Hongkong i okolice. Rok 1973 (część V)

Bruce Lee w "Enter the Dragon".

Niniejsza seria zaplanowana jest jako mini-encyklopedia produkcji z Hongkongu, Chin i Tajwanu, które zaliczają się do kina gatunków, ze szczególnym uwzględnieniem filmów wuxia, kung fu, kina akcji, kryminałów oraz horrorów. Warto w tym momencie przypomnieć oczywisty fakt, że pochodzi stamtąd również ogromna ilość doskonałego kina wszelkich gatunków, stąd też zachęcam do poznawania kinematografii tego obszaru Azji wykraczającej poza ramy tutaj nałożone.

Police Force
Jing cha
reżyseria: Cheh Chang, Ulysses Au-Yeung
scenariusz: Cheh Chang, Kuang Ni
choreografia scen akcji: Kai Tong, Chia-Liang Liu
studio: Shaw Brothers
premiera: 16.06.1973

Obsada: Chung Wong, Lily Li, Hsieh Wang, Helen Ko, Kuang-Yu Wang, Alexander Fu Sheng i inni.

Police Force rozpoczyna się od efektownego wprowadzenia Kuana Lianga (Alexander Fu Sheng), młodego karateki, którego spotykamy, gdy wraz ze swoją dziewczyną Yan Shen (Lily Li) udaje się na turniej sztuk walki. Na miejscu czeka na nich ich przyjaciel Kao Tung Huang (Chung Wong) oraz – jeszcze bezimienny, ale już knujący coś złego – Tu Kao (Kuang-Yu Wang). Cheh Chang i Ulysses Au-Yeung przedstawiają Lianga jako miłego, wygadanego młodzieńca, zakochanego z wzajemnością w pięknej dziewczynie. Sam turniej zaś choć jest przede wszystkim pretekstem do zaprezentowania jego zdolności sztuk walki, wykorzystany zostaje także do wprowadzenia na drugim planie Huanga, który niebawem przejmie rolę centralnej postaci. Te początkowe sekwencje udanie też wprowadzają podstawy pod główny wątek, pokazując odczuwaną przez Kao zazdrość wobec Lianga, jaki nie dość, że ma piękną dziewczynę, to na dodatek jest odnoszącym sukcesy i ogólnie lubianym człowiekiem. Prowadzi to bezpośrednio do następującego niewiele później ataku Kao i jego pomocnika na spacerującą po turnieju – w zaskakująco odludnym parku miejskim – parę zakochanych. Liang ma oczywiście nad przeciwnikami sporą przewagę, lecz gdy przestępcy wykorzystują Shen jako zakładniczkę sprawy przybierają nader zły obrót.

Chang przeprowadził introdukcję Alexandra Fu Shenga do kina akcji ze stajni braci Shaw w bardzo podobnym stylu, w jakim zaprezentował Lunga Ti w Vengeance!. Oczywiście – jak pisałem wcześniej – Fu Sheng pojawił się już wcześniej w malutkiej rólce w The Generation Gap, lecz to Police Force należy uznać za pierwszy „wielki” film tej przyszłej megagwiazdy studia. Fu Sheng miał 17 lat gdy po raz pierwszy pojawił się przed kamerą. Był on jedną z 45 osób, które 28 września 1972 roku ukończyły kurs aktorski, otwarty w sierpniu 1971 roku przez HK-TVB i Run Run Shawa z Shaw Brothers. Fu Sheng na tyle wyróżniał się wśród kursantów, że zwrócił uwagę – zawsze chętnego do promocji nowych talentów – Cheha Changa, który obsadził początkującego aktora w Police Force jeszcze zanim ten otrzymał dyplom ukończenia kursu. Fu Sheng nie zawiódł pokładanych w nim nadziei i zaprezentował się nadto udanie, zarówno w scenach akcji, jak i wymagających bardziej tradycyjnych zdolności aktorskich, toteż nie dziwi jego szybkie wzbicie się na czołówki popularności. Tym samym Shaw Brothers mogli poszczycić się ówcześnie większym zbiorem gwiazd niż jakiekolwiek inne studio z Hongkongu czy Tajwanu miało do zaoferowania.

Niestety oprócz wprowadzenia Fu Shenga do panteonu wielkich nazwisk studia, Police Force nie odnosi zbyt wiele sukcesów. Główna oś fabularna obraca się wokół Huanga, który motywowany palącą żądzą zemsty Shen dołącza do policji z misją odnalezienia i zabicia mordercy przyjaciela. Na poszukiwaniach winnego spędza kilka lat służby, w międzyczasie awansując i od czasu do czasu tłukąc się z bezimiennymi chuliganami, podczas gdy Shen co jakiś czas mobilizuje go do dalszego działania. Główny wątek jest przez to bardzo monotonny, jego jedyną zaletą są moralne zagwozdki protagonisty, próbującego pogodzić honorową misję zemsty z honorowym wykonywaniem zawodu policjanta. Obrany przez reżyserów wolny tok narracji miał najpewniej wspomagać realistyczny obraz hongkońskiej policji, lecz w połączeniu z prostotą fabularną i nagłymi przeskokami w czasie akcji, jedynie obniża poziom zaangażowania widza.

W drugiej połowie filmu złoczyńca zostaje w końcu odnaleziony, lecz równocześnie zostaje zredukowany do roli podrzędnego bandziora, jednego z wielu na usługach pojawiającego się niemal znikąd bogatego gangstera, stanowiącego jeden wielki zbiór klisz. Scen akcji też nie ma tu zbyt wiele, choć pochwalić należy finalną sekwencję rozgrywającą się w całości na małym jachcie. Sporo tu też strzelanin, często zastępujących spodziewane w podobnych produkcjach sceny kung fu, co sprawia, że filmowi jest bliżej do klasycznego kina akcji niż kina sztuk walki. Ostatecznie zatem, mimo solidnych kreacji Wonga i Li, Police Force stanowi co najwyżej średni przykład shawowskiego akcyjniaka.

The Virgins
Shi shen
reżyseria: Han-Hsiang Yu
scenariusz: Saan-Chi Lung
studio: Shaw Brothers
premiera: 23.06.1973

Obsada: Margaret Hsing, Wang Wai, Lau Gam, Helen Ko, Pei Yu, Yuan Chuan, Chung-Shan Wan, Shen Yuan, Chung Kao, Kuang Wu, Man-Chiao Wang, Mei-Fung Tung-Fong, Ming Gai i inni.

The Virgins jest kolejnym przykładem erotycznego kina, jakie gwałtownie zyskiwało popularność wśród ówczesnej hongkońskiej widowni. Han-Hsiang Yu w swoim filmie skupia się na trzech dziewczynach, które spotykamy gdy podczas wędrówki do miasta zostają zaatakowane przez trzech gwałcicieli. Dwóm dziewczynom – w scenach starających się bez większego powodzenia łączyć komedię z dramatem – udaje się uciec przed agresorami, lecz jedna z nich nie ma takiego szczęścia i zostaje zgwałcona.

Gdy spotykamy je później, każda z nich prowadzi już osobne życie. Pierwsza z kobiet, Xing-Li (Helen Ko), została modelką; jej fotograf podstępnie próbuje przekonać ją do pozowania nago oraz pozwala na jej molestowanie przez pojawiającego się znikąd biznesmena. Widz dowiaduje się w ten sposób, że jeśli kobieta chce osiągnąć finansowy sukces bez akceptacji zasad społecznych, to niechybnie zostanie seksualnie ukarana. Xing-Li akceptuje je zatem, dzięki czemu znajduje przyzwoitego mężczyznę i zostaje pielęgniarką. Nieco mniej szczęścia ma zgwałcona w początkowych scenach Manli (Lau Gam). Pracująca jako hostessa (i – choć nie mówi się o tym wprost – prostytutka) kobieta zakochuje się z bogatym Wenie Da (Wang Wai). Mężczyzna odwzajemnia jej uczucia, lecz gdy powraca jej gwałciciel (Yuan Chuan) sytuacja się komplikuje. Otóż okazuje się, że choć Manli broni się przed swoim oprawcą, odczuwa też seksualną przyjemność z agresywnego zachowania dręczyciela. Wen Da niebawem ją więc opuszcza i zamiast tego skupia swoją uwagę na trzeciej z dziewczyn: Chunme (Margaret Hsing), obecnie pracującej jako kelnerka. Nie ma ona jednak zamiaru angażować się w żadne relacje z mężczyznami i podczas ucieczki przed upartym Da wpada pod samochód, co kończy się dla niej utratą nogi. Manli tymczasem nie ma zamiaru zrezygnować z pogoni za mężczyzną swoich marzeń i zaczyna szantażować Da, podejmującego decyzję o ustatkowaniu się z niepełnosprawną Chunme.

Nieco podobnie do filmów Han-Hsianga Li, także i Yu przedstawia skrajnie niemoralny obraz kraju – tutaj Tajwanu, gdzie film był kręcony – pełnego seksualnych drapieżców i ludzi, którzy pod uśmiechniętą twarzą skrywają absolutne zepsucie. Pomijając fakt narracyjnego chaosu oraz licznych potknięć logicznych, The Virgins najbardziej zniesmacza nonszalanckim podejściem do kwestii molestowania seksualnego czy gwałtu. Niemal wszystkie traumatyczne zdarzenia – mimo że zamknięte w ramach klasycznych, niezbyt ambitnych i popularnych w Tajwanie romansów – ostatecznie są przyczynkiem do erotycznych, komediowych lub erotyczno-komediowych scen. Finalnie zatem produkcja prezentuje się jako sklecona naprędce uboższa wersja kina spod ręki Han-Hsianga Li i – jako taka – może być polecana jedynie największym fanatykom produkcji Shaw Brothers czy fanom obsady, która – szczególnie jej żeńska część – zaprezentowała żywiołowe kreacje.

The Angry Hero aka Cold Faced Snake aka Mean Kung-Fu Machine
Leng mian she
reżyseria i scenariusz: Lung Chien
choreografia scen akcji: Fei Lung, Fei-Long Huang
studio: Filmline Enterprises
premiera: ??.??.1973

Obsada: Ching-Ching Chang, Pin Chiang, Chia-Lin Sun, Fei Lung, Hui-Lou Chen, Chi Ma, Mao Shan, Hsiao-Pao Ko, Ming Lui i inni.

Kolejny tajwański, niskobudżetowy film kung fu prezentuje się nieco lepiej od wielu posobnych mu produkcji. Po pierwsze posiada ciekawszą i bardziej rozbudowaną fabułę, wykorzystującą jako punkt wyjścia znany z kina wuxia pomysł osierocenia bohaterów za młodu, rozłączenia ich, wychowania pod opieką mistrzów sztuk walki i „przypadkowym” spotkaniu po latach, w samą porę by wymierzyć zemstę antagonistom. W The Angry Hero za młodu rodziców stracili chłopak i dziewczyna, jacy wyrośli – szczególnie posiadająca oprócz bitewnych, także strategiczne i aktorskie zdolności Fang – na całkiem silnych wojowników. Ich zdolności mogą jednak nie wystarczyć w starciu ze złymi mistrzami, którzy całe lata trenują potężne techniki. Na szczęście do walki włączają się też inni młodzi mistrzowie obu płci. Razem postanawiają stawić czoła podstępnym i potężnym złoczyńcom, terroryzującym miejscową ludność.

The Angry Hero jak na film, którego fabuła jest niewiele więcej niż pretekstem do pokazania scen sztuk walki, robi całkiem przyzwoity użytek z zaprezentowanej historii. Pozwala wszystkim głównym postaciom – a jest ich piątka – na wykazanie się swoimi stylami i charakterami, dzięki czemu nie wydają się jednowymiarowym zlepkiem wojowników, których jedyną rolą jest bicie się i posiadanie kamiennej twarzy. Wspomniane aktorskie zdolności Fang na przykład przydadzą się, gdy wcieli ona w życie plan infiltracji bazy wroga, korzystając z kolejnego klasycznego dla wuxia pomysłu, czyli z męskiego przebrania.

Nie da się jednak ukryć, że produkcja istnieje przede wszystkim dla scen akcji. Te w większości są bardzo przyzwoite: dynamiczne, dość zróżnicowane, brak tu irytujących przeskoków między lokacjami w trakcie dłuższych potyczek, nie uświadczymy żadnych dłużyzn, a zaangażowanie różnorodnych wojowników pozwala uniknąć zbytniej powtarzalności. Minusami są tu triki montażowe sztucznie zwiększające dynamikę niektórych walk i prędkość ciosów, są one bardzo łatwo zauważalne i prezentują się zwyczajnie nie na miejscu; podobnie nieudanie prezentują się sekwencje z użyciem irytującego fast motion, tych na szczęście jest bardzo mało. Ostatecznie zatem The Angry Hero to przyjemne, oldschoolowe kino kung fu, jakie powinno zadowolić każdego fana gatunku.

Beach of the War Gods
Zhan shen tan
reżyseria i scenariusz: Yu Wang
choreografia scen akcji: Hung Kwan, Bo Siu
studio: Golden Harvest
premiera: 13.07.1973

Obsada: Yu Wang, Fei Lung, Yeh Tien, Han Hsieh, Mao Shan, Hung Tsai, Hung Kwan, Min Min, Yi-Kuai Chang i inni.

Czego można się spodziewać po produkcji, za kamerą której stoi Yu Wang? Czerpania garściami ze stylistyk zagranicznego kina, ze szczególnym uwzględnieniem japońskiej chanbary i włoskich westernów, zaprezentowania wojowników posługujących się bardzo odmiennymi stylami walki, licznych przejaskrawień, jakie umieszczą produkcję w rejonach bliższych kinu eksploatacji i zdrową dawkę nacjonalizmu, objawiającego się w negatywnym portretowaniu obcokrajowców. Omawianą pozycję Wang wzbogacił też o wyolbrzymiony motyw „niezłomnej męskości” rodem z produkcji Cheha Changa; Beach of the War Gods jest tak bardzo męski, że na jego planie nie pojawiła się żadna aktorka, co było zresztą jednym z głównych elementów promocji filmu, reklamowanego jako „najbardziej męski” ze wszystkich wuxia. Wang jako reżyser kojarzy się co prawda prymarnie z kinem kung fu spod znaku The Chinese Boxer i One-Armed Boxer, lecz potrafił on również tworzyć niezgorsze produkcje wuxia, co poświadcza choćby świetny The Sword, którego był współreżyserem oraz korzystający z cech gatunku The Brave and the Evil.

W tym też gatunku postanowił zrealizować swój piąty film, a zarazem drugi dla studia Golden Harvest, zatytułowany Beach of the War Gods. Wiele osób słusznie wskazuje, że fabuła produkcji została oparta na fabule Siedmiu samurajów Akiry Kurosawy, lecz w moim uznaniu Wang mocno inspirował się także Trzynastoma zabójcami Eiichiego Kudo, który to oczywiście sam też nawiązywał do Siedmiu samurajów. Z filmu Kurosawy mamy punkt wyjściowy: potężny szermierz Feng Hsiao (Yu Wang) trafia do małego miasteczka, które zostało zaatakowane przez japońskich piratów, powoli przejmujących kontrolę nad całym terenem. Hsiao rozprawia się z kilkoma z agresorów, po czym musi przygotować wioskę do obrony przed zbliżającą się armią piratów, którym przewodzi potężny wojownik Shinobu Hashimoto (Fei Lung). To, co następuje później to poszukiwanie wojowników, którzy pomogą bohaterowi w obronie tak wioski, jak i chińskich wartości, zbrukanych przez – jak zawsze w tego typu filmach – barbarzyńskich Japończyków. Łącznie z protagonistą dzielnych wojowników jest ledwie piątka, ale posiadają oni też własną miniarmię, więc ostatecznie stanowią potężniejszą siłę niż ich odpowiednicy z japońskich produkcji.

To, co nasuwa skojarzenia z filmem Kudo to fakt, że dochodzi tu do bardzo długiej bitwy (trwającej ok. 40 minut), złączonej z kilku pomniejszych sekwencji oraz fakt, że bohaterowie przygotowują przeciw swoim wrogom nader liczne pułapki. Same sceny akcji są natomiast zrealizowane w kluczu kina wuxia: mamy tu zatem wojowników z mieczami, „latającymi” nożami, walczących specjalnymi bitewnymi tarczami, włóczniami etc., a wszystko kończy się długim, rozbudowanym pojedynkiem. Wang znacznie przy tym uprościł fabułę pozostawiając praktycznie sam rdzeń znanych opowieści i skupił się niemal całkowicie na potencjale akcji, wzbogaconej wspomnianym wyrażeniem patriotyzmu/nacjonalizmu – stanowiącego być może rezultat tego, że Wang urodził się w Tajwanie podczas japońskiej okupacji kraju. Stąd też miłośnicy bardziej artystycznego kina wuxia czy szukający wielowątkowej fabuły nie znajdą tu dla siebie zbyt wiele. Tak samo smakiem obejdą się ci, którzy po film sięgnęli zmotywowani dokonaniami Wanga na arenie kina kung fu. Ci, którzy jednak znają Wanga lepiej i oczekują po produkcji stylistycznej mieszanki zamkniętej w ramach kina wuxia z przejaskrawionymi (choć nieco anachronicznymi niestety) sekwencjami sztuk walki nie powinni być zawiedzeni. Nie jest to co prawda produkcja na miarę The Sword, ani nie jest tak napompowana wściekłą akcją, jak One-Armed Boxer, lecz jest to wciąż produkcja Yu Wanga, który zna gatunek od podszewki i nie boi się eksperymentować z jego formą. Mnie to całkowicie satysfakcjonuje.

Enter the Dragon
Long zheng hu dou
reżyseria: Robert Clouse
scenariusz: Seung-Ling Hoh, Michael Allin
choreografia scen akcji: Bruce Lee
studio: Golden Harvest (produkcja i dystrybucja), Concord Productions (produkcja), Warner Bros. (dystrybucja)
premiera: 26.07.1973

Obsada: Bruce Lee, John Saxon, Kin Sek, Jim Kelly, Betty Chung, Ahna Capri, Angela Mao, Robert Wall, Bolo Yeung, Roy Chiao, Sammo Hung, Jackie Chan i inni.

Zmotywowani sukcesami dotychczasowych produkcji kung fu z Brucem Lee w rolach głównych, decydenci z Warner Bros. postanowili wspomóc gwiazdę z Hongkongu na rynku amerykańskim w nadziei stworzenia jeszcze bardziej dochodowego hitu. Raymond Chow był oczywiście chętny do współpracy z amerykańskim gigantem, jako że nieprzerwanie poszukiwał możliwości podbicia nowych rynków, jak również rozbudowania gatunku.

Amerykańskie studio chciało aby produkcja spodobała się jak najszerszej grupie widzów, toteż oprócz chińskiego protagonisty stworzono także istotne postaci w osobach białego i czarnoskórego mężczyzn. W rolę lubującego się w luksusach i hazardzie karateki Ropera wcielił się John Saxon. W pierwotnej wersji scenariusza Roper miał zginąć, lecz agent Saxona powiedział studiu, że aktor nie zgodzi się zagrać jeśli jego postać spotka tragiczny finał. Studio uległo i zdecydowało się uśmiercić inną z postaci, Williamsa. W Williamsa zaś wcielił się mistrz świata w karate Jim Kelly, który w ostatniej chwili zastąpił w tej roli Rockne Tarkingtona, jako że Tarkington nieoczekiwanie zrezygnował z filmu na kilka dni przed rozpoczęciem zdjęć w Hongkongu. W kontekście aktorów – z perspektywy hongkońskiej – warto zwrócić uwagę na początkowe sceny. Otwierająca produkcję sekwencja sztuk walki to bowiem krótki pojedynek między Lee a Sammo Hungiem, ówcześnie uznanym choreografem scen sztuk walki oraz wschodzącą gwiazdą studia Golden Harvest, mającą za sobą udane role w omawianych wcześniej Lady Whirlwind i Hap Ki Do. Również w początkowych partiach pojawia się – jako gość specjalny – kultowy Roy Chiao, znany nam przede wszystkim z majstersztyków wuxia w reżyserii Kinga Hu, A Touch of Zen oraz The Fate of Lee Khan. W retrospekcji (odbywającej się podczas retrospekcji) pojawia się także moja ulubiona aktorka kina kung fu: Angela Mao. Wciela się w siostrę głównego bohatera, która – po dość przyzwoitej sekwencji sztuk walki – popełnia samobójstwo aby nie stracić honoru napastowana przez jednego z głównych antagonistów, Okatę (Robert Wall), i jego ludzi. Warto też wspomnieć, że w filmie pojawia się także Bolo Yeung; mimo że jego rola jest zdecydowanie mniejsza od niedawnej we Freedom Strikes a Blow, to jego potężna postura i prezencja ekranowa skutecznie wyróżniają go na tle innych postaci i to Enter the Dragon pomogło mu najbardziej w rozwoju dalszej kariery. Ostatnią osobą, którą przywołam jest Jackie Chan, pojawiający się na sekundę aby natychmiast zostać pobitym przez Lee; oprócz tego przypadła mu też pozycja jednego z kaskaderów, m.in. to on, zamiast Lee, wspina się po dachu budynku w jednej ze scen (w pozostałych scenach dublerem Lee był Wah Yuen).

Aby film mógł osiągnąć sukces w Ameryce, Warner Bros. wydało na jego reklamę ponad milion dolarów, przeznaczonych na takie formy promocji, jak komiksy czy darmowe lekcje sztuk walki. Opłaciło się i produkcja, na którą wydano ok. 850 tys. dolarów, zarobiła w USA około 25 milionów dolarów. Całkiem przyzwoity wynik finansowy Enter the Dragon osiągnęło również w Hongkongu, gdzie za dystrybucję odpowiadało Golden Harvest, lecz nie był to wynik, jaki studio sobie wymarzyło. Mimo że film zajął drugie miejsce w box officie, to cieszył się zdecydowanie mniejszą popularnością od wcześniejszych Fist of Fury i The Way of the Dragon. Przyznam w tym momencie, że również dla mnie – choć jestem świadom, że Enter the Dragon dla promocji gatunku na świecie i współczesnej popularności kung fu zrobił więcej niż jakikolwiek inny film – jest to produkcja mniej satysfakcjonująca niż poprzednie pozycje z Lee.

Po pierwsze fabuła filmu nie należy do najbardziej udanych (przy okazji zaznaczam, że piszę niniejsze omówienie na podstawie hongkońskiej, a nie amerykańskiej wersji, z której co nieco powycinano). Podczas dość długiego wprowadzenia do głównego wątku, protagoniście oferuje się aż trzy odmienne motywacje do wyruszenia na turniej sztuk walki, toczący się na wyspie złoczyńcy Hana. Po pierwsze Lee zostaje tam wysłany incognito przez amerykańskie służby aby znaleźć dowody na przestępczą działalność antagonisty, włamać się do jego placówki radiowej i stamtąd skontaktować się ze wspomnianymi służbami. Jest to dość kuriozalny plan, w dodatku niepotrzebnie uzupełniony o nawiązania do produkcji o Jamesie Bondzie. Po drugie mistrz Lee informuje go, że Han jest byłym mistrzem klasztoru Shaolin i należy go ukarać za splugawienie zasad sztuk walki i wykorzystanie wiedzy klasztoru w celu szerzenia zła. Po trzecie w podwójnej retrospekcji okazuje się, że główny pomagier Hana – wspomniany Okata – jest odpowiedzialny za śmierć siostry Lee. Wątek klasztorny w moim odczuciu byłby zupełnie wystarczający i nie wymagał wymyślania ani kuriozalnego planu służb (obecnych tylko po to aby zaznaczyć, że jest to film współtworzony przez amerykańską stronę), ani narracyjnej żonglerki zaburzającej w pierwszej połowie ogólne tempo narracji poprzez sceny wprowadzone tylko po to aby pokazać w akcji Angelę Mao i silniej zarysować negatywny portret Okaty. Jak pisałem już niejednokrotnie, uwielbiam Mao, lecz nawet ja muszę przyznać, że sceny z jej udziałem nie są tu zbyt potrzebne, ani nie są zbyt udanie wkomponowane w całość. Na szczęście, gdy wszyscy znajdą się już na wyspie, akcja nabiera tempa i zarówno fabuła, jak i tok narracji stają się satysfakcjonujące.

Niewolne od wad są też sceny akcji. Oczywiście, sceny sztuk walki prezentują się w większości udanie, choreografie są utrzymane w klasycznym dla Lee stylu, który ciężko krytykować, a sam Lee jest wyjątkowo charyzmatyczny i błyskawiczny w zadawaniu ciosów czy to pięścią, czy z pomocą nunchaku. To co wypada tu gorzej od poprzednich produkcji z Lee, jak i wielu produkcji z Hongkongu w ogóle, to sposób w jaki walki zostały sfilmowane. Robert Clouse – czy to z braku doświadczenia* w tego typu kinie, czy to z powodu faktu, że strona amerykańska traktowała idee stojące za sztukami walki z mniejszym uznaniem (fakt, potwierdzony tym, że w amerykańskiej wersji filmu wycięto sceny dotyczące filozofii stojącej za sztukami walk) – czasami przedstawia akcję korzystając ze zbyt dużych zbliżeń na aktorów, szczególnie na Lee. Często więc nie widać w pełni ciosów i technik wykonywanych przez postaci; widzimy, że wykonują jakiś ruch czy zmieniają pozycję, ale nie widzimy jaki ruch wykonują, ani w jaką pozycję przechodzą. Ponadto finalna walka, a nawet posunąłbym się do stwierdzenia, że wszystkie walki z Kin Sekiem nie prezentują się zadowalająco. Nie chcę przy tym umniejszać istotności Seka jako aktora, tym bardziej, że posiada on legendarny status w hongkońskim kinie – jeszcze zanim zagrał Hana w Enter the Dragon miał już na koncie role w ponad 500 produkcjach, w tym w wielu filmach z klasycznej serii o Fei-Hungu Wongu. Nie da się jednak ukryć, że sekwencje akcji z jego udziałem wypadają najbardziej archaicznie. Oczywiście finalne starcie choreograficzne niedobory zakrywa doskonałymi wyborami stylistycznymi, dotyczącymi miejsca walki. Udanie z ich pomocą uzupełniono też rozmowę Lee ze swoim mistrzem z początkowych partii produkcji, która to rozmowa została usunięta w wersji amerykańskiej, przez co tamtejsza widownia została pozbawiona tej swoistej klamry fabularnej.

Żeby jednak nie kończyć omówienia na negatywnej nucie, słowem podsumowania napiszę, że Enter the Dragon mimo pewnych widocznych braków i potknięć, stanowi niewątpliwie jeden z najważniejszych filmów kung fu w historii gatunku i jego wpływ na popularyzację nurtu na świecie jest nie do przecenienia.

* Podejście do kina sztuk walki było odmienne w Hongkongu i USA przez wiele lat; podczas gdy w Hongkongu poświęca się wiele czasu i energii na przedstawienie scen sztuk walki, w USA najpierw zwykle skupia się na scenach dramatycznych, a pozostały czas spędza na scenach walk, przez co prezentują się one zwykle o wiele bardziej ubogo. Ponoć pewnej nocy, podczas oglądania przez m.in. Clouse’a i Lee nagranego materiału, ten drugi miał powiedzieć, że niektóre sceny walk trzeba będzie nagrać ponownie, na co Clouse miał odpowiedzieć, że nie ma na to czasu i powinni skupić się na innych. Wściekły Lee miał wtedy złapać reżysera za gardło i powtórzyć swoją prośbę, na którą tym razem Clouse przystał.

The Pirate
Da hai dao
reżyseria: Cheh Chang, Hsueh-Li Pao i Ma Wu
scenariusz: Kuang Ni
choreografia scen akcji: Kai Tong, Chia-Liang Liu
studio: Shaw Brothers
premiera: 27.07.1973

Obsada: Lung Ti, David Chiang, Ching Tin, Gong Lau, Fung Yue, Mei-Sheng Fan, Dean Shek i inni.

The Pirate to sporo obiecujący, lecz ostatecznie dający widzowi tylko trzy rzeczy film kung fu spod ręki – wydaje się – zbyt wielu reżyserów. Produkcja skupia się na kojarzącym się z Robin Hoodem piracie, Pao-Chaiu Changu (Lung Ti). W przeciwieństwie do Robin Hooda jednak, Chang jest postacią historyczną, jaka żyła na przełomie XVIII i XIX wieku. Niedługo po rozpoczęciu się filmu jego statek zostaje uszkodzony podczas złodziejskiej ekspedycji, co zmusza go do próby zdobycia potrzebnych do naprawy materiałów incognito w miasteczku bezprawia. Początkowo twórcy wprowadzają wiele elementów fabularnej układanki, co sprawia, że wydaje się, że będziemy mieli do czynienia z nader ciekawą opowieścią. Pojawia się właścicielka domu publicznego (Fung Yue), będąca perfekcyjnie rzucającą ostrzami kobietą, pragnącą zdobyć nagrody za listy gończe wysłane za piratami Changiem i Er Dao Hua (Mei-Sheng Fan). Hua jest zaś zepsutym do szpiku kości piratem, który ucieka z więzienia i porywa statek bohatera. Miasteczkiem, do jakiego przybywa protagonista rządzi tymczasem chciwy i wprawny w sztukach walki złoczyńca You Lun Xiang (Ching Tin). Jakby tego było mało, na miejscu pojawia się również potężny generał Wu (David Chiang), który wraz ze swoimi ludźmi w ukryciu poluje na piratów.

Niestety właścicielka domu publicznego i Xiang okazują się rodzeństwem i z dwóch osobnych, potencjalnie rywalizujących ze sobą zagrożeń stają się jednym, w dodatku niezbyt dobrze wyeksploatowanym problemem. Ponadto dwójka ta, jak zresztą wszyscy bandyci na ich usługach, aż do ostatniej bitwy z bohaterem i jego ludźmi będzie się zachowywać niesamowicie naiwnie, przez co nigdy nie wydają się stanowić realnego zagrożenia. Tymczasem Hua niedługo po efektownej introdukcji całkowicie znika z filmu i powraca dopiero pod koniec w krótkiej, mało istotnej scenie. Jedynym dobrze poprowadzonym wątkiem jest ten, dotyczący rywalizacji Changa z generałem Wu, kulminujący w mocno rozbudowanym i świetnie poprowadzonym pojedynku, stanowiącym kolejny już przykład zetknięcia ze sobą największych gwiazd studia w quasi-crossoverze, niewątpliwie generującym dodatkowe zyski ze sprzedaży biletów.

Tym samym trzy rzeczy, które otrzymuje tu widz kina kung fu to świetna obsada aktorska, ostatnia sekwencja walki na plaży z grupą złoczyńców oraz finałowy pojedynek między Lungiem i Chiangiem. Cała reszta to po prostu solidny, sklecony w klasycznym dla Shaw Brothers stylu film, którego seans zadowoli wyłącznie fanów gatunku.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.