aluminiową, a ostatnie ujęcie prezentowało napis „The End” spłukiwany w czeluści muszli klozetowej; będąc tym samym ironiczną puentą całego filmowego eksperymentu, podkreślając jego śmieciowy charakter. Krótkometrażówka doczekała się tylko jednego publicznego pokazu, który miał miejsce w kawiarni w Baltimore, będącej mekką kontestującej młodzieży oraz lokalnej bohemy.

Kolejnym filmowym eksperymentem Watersa, była krótkometrażówka Roman Candles (1966). Reklamowana jako „przedmiejski shocker dla nastolatków” stanowiła hołd złożony kultowemu filmowi Andy’ego Warhola i Paula Morriseya pt. Chelsea Girls (1966). Obraz ten jest mieszanką scen seksu zakonnicy z księdzem, narkotyzującego się nastolatka, sadomasochistycznych zabaw z użyciem więzów, oraz widoków debiutującego na ekranie Divine zajadającego się owocami. Gdzieś w tle widać jeszcze przebitki z materiałów dokumentalnych ukazujących papieża, a jako tło muzyczne posłużyły m.in. nagrania wywiadu z matką Lee Harveya Oswalda – mordercy Johna Kennedy’ego. Co ciekawe, pomimo swego antyreligijnego charakteru, Roman Candles miało swoją premierę… w kościele.

W 1968 r. Waters nakręcił ostatni w swojej karierze film krótkometrażowy – Eat Your Makeup. 45-minutowy obraz opowiada o porwaniu kilku młodych modelek, które zostają zmuszone do zapracowywania się na wybiegu na oczach swoich przyjaciół i tytułowego jedzenia swojego makijażu. Był to trzeci, nakręcony tym razem za pomocą kamery 16mm, amatorski film Watersa, po którym jego wrażliwość estetyczna była już w pełni uformowana. Dopiero wtedy postanowił zająć się tworzeniem filmów pełnometrażowych, po których został ochrzczony m.in. „papieżem tandety” czy „księciem złego smaku”.

Na planie Roman Candles
Na planie Roman Candles

Reżyseria nigdy nie była jedyną pasją Watersa. Bardzo chętnie udzielał się aktorsko w filmach zaprzyjaźnionych twórców, chętnie wykorzystując w nich swój wizerunek skandalisty. Wystąpił m.in. w horrorze Laleczka Chucky: Następne pokolenie (2004) Dona Manciniego, gdzie umiera w męczarniach polany kwasem, czy w horrorze komediowym Święto krwi 2: wszystko co możesz zjeść (2002) Hershella Gordona Lewisa, gdzie gra…duchownego.  Poza tym w latach 2006-2007 wziął udział w tworzeniu nietypowego reality-show o nazwie Til death do us a part, opowiadającego o problemach w małżeństwie, które w ostateczności doprowadzały do śmierci jednego z partnerów, a w tym roku pełnił funkcję gospodarza kalifornijskiego festiwalu punkowego Burger Boogaloo.

Kilka lat temu prowadził również zajęcia w Patuxent Institution, placówce zlokalizowanej między Baltimore a Waszyngtonem. Jego klasę stanowią odsiadujący długoletnie wyroki zabójcy, którzy uczą się na zajęciach opisywać swoje mordercze fantazje, zamiast wprowadzać je w życie. Co ciekawe, to właśnie ci kryminaliści, osoby dogłębnie odbiegające od normalności, Różowe flamingi (1972) skomentowały mówiąc Watersowi wprost – „Człowieku, jesteś popieprzony”. Jak przyznał główny zainteresowany, była to najlepsza recenzja, jaką ktokolwiek wystawił jego filmowi. 

Poza kręceniem i graniem w filmach oraz pracą z więźniami John Waters zajmuje się również sztuką. Kolekcjonuje obrazy (posiada jeden autorstwa Johna Gacy’ego, niesławnego seryjnego mordercy z lat 70.), wydał kilka książek, m.in Art – a Sex Book czy Unwatchable, a także wystawia swoje fotografie w galeriach i muzeach. Jego najbardziej znane ekspozycje to Rear Projection, wystawione w kwietniu 2009 w Marianne Boesky Gallery w Nowym Jorku i Gagosian Gallery w Los Angeles.

Waters jest gejem i głośno walczy o prawa homoseksualistów. Nie dziwi więc fakt, że większość bohaterów jego filmów jest przedstawicielami właśnie tej orientacji seksualnej. Jednak i w temacie swoich preferencji Waters wykazuje się typową dla siebie przewrotnością mówiąc: „I’m 100% gay and about 20% in gay society. Sometimes I’m more comfortable in punk rock clubs than gay clubs. There are just as many rules I rebel from in the gay world as the straight one. I’m gaily incorrect, but I do vote gay.”

Źródła i cytaty:
J. Hoberman, J. Rosenbaum, John Waters przedstawia: „Najobrzydliwsi ludzie świata”, w: Midnight Movies: seans o północy, Warszawa-Kraków 2011
B. Paszylk, John Waters w: Słownik gatunków i zjawisk filmowych, Warszawa – Bielsko-Biała 2010
www.dreamlandersnews.com/print/articles/divinetrash.shtml
http://www.nudemagazine.co.uk/feat_johnwaters.htm
http://artpapier.com/?pid=2&cid=3&aid=1351
J. Egan, Chronology, w: John Waters Interviews, University Press of Mississippi 2011
John Waters: same świństwa (reż. Jeff Garlin, 2006)

 

Marta Płaza

Absolwentka dziennikarstwa i filmoznawstwa. Miłośniczka horrorów, gór i kociego futra. Po godzinach marzy o wyjeździe do Nowego Jorku na festiwal filmów Tromy.

1 Komentarz

  1. „Stylu, który jest już właściwie reliktem przeszłości, a dzisiaj nawet jeżeli jeszcze dycha, to raczej w podrzędnych undergroundowych filmach, których twórcy zdają się nie mieć wiele do powiedzenia.” – przyznam, że to trochę dla mnie zbyt enigmatyczne. Możesz mi wymienić jakieś tytuły, żebym sobie to jakoś ukonkretnił.

    „Reżyseria nigdy nie była jedyną pasją Watersa. Bardzo chętnie udzielał się aktorsko w filmach zaprzyjaźnionych twórców, chętnie wykorzystując w nich swój wizerunek skandalisty.” – bo ja wiem, tak często jako aktor nie występuje, mam wrażenie, że odkąd nie może zebrać pieniędzy na nowy film, poświęca temu odrobinę czasu. Robi też za mentora dla młodych twórców, pomagał np. Toddowi Haynesowi. Dużym wypełnieniom jego filmografii są jego występy we własnej osobie w różnych filmach dokumentalnych oraz programach, jest tego ponad 150 pozycji i wciąż rośnie. Robił nawet wstępniaki przed projekcjami filmów, w stylu naszego polskiego „W starym kinie”. Jest też tzw. osobowością telewizyjną, czyli jest chętnie zapraszany od programów śniadaniowych do późno nocnych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.