Fatale Vol. 2: Diabelski interes

Share

„Tu umarłam po raz pierwszy” – mówiła Josephine w startowym tomie Fatale i choć nie znaliśmy jej wtedy zbyt dobrze, wiedzieliśmy, że wyznanie to nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek metaforą. O ile jednak w przedstawionych wówczas wydarzeniach nieśmiertelność tytułowej bohaterki służyła hiperbolizacji oraz uniwersalizacji archetypu femme fatale, to teraz służy jego dekonstrukcji. Wszystko to za sprawą zadania pytań niby banalnych, jednak w kontekście tradycji czarnego kryminału oraz tej konkretnej historii niezbyt oczywistych i niezmiernie interesujących. Jak wyglądać może życie noir bitch, która, jak się zdaje, bynajmniej nie jest skazana na trafienie za kratki lub wylądowanie w kałuży własnej krwi, ponieważ najpewniej nigdy się nie zestarzeje? Czy będąc ciągle tak samo piękną i przy tym mając coraz więcej ofiar na koncie zdolna jest do wyrzutów sumienia?

Uzasadnioną elementami horroru nieśmiertelność bohaterki Ed Brubaker wykorzystuje tutaj, aby kobietę fatalną uczynić zarówno jeszcze bardziej niezwykłą, jak i – paradoksalnie – bardziej ludzką. Aby tego dokonać (tego i wywrócenia jednego z fundamentów noir do góry nogami) wystarczyło przenieść akcję opowieści o 20 lat, a tym samym uczynić Josephine dojrzalszą i mądrzejszą. Taką, która miast łamać kolejne serca i rujnować kolejne żywota, boi się wyjść z domu, przez jakiś czas będąc tak przygniecioną wyrzutami sumienia, że gdyby miała tylko przekroczyć próg swego domostwa, zapewne padłaby na ziemię i nie mogła się już nigdy podnieść. Oto femme fatale, która nie tyle buntuje się przypisanej sobie roli, co jest nią załamana.

Z jednej strony wiemy o Josephine coraz więcej – ba! teraz już naprawdę ją kochamy, usprawiedliwieni jej nieszczęściem z wielką ulgą przymykając oko na jej złe uczynki – ale jednocześnie pojawia się coraz więcej pytań odnośnie szczegółów jej szalonego życiorysu. To tutaj oczywistym staje się, że Fatale to jedna wielka łamigłówka. Nie serial o kolejnych zagadkach, jak to się może zdawać, lecz historia, której kolejne odcinki – same w sobie niemal autonomiczne, zważywszy na to, ile nowego i osobnego w każdym z nich – to gigantyczne rozdziały powieści w takim samym stopniu bazującej na niedopowiedzeniach, co na epickości.

Po nietuzinkowym, ale w wielu miejscach klasycznie detektywistycznym, starcie serii Brubaker stawia na ociekającą skandalami branżę Hollywood lat 70., tym samym penetrując już rejony zarezerwowane raczej dla neo-noir. Za sprawą bezkompromisowych pomysłów fabularnych, które pół wieku temu by w kinie zdecydowanie nie przeszły – żeby tylko wymienić ukazywanie post-hipisowskich orgietek oraz Hollywood wplątane w snuff movies – czyniąc Diabelski interes jeszcze bardziej złowieszczym od pierwszego tomu serii. Elementów horroru nie jest tutaj wcale więcej, ale: 1) rysunki Seana Phillipsa znowuż bywają tak sugestywnie makabryczne i surrealistyczne, że podczas przyglądania się co brutalniejszym fragmentom komiksu ciężko nie poczuć się tak, jakby się samemu paćkało w ukazanej krwi 2) więcej jest sekciarskiej otoczki, jakże pasującej do okresu, kiedy wybrani ex-hipisi zaczynali bawić się w terroryzm, a świat ciągle żył zbrodniami radosnej rodzinki Charlesa Mansona. „[Hollywood lat 70.] to bardzo specyficzny okres i miejsce – mówił Brubaker w jednym z wywiadów. – (…) Los Angeles ma trochę mocno popierdolonych opowieści grozy i dziwacznych okultystycznych historii z tych czasów. Musiałem się naprawdę namęczyć, aby móc wtłoczyć w to własną fikcję. Jest to też bardzo ciekawy okres ze względu na ówczesną dekadencję Hollywood.”

Samo przeniesienie akcji z San Francisco do LA to, zważywszy na ponowne celowanie autorów w wyciskanie esencji z noir, strzał w dziesiątkę. Wszak słynne Miasto Aniołów (a jak w pewnym momencie zostaje podkreślone, miejscowość nie bez powodu znana też niegdyś jako Los Diablos) to odpowiednik gigantycznej świecy. Jej płomień rozświetla wszystko co wokół, ale przy okazji pali skrzydła tych wszystkich bezmyślnie lecących w nią ciem. Te zaś będąc bardzo różnymi upadają na rozmaite sposoby. Oto bohater, która mając na koncie jedynie role w filmach klasy B usilnie dąży do przełomu w karierze, jednak od początku wiemy, że skazany jest na porażkę. Oto jego ex, która co prawda została gwiazdą, ale ceną okazało się także zostanie dziwką pewnego hollywoodzkiego decydenta, który w chwili złości rozkwasza jej piękną buźkę („Jest już stary – opowiada o tym biedaczka – więc nie bije już tak mocno”). Oto wreszcie dziewczę, które marząc o wielkiej karierze liczyć może tylko na to, że ktoś ją wyrucha na jakiejś grubo zakrapianej imprezce.

Tak działa na ludzi Fabryka Snów, zdają się mówić autorzy komiksu. Dokładnie tak, jak na samych mężczyzn działa Josephine. Która, zapomniałem dodać, zamknięta jest tu w pewnym domostwie niczym antagonistka słynnego Bulwaru zachodzącego słońca. A czy wspominałem, że pewna postać filmowego producenta na nazwisko ma Wilder? I że jeśli nie postawisz tego komiksu na swojej półce, to z Ciebie dupa wołowa, a nie pulpożerca?

Marcin Zembrzuski

Czyta filmy, ogląda muzykę, słucha komiksy, je książki. Fan autorskiego kina gatunku oraz różnorakiej pulpy, od filmu noir przez spaghetti western po horror klasy wszelakiej.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.