Heroiny eksploatacji

Switchblade Sisters
Share

Dzisiejszego wieczora mamy dla Was wpis wyjątkowo spóźniony, nie tyle dlatego, że już poniedziałek (a staramy się o publikację co niedzielę), lecz dlatego, iż niniejszy ranking pojawić się tu miał z okazji Dnia Kobiet. Coś nie wyszło, ale oto jest – krótki zbiór laurek dla heroin (postaci lub aktorek) naszych ulubionych, od ikonicznej piękności zdobiącej sztandarowe blaxploitation, po nieznaną u nas lepiej królową japońskiego women-in-prison. Oczywiście nie obyło się bez występów gościnnych: tradycyjnie już swoimi tekstami dzielą się z Kinomisją panowie Kuba Haczek i Simply z The Blog That Screamed, a do ich grona dołącza Bartek Basista ze świeżo powstałego We Are The Searchers. Zapraszamy do lektury (i ewentualnych seansów!).


Bartek Basista

Pam Grier jako Coffy

„She had a body men would die for – and a lot of them did!”

Oj tak, nasz ranking bez królowej kina blaxplotation były po prostu niepełny. Pam Grier to matka chrzestna filmowych heroin, które wymierzały sprawiedliwość na własną rękę. A jej rola w klasycznym już exploitation Coffy (1973), w reżyserii Jacka Hilla, wyznaczyła kierunek dla jej kariery, a także pokazała, że miejsce dla silnych niepodległych kobiet jest także w pierwszoplanowych rolach. Coffy to postać unikatowa. W pierwszych minutach filmu widzimy jak próbuje sprzedać swoje ponętne ciało za działkę koki, ale szybko przekonujemy się, że to tylko wabik na dilerów, którym rozwala głowy shotgunem tak, że ich twarze przypominają obraz Jacksona Pollocka. A później leci już jak w klasycznym Hitchcocku, napięcie nie spada, a Coffy sumiennie wyjaśnia nam pojęcie sloganu „Roaring Rampage of Revenge”. A robi to w bardzo finezyjny sposób, oczywiście w uciesze dla płci męskiej. Tak więc po drodze do wybuchowego finału mamy kocią walkę między trzema gorącymi pannami, które w czasie szarpaniny odsłaniają swoje kobiece uroki, mamy także Coffy biegającą z butelkowym tulipanem i ciągle ciepłym shotgunem, a także odgrażającą się gangsterom, że jutro będzie sikała na ich grób. Jest seksualnie, brutalnie i odpowiednio krwawo. I mimo krytyki wielkich recenzentów, że to rasistowskie czy seksistowskie, to trzeba zauważyć, że Coffy to postać ważna, silna, kobieca, która bierze przeznaczenie w swoje ręce. Niemal superbohaterka. To ona przetarła szlak filmowym heroinom do mainstreamu. Tym ważniejsze, że jest Afroamerykanką, a to z tą częścią amerykańskiej społeczności utożsamiany był problem narkotykowy w latach 70. Coffy is the Baddest One-Chick Hit-Squad that ever hit town! Tarantino adoruje, Roger Ebert nienawidzi.


Kuba Haczek

Laura Gemser

Pochodząca z Indonezji Laura Gemser to jedna z najurodziwszych aktorek (tak!) erotycznego kina europejskiego, na szczęście rzadko pomijana w tego typu zestawieniach. Myślę, że i to nie może obejść się bez krótkiej wspominki o Czarnej Emmanuelle, której unikalne piękno sprawiło, że do dziś pozostaje prawdziwym diamentem eksploatacji lat 70/80. Od młodych lat wykazywała zainteresowanie modą, co sprawiło, iż rozpoczęła studia w tym kierunku na artystycznej uczelni w Utrechcie, gdzie jako dziecko zamieszkała wraz z rodzicami. Równocześnie z zainteresowaniem haute couture rozwijała się jej kariera modelki; kwestią czasu stał się więc wyjazd do Włoch. W 1974 roku zagrała tam w swoim pierwszym obrazie, erotycznej przygodówce Amore Libero, dziejącej się na Seszelach. Ten klasyczny rip off Emmanuelle (1974), choć dziś zapomniany, ówcześnie był dosyć dużym hitem, stając się zaczątkiem kariery naszej bohaterki. W 1975 Gemser, która pozuje już wtedy dla największych magazynów – jej zdjęcia zdobią „Lui” czy „Playmana”, dostaje małą rólkę w Emmanuelle l’antivierge (1975), czyli kontynuacji przygód niestrudzonej eksploratorki doznań (reżyserem był Francis Giacobetti, fotograf wcześniej współpracujący z Gemser). Stąd był tylko krok do nowej serii, w której Laura rozkwitła w pełnej krasie. Sukces Black Emmanuelle (1975) sprawił, iż od tej pory była ona utożsamiana tylko i wyłącznie z tą postacią, grając w szeregu obrazów tej serii, które realizowano w egzotycznych lokacjach. W 1976 roku bierze ślub z poznanym na planie drugiej części Emmanuelle Gabielem Tinti, z którym żyje w szczęśliwym związku aż do śmierci aktora w 1991 roku. Oprócz erotyków grywa także w całej masie włoskiej eksploatacji: najczęściej u Joe D’Amato, ale i Riccardo Fredy; w obrazach nurtów women in prison, fantasy i science fiction. Karierę kończy na początku lat 90-tych m.in. u Massaccesiego w Love Project oraz projektując kostiumy do Door to Silence Fulciego (zajęcie, któremu poświęcała się już wcześniej, m.in. przy kultowym Trollu 2 [1990] Claudia Fragasso). Do dziś mieszka w Rzymie, ciesząc się niesłabnącym kultem. Laura Gemser to, oprócz egzotycznej urody oraz doskonałego ciała, naturalna, intuicyjna aktorka, nie narzucająca przesadnej ekspresji swoim postaciom. Kiedy trzeba, wtapia się w tło, innym razem błyszczy na pierwszym planie. Ideał i wzór do naśladowania!


Marta Płaza

Zoe Lund jako Thana vel Panna Kaliber 45 (Ms. 45)

Kaliber 45 (1981) Abla Ferrary to jeden z najlepszych filmów kina zemsty. Z pomysłem, świetnym wykonaniem i przede wszystkim zajebistą laską w roli głównej mścicielki, bije na łeb na szyję wiele sławniejszych filmów nurtu, z Pluję na twój grób (1978) na czele. Thana (znakomicie zagrana przez nieodżałowaną Zoe Lund) to seksowna kocica, która po traumatycznych przeżyciach (dwukrotny gwałt) zaczyna pokazywać pazury. Łapie więc za spluwę i rozwala łby męskim szowinistom, zaludniającym najbardziej zasyfione zakamarki Nowego Jorku. Pełną gracji i złości dziewczynę ogląda się z wielką przyjemnością, gorąco jej kibicując. A wszystko to dzięki wielkiemu talentowi młodziutkiej Zoe Lund, która sprawiła, że Thana dostarczała nie tylko ohydnej rozrywki, ale poruszała również nieco bardziej emocjonalne struny.


Simply

Perdita Durango

Nierządnica Babilonu wagi koguciej zstępuje między maluczkich i bezkarnie robi z nimi wszystko, na co tylko przyjdzie jej kaprys. Do tego mamy tu ciekawy przypadek franczyzy, gdzie trzecioplanowa postać głośnego filmu zostaje główną heroiną w kolejnym i to tak pomyślanym, by cały świat przedstawiony układał się w lustrzane odbicie jej mentalności. Pierwotnie, w Lynchowskiej Dzikości serca (1990), grana przez Isabellę Rossellini Perdita była postacią tyleż enigmatyczną, co pozostającą bez żadnego wpływu na rozwój akcji. Określono ją jako niebezpieczną meksykańską kontraktową zabójczynię, choć szczerze mówiąc, z twarzą córki Ingrid Bergman, to i ten Meksyk, i to niebezpieczeństwo trzeba było brać bardziej na wiarę. Dlatego Barry Gifford, autor adoptowanej książki (gdzie Perdita miała więcej do gadania niż w filmie) uznał, że szkoda zaprzepaścić krasawicy z takim potencjałem i z rozpędu machnął o niej wagonowo-masarskie pulpiszcze 59 and Raining: the Story of Perdita Durango. Zielone światło dla ekranizacji pojawiło się w roku 1997, a za kamerą stanął pełen energii i klinicznych pomysłów Alex de la Iglesia, legitymujący się arcydzielnym The Day of the Beast (1995). Zapewne drogę ku temu utorował Rodriguezowski Desperado (1995), nakręcając w Hollywood modę na meksykański low lifestyle, jednak w porównaniu z Perditą Durango (1997) prezentuje się on jak buda z tortillą przy bitwie pod Alamo. Perdita otrzymała tym razem sprężyste ciało upozowanej na Turę S. Portorykanki Rosie Perez, stworzone do zadawania rozkoszy i bólu, bez których nie może żyć. Zanim dopuści do siebie swego kocura, obije mu ryj i skopie nery jak szanujące się gestapo, a potem wyrwie zębami kawał mięśnia trójgłowego ramienia przez tkaninę rękawa – dopiero wtedy kocha się z nim jak opętana, na gołej ziemi. Perdita to dionizyjska poszukiwaczka przygód i mistrzyni w wyciąganiu cudzymi łapami cennych kasztanów z ogniska życia. Porywa parę dziewiczych, amerykańskich nastolatków, nie dla okupu, lecz po to, by drzeć permanentnego łacha z ich przerażenia, zgwałcić chłopaka (dziewczęciem zajmie się jej luby) i rytualnie zarżnąć oboje podczas obrzędu Santerii, której kapłanem jest jej chłop – kocur (po śmierci chce reinkarnować w jaguara), równo jebnięty bandzior i sadysta z genialnym poczuciem czarnego humoru. Dla Perdity dobrobyt nie stanowi wartości. Kasa liczy się o tyle, o ile może zapewnić natychmiastowe, epikurejskie zatracenie: o takiej kobiecie marzyli Artur Rimbaud i Hans Heinz Ewers. A Jankesi od kopa wymiękli przy nieokiełznanych bohaterach de la Iglesii i Gifforda, kastrując amerykańskie wydanie Perdity Durango z ponad dziesięciu co bardziej ekstatycznych minut.


Arek Szpak

Sasori

Nami Matsushima, znana także jako Sasori (Scorpion), to grana przez znakomitą Meiko Kaji bohaterka powstałej w latach 1972-76 pięcioczęściowej serii Female Prisoner #701. Mniej rozpoznawalna na Zachodzie, w Japonii to obrosła kultem postać, do której w rodzimym kinie powracano kilkakrotnie i później, ostatnio w 2008 r. W punkcie wyjścia pierwszego filmu serii Sasori to jeszcze dosyć typowy dla kina eksploatacji przykład ujęcia atrakcyjnej i silnej kobiety w opresyjnym świecie rządzonym przez chciwych i napalonych samców. Kobiety najpierw cynicznie wykorzystanej i brutalnie skrzywdzonej, później biorącej odwet na swoich oprawcach. Przy wszystkim, co w fabule pierwszego filmu dobrze znajome, portret jest jednak zaskakująco osobny na tle gatunkowej konkurencji i przybierający na swoistości wraz z kolejnymi odsłonami serii. W przeciwieństwie do klasycznego ujęcia heroiny w kinie eksploatacji, twórcy filmów o Sasorii z czasem wyraźnie odchodzą od ukazywania bohaterki przez pryzmat jej seksualności, a tym samym od postrzegania jej w kategoriach mokrej, męskiej fantazji o seksownej i silnej kobiecości przejmującej kontrolę (i pokazującej cycki). W rysowanym grubą krechą (ale i nie bez artystycznego wysmakowania po drodze) i z filmu na film w coraz to bardziej fatalistycznych barwach, świecie wulgarnego, patriarchalnego bezprawia, ubrana w swój charakterystyczny „superbohaterski” strój – długi, czarny płaszcz i duży kapelusz, precyzyjna i skuteczna w swoich działaniach, poszukiwana żywa lub martwa, a w swoim milczeniu i wycofaniu będąca w jakimś stopniu niewyjaśnioną zagadką, Sasori ma w sobie tajemnicę, niezależność i dumę ostatniego sprawiedliwego z westernu. I, jak często on, sprawia wrażenie postaci na poły mitycznej.


Marcin Zembrzuski

Tura Satana

Dziś, w kręgach fanów kina kultowego, pamiętana głównie za role w grindhouse’owym arcydziele Faster, Pussycat! Kill, Kill! (1965) i zet-klasowym anty-dziele The Astro-Zombies (1968), w trakcie swojej zbyt skromnej kariery zaliczyła ledwie paręnaście występów i ani jednego sukcesu komercyjnego. To modelowy przykład zmarnowanego potencjału, czy może raczej wielkiego pecha, bo Tura to prawdopodobnie jedna z najbardziej charakternych aktorek w historii i na jej powodzeniu X Muza mogłaby zapewne tylko zyskać. Odpowiednio obsadzona, Tura rozsadzała ekran. Tajemnica jej siły tkwiła zaś w jej życiorysie. Jako osoba, w której żyłach płynie głównie krew japońska oraz indiańska (w języku Czejenów jej imię oznacza „biały kameleon” lub „biały kwiat”), i która urodziła się tuż przed wybuchem 2 wojny światowej w Japonii, aby później zostać internowaną do obozu w USA, od dzieciaka musiała się ciągle bić, aby nie być gnojoną przez amerykańskich rówieśników. I wkrótce stała się liderką lokalnego gangu. Gdy miała 9 lat, została brutalnie zgwałcona przez 5 mężczyzn, którzy następnie zostawili ją w jakimś zaułku, aby wykrwawiła się na śmierć. Żadnemu z nich nie udowodniono winy, ale po tym wydarzeniu Tura zaczęła trenować sztuki walki, aby – podobno – kilkanaście lat później dorwać każdego z nich i się odpowiednio zemścić. W międzyczasie zaliczyła epizod piosenkarki bluesowej, a później zaczęła pracę striptizerki – której bały się koleżanki z pracy (złamała kręgosłup wężowi jednej z nich, gdy po raz kolejny znalazła go w swojej garderobie), a która stała się gwiazdą amerykańskiej burleski. Wśród jej chłopaków byli Elvis Presley oraz Billy Wilder, a kiedy jeden z jej licznych fanów okazał się zbyt natrętny, złamała mu szczękę. Oto właśnie Tura. Podobno jedyna aktorka, która nie dała się zdominować despotycznemu mistrzowi sexploitation Russowi Meyerowi. I zamiast tego zdominowała go. Porażka kasowa Faster, Pussycat sprawiła co prawda, że reżyser nie kontynuował obranej w tymże obrazie drogi, później jednak wielokrotnie powtarzał, że bardzo żałuje, iż nigdy nie zdecydował się na ponowną współpracę z aktorką. Niedziwne. Tura Satana to bogini.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.