Filmowe wykopaliska z dzielnicy Poverty Row (Część III)

Poverty Row to funkcjonujące w niegdysiejszym Hollywood slangowe określenie na wszystkie małe, niezależne studia filmowe zajmujące się produkcją niskobudżetowych obrazów klasy B od lat 20-stych do końca lat 50-tych XX wieku. Szeregi Poverty Row zasilały między innymi Republic Pictures, Producers Releasing Corporation (PRC), CBC Production (przyszłe Columbia Pictures) czy Monogram Pictures. Filmowy asortyment tychże studiów wypełniają przede wszystkim horrory, science-fiction, westerny i kryminały, w większości przypadków należące obecnie do domeny publicznej.

Celem tekstów z cyklu „Filmowe wykopaliska” jest przedstawienie godnych odkurzenia horrorów i thrillerów wyprodukowanych właśnie przez Poverty Row. Oczywiście, wiele z nich, jeśli nie wszystkie, to archaiczne ramotki dostępne czasem w bardzo słabej jakości, lecz jeśli, podobnie jak ja, jesteście miłośnikami monochromatycznego obrazu, starych domostw, szalonych naukowców, kuriozalnych eksperymentów i ogólnie pulpowych klimatów, to moje polecanki są właśnie dla Was.

1931 – Chinatown After Dark, reż. Stuart Paton

Już w czasach kina niemego dostrzegalna była u filmowców fascynacja orientem, zwłaszcza u twórców obrazów kryminalnych i gangsterskich, którzy lubowali się swoje historie osadzać w dzielnicy Chinatown (Outside the law (1920) Toda Browninga czy Shock (1923) Lamberta Hillyera to tylko niektóre z nich). Później motyw ten zaczęła mocno eksploatować pulpa lat 30. i 40., jak właśnie Chinatown After Dark. Jednym z bohaterów przedstawionej tam opowieści jest Ralph Bonner (Frank Mayo), który ma za zadanie dostarczyć niejakiemu Le Fongowi (Edmund Breese) tajemniczy chiński sztylet. Przedmiot ten zdaje się nie mieć żadnej szczególnej wartości, jednak pojawiają się ludzie chcący go zdobyć i aby to uczynić gotowi są posunąć się nawet do morderstwa. Gdy Bonner zjawia się u swojego pracodawcy, by oddać mu sztylet, obaj zostają zamordowani. Sprawą zaczyna interesować się brat Ralpha – Jim (Rex Lease) i detektyw Dooley (Billy Gilbert). W trakcie swojego dochodzenia ten pierwszy trafia w sidła przywódczyni gangu Ying Su (Carmel Myers).

Chinatown After Dark jest takie, jak można się spodziewać – trwa niespełna godzinę, zachowało się w niskiej jakości i jest produktem swoich czasów. W Chińczyków zatem wcielają się sami biali aktorzy, w dodatku bez jakiejkolwiek charakteryzacji i nieudolnie udający egzotyczny akcent. Tyle że ich sposób wysławiania się nie ma nic wspólnego z Chinami, bliżej mu raczej do karykatury akcentu Beli Lugosiego. O ile pierwsza połowa filmu jest jeszcze w jakiś sposób interesująca – mamy tajemnicę, tempo jest dość wartkie – tak później, kiedy na pierwszy plan wychodzi drugi z braci Bonner, zaczyna się jazda po gatunkowych kliszach i to tych najbardziej irytujących. Jim wdaje się więc w romans z córką Le Fonga (Barbara Kent), z kolei detektyw Dooley to bez mała jeden z najgorszych w swojej profesji. Każdy na pewno kojarzy, że w tego typu historiach detektywów zawsze jest dwóch – jeden poważny i odwalający całą brudną robotę i drugi – przygłup, który w zamyśle twórców ma być zabawny, a tylko irytuje. To ten przygłup próbuje rozwiązać tu zagadkę w pojedynkę. Trudno mi tę produkcję polecić z czystym sumieniem, bo są tu dokładnie dwie wartości rozrywkowe – klimat orientu i mogące rozbawić widza aktorstwo – a uwzględniam go tutaj głównie w celu zasygnalizowania trendu w przedwojennej filmowej pulpie. Z przykrością też uwzględniam go tutaj jako przykład typowego „orientalnego kryminału”, wygląda bowiem na to, że wiele z nich reprezentuje taki sam, jeśli nie nawet niższy poziom. O dotychczas jedynym znalezionym przeze mnie wyjątku od tej reguły będę pisać niżej.

1932 – The Monster Walks, reż. Frank Strayer

Historii o starych mrocznych domostwach nigdy dość, a ta ma jeszcze w zanadrzu wielką mordującą małpę. Ojciec Ruth Earlton (Vera Reynolds) ginie w wyniku eksperymentu, który przeprowadzał na rzeczonym małpiszonie. Teraz Ruth ma odziedziczyć jego posiadłość, w związku z czym przybywa na miejsce, do swojego sparaliżowanego wuja Roberta (Sheldon Lewis). W noc przybycia Ruth jednak rozpętuje się burza, przez co zamknięty w klatce stwór staje się coraz bardziej rozjuszony. Nietrudno zauważyć liczne podobieństwa z House of Mystery (1934) – w posiadłości grasuje mordujący człekokształtny, jednym z bohaterów jest kaleka, a wszystko kręci się wokół zdobycia majątku. The Monster Walks ma jednak tę przewagę, że posiada o wiele mroczniejszy klimat, bohaterowie nie są przerysowani i zachował się w o wiele lepszej jakości. Istnieje także podejrzenie, że małpa (grana swoją drogą przez prawdziwą małpę, a nie gościa w kostiumie) wcale nie jest napastnikiem.

Choć jest to historia opowiedziana już tysiąc razy, muszę oddać The Monster Walks, że zdołał mnie zaintrygować. Przede wszystkim, stworzył atmosferę niepewności sztampowymi metodami – za oknami burza, domostwo wypełnione jest sekretnymi przejściami, domownicy spiskują za plecami bohaterki, w dodatku wielka małpa szuka sposobu na ucieczkę ze swojej klatki. Tajemnica wisi w powietrzu, a rozwój wydarzeń jest o tyle mniej oczywisty, że syn pokojówki (Martha Mattox) Hanns (Mischa Auer) nazywa Roberta hipokrytą i oskarża wszystkich o próbę kradzieży pieniędzy. Twórcy kuszą się także na małe nawiązanie do Kota i kanarka (1927), odtwarzając scenę, w której bohaterka śpi na łóżku, a owłosiona szponiasta dłoń sięga zza zasłony do jej gardła. Nie mamy tu do czynienia z wyżynami kreatywności – rozwiązania zagadki można domyślić się z łatwością – ale pod względem klimatu i budowania napięcia, to solidna robota w ramach monochromatycznej filmowej pulpy. Zaangażowała mnie o tyle, że gdy dotarłem do tego, bądź co bądź, przewidywalnego finału, poczułem, że jakieś struny w mojej głowie zadrżały.

1935 – Secrets of Chinatown, reż. Fred C. Newmeyer

Chinatown wstrząsa seria morderstw. Przy każdej z ofiar znaleziono tajemniczy symbol. Sprawę początkowo ma zbadać detektyw Doverscourt (John Barnard) jednak i on zostaje szybko zabity na środku ulicy. Śledztwo przejmuje Donegal Dawn (Raymond Lawrence); szybko odkrywa on, że za morderstwami stać może organizacja zwana Zakonem Czarnych Kapturów (The Order of the Black Robes). Równolegle śledzić będziemy wątek Roberta Randa (Nick Stuart) zabiegającego o względy pracującej w sklepie z bibelotami Zenobii (Lucile Browne). Miłosny podbój nie będzie jednak taki prosty, bowiem Zenobia okazuje się być ściśle związana ze wspomnianą złowrogą organizacją.

Secrets of Chinatown to jeden z nielicznych filmów Poverty Row, które doczekały się odrestaurowania i samo to powinno zwrócić uwagę. Nie oznacza to jednak, że jest on wolny od takich ubytków, jak brakujące klatki w niektórych ujęciach czy urywające się audio. Mimo to mamy tu do czynienia z doświadczeniem wymagającym od widza o wiele mniej cierpliwości i wyrozumiałości. Flm Freda Newmeyera to zwięzły i sprawnie poprowadzony dreszczowiec, w którym orientalny kryminał miesza się z wątkami okultystycznymi. Cieszyć widza będą nie tylko sceny rytuałów, zabójstwa z ukrycia i odkrywanie tajemnych przejść, ale także charyzmatyczny główny bohater. O tak, detektyw Dawn to bardzo charakterystyczna postać, co jest dość rzadkie w tego typu produkcjach. Poznajemy go jako ekscentryka – z pomalowaną twarzą, noszącego turban i czarną pelerynę. Szybko jednak pokazuje, że nie jest byle szarlatanem. Odnalezienie kryjówki Czarnych Kapturów zajmuje mu chwilę, a gdy Robert Rand zostaje pojmany, nie tylko z prędkością błyskawicy wzywa posiłki, ale także w pojedynkę zaczyna faszerować ołowiem kultystów. Ciekawym jest także pewne odwrócenie porządku. Najczęściej w podobnych filmach to młodzieniec, z którym związany jest wątek miłosny, jest postacią pierwszoplanową, z kolei detektyw znajduje się na drugim planie i ma w finale uratować sytuację. W Secrets of Chinatown to z Dawnem – detektywem – spędzamy najwięcej czasu, z kolei wątek miłosny Randa i Zenobii służy za tło. Secrets of Chinatown mogę śmiało uznać a jeden z lepszych filmów, jakie dotychczas uwzględniłem w tym cyklu zestawień – wartki, intrygujący, z porządnym protagonistą, w dodatku solidnie odświeżony, co również każdego pulpożercę powinno zachęcić do sięgnięcia po niego.

1944 – The Monster Maker, reż. Sam Newfield

Doktor Igor Markoff (J. Carrol Naish) jest szaleńcem, który niegdyś eksperymentował na swojej żonie, przyczyniając się tym do jej śmierci. Gdy poznaje łudząco podobną do zmarłej Patricię Lawrence (Wanda McKay), natychmiast ogarnia go niezdrowa obsesja. Zaczyna prześladować kobietę, co nie podoba się jej ojcu – muzykowi Anthony’emu (Ralph Morgan). Między mężczyznami dochodzi w końcu do bójki, wskutek której Anthony traci przytomność. Markoff wstrzykuje mu wtedy wirusa, który nie tylko przyśpiesza pracę wszystkich gruczołów w organizmie, ale jeszcze powoduje przerażające deformacje ciała.

Pierwszym, co przyciąga do The Monster Maker jest obsada – J. Carrol Naish, znany z licznych ról w horrorach Universala, wciela się tu w niemieckiego naukowca – nie tylko zamęczył on swoją żonę, nie tylko dokonał okrutnej zemsty na Lawrencie, ale jeszcze swój tytuł naukowy ukradł komuś innemu. Jest to postać dążąca po trupach do celu i owładnięta obsesjami, a z drugiej strony przyświeca mu szczytny cel – wynalezienie lekarstwa na wspomnianą na początku chorobę. I Naish daje radę sprawnie uchwycić te rządzące psychiką Markoffa sprzeczności – nie szarżuje, a przez jego wyraz twarzy często przebija się smutek i melancholia. Drugim aktorem, którego fani klasycznej grozy mogą kojarzyć, jest Glenn Strange wcielający się w asystenta doktora Markoffa. Ton tej produkcji jest również jej mocnym atutem. Charakteryzacja zdeformowanego Anthony’ego Lawrence’a wygląda zaskakująco dobrze i dość niepokojąco jak na swoje czasy – coś pomiędzy Człowiekiem słoniem (1980) a Muchą (1986), przy czym z tą drugą miałem o wiele więcej skojarzeń. Powodem tego jest wykorzystany w The Monster Maker soundtrack, pełen przygnębiających, pesymistycznych utworów. Potwór nie jest tutaj tak naprawdę potworem, lecz ofiarą – muzykiem, który stracił swój talent z powodu deformacji i, co gorsza, staje się całkowicie zależny od człowieka, który sprowadził na niego nieszczęście. Biorąc to wszystko pod uwagę, trudno jest uznać The Monster Maker za kolejny zwykły film o szalonym naukowcu. Ale żeby nie było zbyt poważnie, w ramach wisienki na torcie – Markoff w swoim laboratorium trzyma zamkniętą w klatce (a jakże!) gigantyczną małpę!

1947 – Fear in the Night, reż. Maxwell Shane

Na koniec zostawiłem znalezisko, które mnie samego mocno zaskoczyło. Nie tylko dlatego, że to sprawne noir, ale też dlatego, że jest to filmowy debiut DeForesta Kelley’a, znanego szerzej jako Leonard „Bones” McCoy ze Star Treka (1966-1969). Wciela się on w Vincenta Graysona – pewnej nocy śni mu się, że zabija mężczyznę, po czym zamyka go w szafie w sali z lustrami. Gdy się budzi, myśli, że to tylko koszmar, jednak odnajduje w swojej kieszeni klucz do wspomnianej szafy, a dłonie ma ubrudzone krwią. Podczas pikniku z przyjaciółmi, uciekając prze deszczem trafia do domu identycznego jak ten z jego snu. Wszystko wskazuje na to, że faktycznie doszło w nim do morderstwa…

Jak już wspomniałem Fear in the Night jest sprawnie poprowadzonym czarnym kryminałem, choć skłamałbym mówiąc, że nie domyśliłem się, jakie jest rozwiązanie tego wszystkiego. Historię jednak sprzedaje świetnie grający tracącego rozum bohatera Kelley oraz strona wizualna. Gdy bohater traci przytomność, na obrazie pojawiają się czarne pęknięcia, wszystko zaczyna falować, kręcić się. Trzeba też filmowi Maxwella Shane’a oddać, że dość odważnie pokazuje próbę samobójczą głównego bohatera – śledzimy bardzo dokładnie jak wyciąga on żyletki, przykłada je do nadgarstka; nie tnie się, oczywiście, ale sam fakt pokazania czegoś takiego w filmie z 1947 roku był dla mnie niemałym zaskoczeniem. Film doczekał się w 1956 roku remake’u z Edwardem G. Robinsonem i Kevinem McCarthym, więc wnioskuję, że musiał być swego czasu jakimś sukcesem. I polecam go jak najbardziej. To posiadający solidną dawkę napięcia, wciągający pulpowy kryminał, który potrafi zaangażować widza mimo dość przewidywalnego zakończenia. Wielbiciele czarnego kina powinni być usatysfakcjonowani, a dla fanów DeForesta Kelley’a jego filmowy debiut powinien być pozycją obowiązkową.

C.D.N.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.