H.P. Lovecraft, mon amour

15 marca 1937 roku, w wieku zaledwie 47 lat, zmarł Howard Phillips Lovecraft, pisarz specjalizujący się w tzw. weird fiction. Przez dwie dekady swojej literackiej aktywności publikował w groszowych, pulpowych czasopismach, co nie przekładało się zbytnio ani na godny zarobek, ani na większą popularność. To drugie przyszło dopiero wiele lat po śmierci autora, który urósł do miana postaci kultowej, a stworzone przez niego przedwieczne bóstwo o imieniu Cthulhu skutecznie przedarło się do popkultury. Twórczość Lovecrafta jest już od wielu lat źródłem niewyczerpanej inspiracji nie tylko dla kolejnych pokoleń pisarzy, ale i dla muzyków, autorów gier RPG czy też oczywiście filmowców. Z filmem Lovecraftowskim istnieje jednak pewien problem, gdyż twórczość pisarza, bardzo opisowa, nierzadko strasząca domysłami i tym, co czaić się może gdzieś za rogiem, jest w dużym stopniu nieprzetłumaczalna na język kina. A przynajmniej nie w bezpośredni lub – jak to niektórzy określają – “wierny” sposób. To, a także fakt, że znakomita większość filmowych adaptacji to twory niskobudżetowe, sprawia, że wielu entuzjastów Samotnika z Providence pozostaje w (dość mylnym) przekonaniu, że Lovecraft to pisarz wyjątkowo pechowy w przypadku filmów czerpiących z jego dokonań. A przecież nie ma niczego nieprzystającego w fakcie, że pulpa literacka znalazła swoje odzwierciedlenie w pulpie ekranowej. Tego typu obrazy, podobnie jak historie publikowane na łamach pism pokroju Weird Tales, to bardzo często twory dalekie od bycia idealnymi, ale zarazem niezwykle pasjonujące i wyróżniające się na tle co bardziej standardowej popkulturowej strawy. I to właśnie hołdowaniu tego rodzaju pozycji możecie spodziewać się w wyliczance, jaką przygotowaliśmy na kolejną rocznicę śmierci mistrza.

Wybraliśmy osiemnaście filmów, pośród których znajdziecie zarówno ekranizacje i adaptacje prozy Samotnika, jak i tytuły po prostu wyraźnie inspirowane jego twórczością. Zadania ich opisania podjęło się siedem osób, w tym trójka gości: bardzo dobrze już Wam znani Kuba Haczek (The Blog That Screamed) i Kamil Rogiński (Drugged by Movies), a także Piotr Borowiec, reprezentant polskiej sceny weird fiction (być może czytaliście już jego Polskie upiory albo Wszystkie białe damy) i prowadzący fanpage Klasyczna literatura grozy. Zapraszamy do lektury.

Piotr Kuszyński

PS. Główny kadr zdobiący niniejszy wpis pochodzi z Necronomiconu (reż. Brian Yuzna, Shusuke Kaneko i Christophe Gans, 1993).


1959 – Caltiki, the Immortal Monster (reż. Riccardo Freda, Mario Bava) – Piotr Kuszyński

Jesienią 1956 wytwórnia Hammer wypuściła do kin horror science-fiction o tytule X the Unknown, w którym to radioaktywna szlamowata masa straszyła widownię. Dwa lata później amerykanie wyprodukowali dużo bardziej znanego Bloba – zabójcę z kosmosu, gdzie Steve McQueen konfrontował się z pochłaniającą wszystko wokół galaretą, która przybyła na ziemię za pomocą tajemniczego meteorytu. I chociaż nazwanie obu filmów tworami lovecraftowskimi byłoby z mojej strony olbrzymim nadużyciem, tak trzeba uznać ich wpływ na pewną włoską produkcję, która już na takie miano z całą pewnością zasługuje. Caltiki jest, podobnie jak Blob, obłym, nieustannie powiększającym się glutem. To, co jednak go wyróżnia, to pochodzenie: Caltiki to też bowiem imię pradawnej, zapomnianej bogini, której tajemniczy kult rezydował gdzieś na terenie dzisiejszego Meksyku. Gdy spokój bóstwa zostaje naruszony przez grupę naukowców, narażają się oni na gniew nadnaturalnych sił, których emanacją jest właśnie ta wygłodniała, szlamowata masa, z którą kontakt kończy się jeśli nie śmiercią, to popadnięciem w obłęd. Dodatkowo całość mocno ocieka imperialistycznym sosem, co czyni z Caltiki – The Immortal Monster jednym z pierwszych filmów o prawdziwie lovecraftowskim charakterze. I chociaż tempo akcji momentami zdaje się nieco siadać, tak cudownie zrealizowane (pomimo nikłego budżetu) wizualia i odważne, jak na tamte czasy, sceny gore powinny wszelakie dłużyzny nam wynagrodzić. To kolejny piękny przykład tego, jak Włosi “naśladując” po swojemu pewne wzorce z zachodu tworzyli zupełnie nową jakość.


1963 – Nawiedzony pałac (reż. Roger Corman) – Piotr Borowiec

Bodajże pierwsza ekranizacja  prozy Lovecrafta wzięła swój tytuł od poematu E. A. Poego. Nie była to decyzja Cormana, lecz American International Pictures. Trudno temu zabiegowi się dziwić, wszak w 1963 roku, kiedy to zrealizowano Nawiedzony pałac, proza Mistrza z Providence była zdecydowanie mniej znana publiczności niż obecnie. Decyzja ta podyktowana była czystą kalkulacją, wytwórnia liczyła zapewne na powtórzenie sukcesu poprzednich produkcji  Cormana, opartych na prozie Poego. Pomimo to ciężko mi ją uznać za nadużycie. Mamy przecież do czynienia z filmem, który w sposób udany powiela najbardziej charakterystyczne cechy gotyckich filmów Amerykanina. Eksponowanie scenografii z upiornym domem w centrum, ekspresywna  gra Vincenta Price’a, podniosła muzyka oraz świetne zdjęcia Floyda Crosby’ego – wszystko to, co przesądziło o wielkości Zagłady domu Usherów (1960) czy Studni i wahadła (1961) znajdziemy właśnie tu. Fabuła jest równie luźno oparta na powieści Lovecrafta, co fabuły wcześniejszych filmów na twórczości Poego. Nie jest to zarzut, bynajmniej. Z Przypadku Charlesa Dextera Warda został praktycznie tylko główny koncept, oraz pewna dawka mitologii Cthulhu. To właśnie w Nawiedzonym pałacu na ekranie po raz pierwszy użyto „Necronomiconu”. Można się tylko cieszyć, że dokonał tego Vincent Price – naprawdę, mogło być  gorzej. I jak udowodniło wielu późniejszych filmowców, niestety było.


1965 – Die, Monster! Die! (reż. Daniel Haller) – Piotr Kuszyński

Po premierze Cormanowskiego Nawiedzonego pałacu nazwisko pisarza zaczęło nieco częściej pojawiać się na ekranach kin. Dwa lata po wspomnianym dziele za tematykę lovecraftowską zabrał się niejaki Daniel Haller, protegowany Cormana, który współpracował z mistrzem przy produkcji słynnego cyklu adaptacji Poego, wtedy jeszcze jako dyrektor artystyczny. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że debiut Hallera niemal z marszu przypomina klasyczne dziś pozycje od wytwórni AIP. To osadzony współcześnie gotycki horror, który, choć oficjalnie jest luźną adaptacją Koloru z przestworzy, jest tak naprawdę miszmaszem tego pierwszego z Zagładą domu Usherów. Hallerowi brakuje tutaj choćby odrobiny indywidualizmu i nie trudno posądzić reżysera o bycie “gorszym Cormanem”, co oczywiście nie oznacza, że opisywany przeze mnie film jest niegodny naszej uwagi. Przede wszystkim jest to nadal porządna strawa dla wszystkich tych, którzy zakochali się w gotyckich ramotach z ery Beatlesów i byłoby straszliwą szkodą, gdyby film miał umknąć uwadze entuzjastom tej konwencji. Po drugie, znajduję to za niezwykle fascynujące, że podobnie jak literacka twórczość Lovecrafta dużo zawdzięczała opowiadaniom Poego, tak i jego wczesne adaptacje narodziły się dzięki kinowej popularności mrocznego romantyka. I choć naturalnie najwięcej zaszczytów należy się w tym względzie Nawiedzonemu pałacowi, to jednak wierzę, że Die, Monster! Die! zasługuje na odrobinę pamięci, choćby za dołożenie jednej z pierwszych cegiełek do „filmowego Lovecrafta”.


1967 – Quatermass i studnia (reż. Roy Ward Baker) – Piotr Kuszyński

Postać profesora Bernarda Quatermassa powstała w latach 50. z inicjatywy angielskiego scenarzysty Nigela Kneale na zlecenie telewizji BBC. Naukowiec, którego losy nieustannie przeplatały się z kosmicznymi zagrożeniami, był bohaterem trzech mini-seriali, które to później doczekały się swoich kinowych odpowiedników wyprodukowanych przez wytwórnię Hammer. I tak się składa, że ostatni film z serii, Quatermass i studnia, jest  tym, z którego najgłośniej zdają się wybrzmiewać echa twórczości Lovecrafta. Fabuła kręci się wokół niezwykłego znaleziska, które okazuje się być obiektem pochodzącym z Marsa. Wszczęte badania doprowadzają naukowców do tropu, który sugeruje, że to istoty pozaziemskie są odpowiedzialne za rozwój ewolucyjny ludzkości, a wszelkie wierzenia czy przesądy, takie jak np. postać szatana, są wynikiem kontaktu naszego gatunku z Marsjanami, którzy swego czasu pragnęli skolonizować naszą planetę. Następstwem odkrycia pozostałości obcej cywilizacji jest (oczywiście) olbrzymie zagrożenie, któremu zaradzić mogą tylko ludzie nauki. Quatermass i studnia to jeden z najlepszych filmów science-fiction powstałych na brytyjskiej ziemi: niezwykle intrygujący, trzymający w napięciu i nawet poruszający. Pozycja obowiązkowa dla fanów gatunku, wytwórni Hammer i kosmicznej grozy w ogóle.


 1970 – Horror w Dunwich (reż. Daniel Haller) – Michał Mazgaj

Jedno z najbardziej kultowych opowiadań Lovecrafta zostało przerobione przez Hallera na tani i konwencjonalny horror okultystyczny, w którym odbijają się echa grozy gotyckiej (zarówno w warstwie fabularnej, jak i scenografii). Horror w Dunwich ma jednak do zaoferowania znacznie więcej niż niesławne sceny z migającym na różne kolory ekranem (groźne dla epileptyków) czy lekarza z boleśnie sztucznymi wąsami i brwiami. Mimo swojego taniego wyglądu potrafi on zaintrygować widza – zwłaszcza, że jest to jedna z nielicznych ówczesnych prób przeniesienia mitologii Cthulhu na taśmę filmową – a nawet stworzyć psychodeliczną atmosferę, głównie za sprawą kakofonicznego soundtracku Lesa Baxtera. Najlepiej wypada tu postać Wilbura grana przez Deana Stockwella. Jest on ucieleśnieniem demoniczności – pozbawionym emocji, bezwzględnym manipulatorem, a przy tym skrupulatnym okultystą. Sposób, w jaki wykonuje wszystkie rytuały, jest wprost magnetyczny. Poza tym fakt, że okazuje tak niewiele emocji i mówi monotonnym głosem czyni go jeszcze bardziej odczłowieczonym. W końcu rozchodzi się o pół człowieka i pół boga. W ogólnym rozrachunku Horror w Dunwich to idealne guilty pleasure. Posiada swoje wady, ale jest też produktem swoich czasów, zdolnym oczarować muzyką, klimatem, a może i nawet swoim tandeciarstwem.


1985 – Re-animator (reż. Stuart Gordon) – Piotr Kuszyński

Jeden z największych klasyków nieodżałowanej wytwórni Empire. Jest to historia Herberta Westa, zdziwaczałego studenta medycyny, który opracowuje niezwykłe serum będące w stanie “przywrócić do życia” świeżego nieboszczyka. A to, jak można się spodziewać, kończy się zazwyczaj festiwalem makabreski. Film Stuarta Gordona to niezwykle rozrywkowa i zdecydowanie nie traktująca siebie zbyt poważnie pozycja, która ma bardzo niewiele wspólnego z tym, co na ogół przychodzi na myśl, gdy ktoś podnosi temat twórczości H.P. Lovecrafta. Na próżno szukać tu typowych dla niego motywów, takich jak przedwieczne bóstwa, tajemnicze kulty czy przerażające tajemnice. Już oryginalne opowiadanie mistrza było dziełem dla niego dość nietypowym. Wydawany epizodycznie dla czasopisma Home Brew na przestrzeni kilku miesięcy w 1922 roku Herbert West – Reanimator był dziełem tworzonym przede wszystkim z konieczności zarobku. To zaś coraz bardziej frustrowało pisarza i podobno z czasem sam zaczął świadomie psuć kolejne epizody opowieści. Z drugiej strony nie brakuje głosów, że Lovecraft po prostu przedrzeźniał i kpił z klasycznego Frankensteina Mary Shelley. Jakakolwiek by prawda nie była, faktem jest, że kolejne rozdziały o przygodach Herberta Westa zawierały coraz większą dawkę absurdu. A to, że panowie Stuart Gordon i Brian Yuzna (producent) byli w stanie nie tylko zauważyć, ale i umiejętnie uwypuklić walory tej przegiętej historii w swoim filmie, uznaję za najlepszą formę komplementu dla pisarza.


1986 – From Beyond (reż. Stuart Gordon) – Kamil Rogiński

Już rok po Re-Animatorze Stuart Gordon z powodzeniem powrócił do prozy Samotnika. From Beyond to bardzo luźna adaptacja zaledwie 9-stronicowego, opublikowanego w 1934 roku, opowiadania pod tym samym tytułem. O ile Re-Animator w literackim oryginale zawierał wystarczająco dużo materiału, aby można było czerpać garściami na potrzeby filmu, tak króciutkie From Beyond zaoferowało zaledwie pomysł wyjściowy. Gordon, wokół motywu urządzenia, które pozwala odbierać rzeczywistość poza pięcioma zmysłami, zbudował historię wykraczającą daleko poza oryginał. Nawet Lovecraftowscy puryści powinni przyklasnąć. Reżyser opowiada o chorobie psychicznej, seksualności i bezdusznym dążeniu do przyjemności, które zamienia człowieka w potwora. W tym przypadku dosłownie, bo całość jest doskonałym pretekstem do zaprezentowania na ekranie najróżniejszych paskudztw. Doskonałe efekty dają się skwitować terminem „cielesna oślizgłość” i zajmują zasłużone miejsce pomiędzy The Thing (1982) a późniejszym Society (1989). From Beyond wyznaczyło kierunek dla kolejnych ekranizacji Lovecrafta w wykonaniu tego reżysera, będąc dużo mroczniejszym i poważniejszym od jego humorystycznego debiutu. Na ekranie ponownie goszczą Jeffrey Combs i Barbara Crampton, z których zmiana tonu wyciska jeszcze więcej aktorskiego dobra (a do cna wydusił ich późniejszy Castle Freak (1995), pokazując jak świetnym są duetem). From Beyond dopieszcza estetykę zapoczątkowaną w Re-Animatorze, polewając ją sosem o znajomym, ale jednak zupełnie nowym i lepszym smaku. Widz zostaje na bardzo krótkie półtorej godziny znokautowany. I gdy już otrzepie się ze szlamu, będzie dobrze pamiętał to uderzenie. Mus nie tylko dla miłośników pisarza.


1988 – Spider Labyrinth (reż. Gianfranco Giagni) – Wongo

Dario Argento spotyka Samotnika z Providence w zapomnianej perle z czasów zmierzchu włoskiego kina gatunkowego. A rozpoczyna się to tak, że młody językoznawca, niejaki Alan Whitmore (Roland Wybenga), przybywa do Budapesztu celem odnalezienia profesora Rotha, prowadzącego tam badania w ramach enigmatycznego projektu „Intextus”. Na miejscu dowiaduje się, iż starszy profesor rzekomo przeżył poważne złamanie nerwowe, co mogłoby tłumaczyć jego niespodziewane zniknięcie. Rozmowa z uczonym przebiega w cokolwiek dziwnej atmosferze, jednakże ostatecznie wręcza on Alanowi dziennik z zapiskami dotyczącymi poczynionego odkrycia, zawierający wzmianki o istnieniu wyznawców sekretnego kultu, grupie ludzi określanych mianem Tkaczy. Pobyt w stolicy Węgier umila bohaterowi uwodzicielska asystentka Rotha, Genevieve (Paola Rinaldi). Znajduje on też gościnę w hotelu zarządzanym przez nobliwą damę z czarnym kotem, Panią Khun (Stephane Audran, świeżo po oscarowej Uczcie Babette (1987) Gabriela Axela), lecz ekscentryczny nieznajomy (William Berger, weteran italo-pulpy) przestrzega go przed śmiertelnym niebezpieczeństwem. Wkrótce profesor Roth zostaje znaleziony martwy, z ciałem oplątanym w pajęczą sieć… Mamy tutaj właściwe dla giallo lejtmotywy – jest i cudzoziemiec wrzucony w wir zagadkowych wydarzeń, voyeuryzm, spiralne schody, czy znakomicie zainscenizowana scena zasztyletowania pokojówki wśród labiryntu białych prześcieradeł. Uzasadnione są skojarzenia z „paranoiczno-konspiracyjnymi” gialli pokroju Short Night of Glass Dolls (1971) Aldo Lado, jak również i „Trylogią Trzech Matek” Dario Argento; sam film bywał nawet nazywany nieformalną trzecią częścią (wówczas jeszcze nie nakręconą). Jednakże debiut Gianfranco Giagniego, któremu rychły zgon włoskiego horroru najwyraźniej nie pozwolił rozwinąć kariery we właściwym kierunku, ewoluuje w coś osobnego. O ile już wcześniej rytuał przejścia na drugą stronę lustra dopełniał się na blacie prosektoryjnego stołu, niejako pełniącym funkcję ofiarnego ołtarza (by przywołać tylko The Perfume of the Lady in Black (1974) Francesco Barilliego), tak tutaj podczas obrzędu w pełnej krasie manifestuje się plugawe bóstwo. I to w glorii analogowych efektów Sergio Stivalettiego, przywodzących na myśl sceny z Coś (1982) Johna Carpentera. Pajęczy bożek z ludzką głową może budzić skojarzenia z pracami dziewiętnastowiecznego proto-surrealisty Odilona Redona (Płaczący Pająk oraz Człowiek Kaktus), ale Charles P. Mitchell, autor The Complete H.P. Lovecraft Filmography zwraca uwagę na inne powinowactwo. Nie szczędząc samemu dziełu komplementów (ba, wprost określając film mianem jednego z najlepszych inspirowanych twórczością Lovecrafta), przywołuje podobieństwo do Atlach-Nacha, Wielkiego Przedwiecznego z osadzonego w Lovecraftiańskiej mitologii opowiadania Clarka Ashtona Smitha The Seven Geases (1934). Dla miłośników makaroniarskiej grozy pozycja wielce rekomendowana.


1993 – Dark Waters (reż. Mariano Baino) – Kuba Haczek

Dark Waters, debiut reżyserski Mariano Baino i do dziś jego jedyny film pełnometrażowy, to jeden z najważniejszych horrorów lat 90-tych. Nakręcony w dekadzie, kiedy włoskie kino gatunkowe właściwie już nie istniało, stał się pierwszym filmem,  który powstał na Ukrainie po rozdziale od Związku Radzieckiego. Ta oniryczna podróż do tajemnic dzieciństwa, przepełniona  rytualnym pojmowaniem zasad rządzących światem, pozostaje po dziś dzień doskonałym przykładem kina grozy powstającego z dala od dużych wytwórni i wielkich budżetów. Nie jest to ekranizacja opowiadań Lovecrafta sensu stricto. Fabuła reinterpretująca wątki Widma nad Innsmouth traktuje o odkrywaniu własnej tożsamości, powrocie do własnych korzeni i niemocy ucieczki od przeszłości. Główna bohaterka, Elizabeth, przypływa po wielu latach na odosobnioną od świata wyspę, gdzie chce rozliczyć się ze swoją przeszłością – klasztor będący miejscem jej narodzin jest siedzibą zakonu, finansowanego przez jej ojca. Po przybyciu na miejsce, przeszłość uderza w kobietę ze zdwojoną siłą. Wracają wspomnienia z dzieciństwa, pełne tajemniczych obrazów, które powoli układają się w mroczną całość. Okazuje się iż w klasztorze trwa kult zapomnianego przez ludzi boga, któremu cześć, w mających pradawną formę rytuału procesjach, oddają zakonnice. W katakumbach ukrywa się ślepy starzec malujący okrutne kaźnie, zaś ludzie mieszkający na wyspie również przejawiają mordercze skłonności. Już w prologu Baino doskonale wprowadza widza w wykreowany przez siebie i operatora Alexa Howe świat: kolejne kadry  przypominają bluźniercze sekwencje z największych dzieł kina nunsploitation. Nie ma tu jednak miejsca na tak częsty w tego typu kinie kicz: dla Baino liczy się przede wszystkim powolne budowanie klimatu narastającej tajemnicy, podsycane idealnie współgrającą z obrazem muzyką Igora Clarka. Z pozornie ogranych wątków Włoch tworzy oryginalną całość, pozbawioną fałszywych nut. Hołd dla włoskich mistrzów, a zarazem kino twórcze, pomysłowe i wciągające. Nie tylko dla fanów Lovecrafta.


1994 – W paszczy szaleństwa (reż. John Carpenter) – Michał Mazgaj

„Apokaliptyczna Trylogia” Johna Carpentera bardzo wyraźnie czerpie z prozy Lovecrafta. Najbardziej widać to w jej ostatniej odsłonie – którą znamy pod tytułem W paszczy szaleństwa –  będącej jednym wielkim hołdem zbierającym najróżniejsze motywy w jedną szaloną całość. Choć nie pojawia się w nim Cthulhu, mamy w nim rasę przedwiecznych bóstw z innego wymiaru, które chcą podbić świat ludzi. Nie znajdziemy Dunwich, lecz bardzo podobne do niego Hobb’s End (będące nawiązaniem do opisywanego wyżej filmu Quatermass i studnia). Po drodze wpadnie jeszcze mnóstwo innych mniej lub bardziej subtelnych nawiązań do prozy Samotnika z Providence, ale nie w tym rzecz. Carpenterowi udaje się emulować styl i klimat znany z tych opowiadań i, co więcej, robi to w bardzo prosty sposób. Całość jest opowieścią bohatera (Sam Neil) zamkniętego w szpitalu psychiatrycznym. W związku z tajemniczym zniknięciem pisarza Suttera Cane’a (Jurgen Prochnow) powoli traci on rozum, a jego postrzeganie rzeczywistości idzie w rozsypkę. Mizantropia, paranoja i lęk przed nieznanym są tu odczuwalne bardziej niż w jakimkolwiek innym filmie na podstawie Lovecrafta. Same przedwieczne monstra Carpenter po prostu skrywa w mroku, ukazuje je z bliska, niewyraźnie, na krótką chwilkę, co idealnie oddaje lovecraftowski topos niemożliwości opisania wyglądu Wielkich Przedwiecznych. Jedynym punktem, w którym film rozmija się z prozą, jest ton. O ile nadal towarzyszy nam fatalizm, W paszczy szaleństwa pozwala sobie na odrobinę humoru i satyrycznego przerysowania, zwłaszcza w kwestii ukazania popularności książek Cane’a czy postaci głównego bohatera. Osoby zakochane w twórczości Lovecrafta na pewno ten film znają, a jeśli nie… to nie wiem, na co jeszcze czekają!


1997 – Hemoglobina (reż. Peter Svatek) – Caligula von Kömuda

Wystarczy jeden rzut oka na obsadę i osobę reżysera, by zorientować się, że Hemoglobina (aka Bleeders) to jeden z tych tytułów, które zalegały zakurzone na dolnych półkach wypożyczalni video, by z rzadka skusić kogoś składającą obietnicę makabrycznych doznań okładką. Wszak jeśli sięgamy po tytuł z drugiej połowy lat 90. i gra w nim Rutger Hauer, to mamy 95% pewności, że to pozycja z gatunku direct-to-video. Tak się przy okazji składa, że film Petera Svatka to adaptacja jednego z najlepszych opowiadań w dorobku Lovecrafta. Mowa oczywiście o Przyczajonej grozie, która w 1994 roku doczekała się ekranizacji pod tym samym tytułem od studia Full Moon z Jeffreyem Combsem w obsadzie. Tandetny i irytujący, ten niskobudżetowy horror nijak nie był w stanie oddać choćby części uroku pierwowzoru i w pełni zasługuje na to, by być pomijanym litościwym milczeniem. Lepiej sprawa się ma w przypadku młodszej o trzy lata Hemoglobiny: tutaj scenariusz nieco wierniej trzyma się oryginalnej historii, choć wciąż razić mogą braki wykonania, okazjonalne bzdury i wyraźnie B-klasowy charakter przedsięwzięcia. Ważny jest jednak sam klimat historii, który okazuje się być całkiem mocarny. Jako że to produkcja kanadyjska, to wyraźnie obecny jest w niej hallmarkowo-telewizyjny rodowód: miejscami można odnieść wrażenie, że oglądamy jakiś nieukończony epizod Z archiwum X, na którego planie nie zdążyli się pojawić David Duchovny i Gillian Anderson. Oczywiście, jeśli rzecz postrzegać przez pryzmat twórczości Lovecrafta, to zdecydowanie daleko do szczęścia, niemniej jako tani substytut się sprawdza. Są tu zarówno ciekawe lokacje (senne miasteczko na wyspie), jak i niezła charakteryzacja stworów, szczypta golizny, nieco gore i „bulwersująca” tematyka (kanibalizm, kazirodztwo, hermafrodytyzm). Poza tym mamy przecież wspomnianego Hauera, dla którego jestem w stanie obejrzeć najgorszy nawet syf. Tutaj może i syf lekki jest, ale grunt że frajdę potrafi dostarczyć.

P.S. Last not but least: Hemoglobina była ostatnim projektem przy którym pracował legendarny Dan O’Bannon. Scenarzysta Obcego (1979), reżyser Powrotu żywych trupów (1985) i lovecraftowskiego Wskrzeszonego (1991) wkrótce potem przeszedł na „emeryturę” i poświęcił się głównie nauczaniu akademickiemu. Wraz z filmem Svatka historia w pewnym sensie zatoczyła koło…


2001 – Dagon (reż. Stuart Gordon) – Kamil Rogiński

Zajadli fani Lovecrafta mogą zarzucić Stuartowi Gordonowi, że w swoich produkcjach podchodził bardzo luźno do materiału źródłowego. Dagon to jak na razie ostatnia pełnometrażowa próba reżysera w przenoszeniu prozy legendarnego pisarza na ekran (w 2005 roku nakręcił jeszcze odcinek Masters of Horror na podstawie opowiadania Dreams in the Witch House). Film, czerpiący większość elementów z Widma nad Innsmouth, pokazał, jak bardzo można zbliżyć się do oryginału nie popadając przy tym w sztywną odtwórczość. Lovecraft nie jest polską lekturą szkolną i nie trzeba ekranizować go dosłownie. Kluczem jest oddanie motywów, założeń i klimatu jego twórczości. I na tym polu Dagon spełnia oczekiwania. Owszem, ikoniczne miasteczko Innsmouth zostało przechrzczone na Imboca i umieszczone w Hiszpanii, ale jego duszna atmosfera znana z opowiadania została odwzorowana idealnie. Film eliminuje lekkie dłużyzny oryginału, skupiając się przede wszystkim na wątku przetrwania w nieprzyjaznym miejscu pełnym hybryd ludzi i morskich potworów. Poszczególne punkty fabularne opowiadania zostały zmodyfikowane i umieszczone w takiej kolejności, aby akcja cały czas parła do przodu. Niezbyt porywające aktorstwo i kilka  niemiłych dla oka efektów komputerowych nie zmieniają faktu, że Dagon to naprawdę solidna produkcja. Gordon pokazał, że potrafi ekranizować Lovecrafta we wszystkich smakach. Zawsze dobrych.


2001 – Mermaid Chronicles, Part 1: She Creature (reż. Sebastian Gutierrez) – Wongo

Irlandia, początek XX wieku. Para przedsiębiorczych młodych ludzi – Angus (Rufus Sewell) oraz Lily (Carla Gugino) – zarabia na życie prowadząc obwoźny show prezentujący gawiedzi różne spreparowane dziwostwory. Po jednym ze spektakli, z udziałem Lily jako pseudo-syrenki, bohaterowie nawiązują znajomość z pewnym leciwym dżentelmenem. Ów mężczyzna, najwyraźniej zdegustowany cyrkowym szachrajstwem, zaprasza bohaterów do swojej rezydencji, gdzie we wnętrzu akwarium pływa rudowłosa piękność – zwracająca uwagę nie tyle nagim biustem, co okazałym rybim ogonem. Gospodarz informuje, że uwięziona istota zamordowała ongiś jego żonę; mimo tego artyści postanawiają wykraść syrenę i przetransportować ją okrętem do Ameryki, w nadziei na łatwą monetyzację dorodnej osobliwości. Jednak stworzenie zacznie zmieniać swą atrakcyjną powłokę, a okręt niekoniecznie będzie zmierzał tam, gdzie planowała załoga… Film Sebastiana Gutierreza to utrzymana w iście lovecraftiańskim klimacie nowa wersja She-Creature (1956) Edwarda L. Cahna, zrealizowana w ramach cyklu 5 obrazów prezentujących odświeżone spojrzenie na klasyczne monster movie ze stajni AIP. Fabularnie nie ma zresztą nic wspólnego ze wspomnianą ramotą, składa za to pewne ukłony takim tytułom jak Dziwolągi (1932) Toda Browninga, Obcy (1979) Ridleya Scotta oraz Gatunek (1995) Rogera Donaldsona. I jest to rzecz całkiem udana, nie tylko zważywszy na telewizyjną produkcję, niski budżet, czy ogólnie fatalny dla mainstreamowego horroru okres początku wieku. Dobrze wykorzystano skromne środki, zresztą większość akcji rozgrywa się w klaustrofobicznych wnętrzach okrętu, z których świetna praca kamery wydobywa odpowiedni klimat. Pochwały należą się również grającym pierwsze skrzypce paniom – Carli Gugino oraz Ryi Kihlstedt w roli drapieżnej piękności. Co wreszcie istotne, mamy tu do czynienia z dość nietypowym podejściem do syreniego tematu, dalekim od taniego szantażu emocjonalnego, w którego stronę łatwo można było poprowadzić tę historię (vide: Kształt wody (2017) Guillermo del Toro). Fabuła stanowi zamkniętą całość, jednak oryginalny tytuł oraz epilog zdają się sugerować powstanie kontynuacji. Takowej jednak nigdy nie nakręcono.


2004 – Marebito (reż. Takashi Shimizu) – Mateusz R. Orzech

Kultowy Shinya Tsukamoto wciela się w Takuyoshiego Masuokę, który swoje codzienne życie ogranicza niemal wyłącznie do spacerowania po Tokio z kamerą z nadzieją zarejestrowania czegoś niezwykłego. Jako zafascynowany różnicami percepcji świata między gałką oczną a soczewkami kamery wojerysta, Masuoka stara się uchwycić prawdziwy świat, niewidoczny dla zwykłych ludzi. Jego pragnienia stają się bliższe spełnienia, gdy natyka się na dziwaczne samobójstwo mężczyzny, który przebił swoje oko. Masuoka jest pewny, że do czynu musiało go popchnąć coś, co widział i było dla niego zbyt traumatycznym widokiem. To, co w filmie następuje później, to odkrycie podziemnego świata, Agarthy oraz dziwacznych stworów nazywanych Deros, a także napotkanie tajemniczej dziewczyny, którą Masuoka postanawia samodzielnie wychować. Chiaki Konaka oparł scenariusz filmu na podstawie własnej książki, do napisania której inspirowały go teorie o pustej Ziemi, zagubionym kontynencie, jak i pulpowa literatura. Film uzupełnia je odniesieniami do W górach szaleństwa Lovecrafta i, przede wszystkim, eseju Richarda Sharpe’a Shavera z 1945 roku o podziemnej cywilizacji. Wszystko to zostaje podkręcone japońskim folklorem, co ujawnia już sam tytuł. „Marebito” (złożenie słów „rzadki” i „człowiek, duch”) jest antycznym, japońskim słowem oznaczającym boską istotę, przybywającą z nieznanej „oddali” i przynoszącą wiedzę, szczęście i duchowy rozwój, ale nazwę można też rozumieć jako „gość z daleka” czy osoba przybywająca z „zewnątrz”. To bliżej niezdefiniowane „zewnątrz” jest tu głównym tematem filmu oraz przyczyną niewytłumaczalnego strachu. Protagonista – gnany pragnieniem wejścia do nieznanego i odkrycia Prawdy – stopniowo poznaje zarówno czym jest przerażenie, jak i dociera do miejsca zatarcia się granic między rzeczywistością, którą zna, a tą, którą sprowadza marebito.


2005 – Call of Cthulhu (reż. Andrew Leman) – Kuba Haczek

Zrealizowany przez H.P. Lovecraft Historical Society w formie niemego filmu stylizowanego na niemiecki ekspresjonizm, Zew Cthulhu szybko stał się obiektem kultu. Już po pierwszych pokazach na festiwalach filmów niezależnych okazało się, że mamy do czynienia z dziełem zjawiskowym. Głównym czynnikiem powodzenia projektu było to, iż za jego powstaniem stali członkowie wspomnianego wyżej stowarzyszenia, od ponad 20 lat  odtwarzający na żywo LARPA Zew Cthulhu, pod przewodnictwem założyciela stowarzyszenia a jednocześnie producenta i scenarzysty filmu, Seana Branneya. Zadziałał tutaj prawdziwy fanowski zapał, wielka pasja i miłość do prozy Lovecrafta. 47-minutowy film ogląda się doskonale, nie ma w nim chwili nudy ani fałszywych tonów. To bardzo wierna ekranizacja słynnego opowiadania Amerykanina, o którym wielokrotnie mówiło się, iż jest nieprzekładalne na język filmowy. Wędrujemy więc z głównymi bohaterami od szpitala psychiatrycznego po bagna Luizjany, by potem wyruszyć w senny koszmar aż do onirycznego R’lyeh. Wszystkie te krainy są ukazane niezwykle udanie, głównie dzięki pracy kamery, która  skupia się na mozolnym budowaniu mrocznego klimatu poprzez efekty oparte na grze ze światłem, kryjąc dzięki temu niedostatki budżetowe. Świetnie wyglądają także wykonane z dbałością o każdy szczegół rekwizyty filmowe (księgi, mapy, czy wreszcie doskonała figurka Wielkiego Przedwiecznego), zaś całość jest podkreślana odpowiednio dramatyczną muzyką Chada Fifera, odtwarzającego w filmie postać Henry’ego Wilcoxa. Aktorzy, w większości amatorzy, poradzili sobie równie dobrze, co w kinie niskobudżetowym jest raczej wyjątkiem niż regułą. Wspaniały prezent od fanów dla fanów.


2009 – Occult (reż. Kōji Shiraishi) – Mateusz R. Orzech

Zrealizowany w stylistyce mockumentary/found footage horror Occult łączy japońskie wierzenia z lovecraftowskimi motywami, choć nie zabrakło tu też miejsca na społeczne spostrzeżenia i czarny humor. Bohaterami jest tu ekipa filmowa, starająca się nakręcić reportaż o rodzeństwie seryjnego mordercy z nadzieją na poznanie jego motywacji. Jak się okazuje, morderca wyrył na przypadkowo spotkanym turyście mistyczne znaki. Pechowa ofiara ataku niebawem zaczyna być dręczona obrazami nawiedzających ją duchów, kosmitów, a także zaczyna nabierać nadnaturalnych zdolności. Wszystko to jest zaś związane z istotami z innego wymiaru, pragnącymi przeniknąć do naszego świata. Mimo że prywatnie nie przepadam za filmami found footage, Shiraishi w swoim Noroi: The Curse (2005), gdzie świetnie łączył realizm z grozą wyłaniającą się z japońskiego folkloru, udowodnił, że czuje się w gatunku doskonale. Mający luźniejszą, acz przemyślaną strukturę Occult tylko to potwierdził. Pierwsza połowa filmu to przykład klasycznego, japońskiego dziennikarstwa odwzorowanego w drobnych szczegółach, opartego na prawdziwych wydarzeniach z Japonii końca lat 90. Reżyser stopniowo wprowadza w nie niesamowitość i nadnaturalną grozę. W poszukiwaniu paranormalnego czy ukrytego Shiraishi sięga po świat snów, duchy, okultystyczne symbole, kosmitów, inne wymiary i motywy z mitologii Lovecrafta. Te ostatnie są wprowadzane na przestrzeni niemal całego filmu, stopniowo wywierając coraz silniejszy wpływ na świat przedstawiony, co sprawiło, że produkcja przez niektórych jest określana jako „japoński horror lovecraftowski”.


2010 – Colour Out of Space (reż. Huan Vu) – Caligula von Kömuda

Syn amerykańskiego żołnierza przybywa do Niemiec tropem zaginionego ojca. Ten, jak się okazuje, podczas ofensywy Aliantów w 1945 roku był świadkiem szokujących zdarzeń w małym prowincjonalnym miasteczku. Bynajmniej nie związanych z nazistowskim terrorem, a zupełnie innym rodzajem zła – niszczycielską siłą, która pojawiła się wraz z uderzeniem meteoru. Młody jankes pozna ustną relację z tamtego okresu…  Z reguły unikam jak ognia niskobudżetowych, niezależnych produkcji inspirowanych szeroko pojętą klasyką literatury. Doświadczenie uczy, że podobne seanse wiążą się z wpędzającym w zażenowanie amatorstwem, które porównać można z oglądaniem szkolnego teatrzyku. W przypadku mało znanej, niemieckiej ekranizacji Koloru z przestworzy, podobne obawy były jak najbardziej uzasadnione. Aktorstwo dalekie od profesjonalizmu, reżyser znikąd i zdjęcia, po których już na pierwszy rzut oka widać, że kręcone były średniej jakości cyfrówką. Ostatecznie jednak rzecz okazuje się być pozytywnym zaskoczeniem, zwłaszcza dla fanów prozy Lovecrafta. Budżet może niewielki, ale w przedsięwzięcie włożono mnóstwo serca. Twórcom udało się bowiem wykreować sugestywny klimat, który w miarę wiernie oddaje ducha bodaj najbardziej posępnego i pesymistycznego opowiadania Samotnika z Providence, przynajmniej na tyle, na ile to możliwe przy obecnych tu ograniczeniach. Te zaś próbuje się kamuflować czarno-białym obrazem i umiejętnie kreowaną aurą szaleństwa. Fabuła trzyma się pierwowzoru całkiem wiernie, a ewentualne zmiany są raczej kosmetyczne – najpoważniejsza z nich to ta, że akcja przeniesiona została do powojennych Niemiec, a postaci posługują się językiem Goethego. Kompletnie nie ujmuje to nic z tajemnicy historii, a wręcz może stanowić dodatkowy wabik. Najbardziej boli mimo wszystko wspomniane aktorstwo, którego poziom – w zależności od danego wykonawcy – waha się od przyzwoitego do pułapu bliskiego polskim telenowelom. Ów mankament – o dziwo – traci na wadze w miarę rozwijania się akcji. Dość powiedzieć, że to jedna z lepszych adaptacji dorobku Lovecrafta. Podczas, gdy poprzednią próbę przełożenia Koloru na język filmu (The Curse [1987]) radzę stanowczo omijać szerokim łukiem, tak The Color Out of Space (aka Die Farbe) gorąco polecam wszystkim maniakom mitologii Cthulhu i pobocznych obrzydliwości pełzających w mroku.


2011 – Szepczący w ciemności (reż. Sean Branney) – Caligula von Kömuda

Sean Branney i Andrew Leman, duet odpowiedzialny za powstanie ekranizacji Zewu Cthulhu z 2005 roku, sześć lat później wziął na warsztat kolejne opowiadanie kultowego autora. Podobnie jak za pierwszym razem, panowie związani z H. P. Lovecraft Historical Society sięgnęli po stylistykę retro. O ile jednak wówczas odwoływali się do kina niemego lat 20., ze szczególnym uwzględnieniem niemieckiego ekspresjonizmu, tak tym razem postanowili złożyć hołd klasycznym hollywoodzkim horrorom z kolejnej dekady. Czarno-biały obraz wita więc dźwięk, a twórcy ochoczo sięgają po sprawdzone sztuczki z repertuaru kina grozy. Efekt jest w wielu momentach zachwycający – widać, że ekipa dokładnie wiedziała co chce osiągnąć, a wynik ich pracy stanowi radosną, unurzaną w aurze tajemniczości wyprawę do czasów minionych. Czytelne (acz nienachalne) inspiracje dokonaniami Toda Browninga czy Jamesa Whale’a cieszą tym mocniej, że czuć w nich autentyczną pasję, a pastiszowe zacięcie przeplata się z umiejętnie serwowanymi dreszczami. Pierwsza połowa filmu stanowi więc nie lada gratkę zarówno dla oddanych miłośników lovecraftowskich klimatów, jak i wielbicieli grozy w zakurzonym, ale wciąż elektryzującym wydaniu. Tym bardziej szkoda, że wraz z długo wyczekiwaną emanacją „Złego” robi się nieco mniej ciekawie. Winić za to trzeba przede wszystkim użycie CGI, które jawnie „gryzie” się ze szlachetną stylizacją wizualną. Wykreowane komputerowo stwory budzą reakcję odruchową, z którą wiąże się – niestety – pewne rozczarowanie. Ogromna szkoda, że nie postawiono w tym miejscu na starą, dobrą animatronikę, łatwo jednak pojąć, że rozwiązanie podyktowane było ograniczeniami budżetowymi. Mając to na względzie, a także wciąż pełen podziwu dla solidnej roboty, jaką wykonali twórcy, stwierdzam, że to zdecydowanie jedna z najciekawszych i najbardziej udanych adaptacji prozy Lovecrafta w ogóle. Stworzona z sercem, szacunkiem i – mimo wszystko – na przekór modom.  Zapewne sam Samotnik z Providence byłby kontent.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.