Drugsploitation, mon amour Vol. 1

„Nicotine, valium, vicodin, marijuana, ecstasy, and alcohol”. I kokaina na dokładkę. Tak swego czasu Queens of the Stone Age zachwalali uroki letniego rozpasania. Wprawdzie lato powoli zmierza ku końcowi, jednak czemu by nie pożegnać go z hukiem? Narkotyki – temat rzeka, nader chętnie podejmowany przez filmowców, nie zawsze jednak w wystarczająco (sic!) jednoznaczny sposób. Na przestrzeni ponad wieku kino diametralnie zmieniało swoje podejście do tematu używek. Od tolerancji, poprzez pełne oburzenia potępienie, następnie potępienie udawane, po nieśmiałą gloryfikację, a wręcz aprobatę. Ze względu na kontrowersyjną naturę zagadnienia, najchętniej sięgali po temat na ekranie twórcy spoza mainstreamu, nierzadko w czysto eksploatacyjnej postaci. Mniej więcej do wybuchu rewolucji seksualnej filmowcy asekuracyjnie ukrywali niepożądane przez cenzorów treści narkotykowe pod płaszczykiem moralizatorstwa, wykorzystując sensacyjną otoczkę, by przyciągać widzów do kin. Lata 60. przyniosły w tej kwestii istną erupcję wolności, a dragi – w szczególności te poszerzające świadomość – stały się symbolem pokoleniowego buntu, skwapliwie wykorzystywanym przez twórców niezależnych. Wówczas też drugsploitation zaczęło być utożsamiane z innym, pokrewnym nurtem – hippiesploitation. Wnet psychodeliczna, napędzana kalifornijskim rockiem odwilż ustąpiła jednak miejsca przysłowiowej „zwale”, a barwne sixtisy płynnie przeszły w skacowane lata 70. na brownie, które jakże celnie antycypowały u zmierzchu poprzedniej dekady nowojorskie ćpuny pod przewodnictwem Velvet Underground. Podejście do narkotyków na celuloidzie zawsze było więc poniekąd odzwierciedleniem obecnie panujących nastrojów społecznych i stosunku władz do zakazanych substancji.

W niniejszej wyliczance postaramy się w skondensowanej formie przybliżyć wszystkie te etapy, jednocześnie pokazując jak najwięcej oblicz wielogłowej bestii zwanej „narkotykiem”. Z racji dużej objętości (łącznie 26 tekstów), zdecydowaliśmy się podzielić artykuł na dwie części. W dzisiejszej, nieco bardziej „edukacyjnej”, połowie przedstawiamy trzynaście tytułów. Oprócz Waszej regularnie naćpanej kinomisyjnej ekipy, zadania podjęli się goście w osobach: Karolina Graczyk (Mors Dicit, Final Girls), Jakub Krysiak (Wieczorny Seans Filmowy) oraz Simply (The Blog That Screamed).

P.S. Powyższy poster reklamował przed laty film pod tytułem Wild Weed (aka The Devil’s Weed aka She Shoulda Said ‚No’!), dla którego miejsce w dzisiejszej wyliczance również się znalazło.

Yours truly stoned,

Caligula von Kömuda


1916 – The Mystery of the Leaping Fish (reż. John Emerson) – Jakub Krysiak

Choć o produkcjach z lat 10. i 20. XX wieku ciężko mówić jako o eksploatacyjnych, to właśnie wśród nich można doszukiwać się protoplastów tego rodzaju kina. W przypadku drugsploitation to właśnie film Johna Emersona jest takim praprzodkiem. The Mystery of the Leaping Fish to krótkometrażówka nawiązująca i parodiująca postać Sherlocka Holmesa oraz jego pociąg do używek, a zwłaszcza kokainy. Coke Ennyday (brzmi to jak: coke any day – koka każdego dnia) to niestroniący od używek naukowiec-detektyw, który całe dnie spędza na jedzeniu, spaniu, piciu i zażywaniu narkotyków. Te bierze dosłownie w każdej sytuacji: na pobudzenie, na rozweselenie, na nabranie sił, na jasność umysłu. Ba, używki z których tak chętnie korzysta nasz detektyw działają neutralizująco na jego wrogów. Coke, który zawsze ma przy sobie odpowiednią dawkę cudownych zastrzyków, a ilości kokainy na biurku mógłby mu pozazdrościć sam Tony Montana będzie musiał rozwiązać tytułową zagadkę, pokonać grupkę przestępców, przechwycić cenny ładunek a przy okazji uratować niewiastę z opałów. Jest kilka niezłych, uniwersalnych gagów (Coke podwijający przed walką skarpetki zamiast rękawów), ale trzon oczywiście stanowią sceny z zażywaniem narkotyków, do których to film ma bardzo swobodne podejście. Twórcy (m.in. odpowiedzialny za scenariusz Tod Browning i „nadzorujący” produkcję D.W. Griffith) nie demonizują używek, a wręcz zachwalają ich właściwości, co na tamten czas było raczej normą (patrz: popularność Coca-Coli), a co za kilkanaście lat zmieniło się diametralnie. Ta narkotykowa skamielina ma się całkiem dobrze, wciąż bawi i doskonale pokazuje jaki był stosunek ludzi i Hollywood do używek ponad 100 lat temu. Na szczęście (lub nieszczęście) już w latach 20. świadomość dotycząca narkotyków i zgubnego efektu ich zażywania stawała się bardziej powszechna, a kino w kolejnych dekadach w tej kwestii obrało zupełnie inny kierunek.


1933 – Narcotic (reż. Dwain Esper, Vival Sodar’t) – Jakub Krysiak

Obraz Narcotic zdążył wejść na ekrany kin jeszcze przed wprowadzeniem Kodeksu Produkcyjnego, więc przynajmniej w teorii mógł sobie pozwolić na więcej, niż kolejne produkcje o tej tematyce. Na początku lat 30. świadomość i stosunek do narkotyków były zupełnie inne, niż jeszcze kilkanaście lat wcześniej. Obrazy z tego okresu przyjęły model edukacyjny, moralizatorski, propagandowy, ku przestrodze młodzieży. Narcotic opowiada historię doktora Williama Daviesa, który ze zdolnego lekarza, za sprawą kolejnych narkotykowych wypadów do Chinatown, zmienia się w szemranego znachora i narkomana. Obraz być może nie zawiera w sobie zbyt wielu atrakcji, ale ciężko odmówić mu prekursorstwa i znaczenia w budowaniu dopiero rozwijającego się gatunku. Produkcja jest tandetna, pełna niedoróbek i nudnawa, ale śmiało eksploatuje temat zażywania narkotyków, który pomimo ukazania go w negatywnym świetle mógł być dla widzów w tamtych czasach bardzo interesujący. Czy jest atrakcyjny dziś to sprawa mocno dyskusyjna, ale trafiło się kilka niezłych momentów, bo poza obowiązkowym pokazywaniem zażywania szerokiej palety narkotyków od opium przez marihuanę po morfinę dostajemy dwie solidnie wykonane kraksy samochodowe, scenę z walczącymi, zjadającymi się wężami oraz wisienkę na torcie już w 5 minucie, czyli dokumentalną wstawkę ukazującą wyciąganie dziecka z brzucha kobiety. Same sceny zażywania narkotyków jak najbardziej na plus. Palenie opium w klimatycznej piwnicy w Chinatown przywodzi na myśl sceny z Dawno temu w Ameryce, a narkotykowa impreza, czyli stały element gatunku doprowadza kobiety do mocno zasugerowanej uległości wobec mężczyzn. Narcotic zestarzał się dość mocno, jednak dla poszukiwaczy korzeni drugsploitation to wciąż pozycja obowiązkowa. Dwain Esper wróci jeszcze do tematyki zażywania narkotyków w nieco bardziej atrakcyjnym dla widza wydaniu.


1936 – Marihuana (reż. Dwain Esper) – Jakub Krysiak

Burma to wychowująca się bez ojca nastolatka, która ochoczo korzysta z uroków młodości: pije, pali, imprezuje, obściskuje się z chłopakami. Pewnego dnia zostaje wraz z przyjaciółmi zaproszona przez dwóch tajemniczych nieznajomych na imprezę do ich domku na plaży. Tam dziewczęta zostają poczęstowane „śmiesznymi papieroskami” i pełne euforii wskakują nago do oceanu. Niestety jedna z nich tonie. Dla Burmy to dopiero początek kłopotów, gdyż w policyjnej obławie ginie jej chłopak, a ona sama wpada w narkotykowe uzależnienie, które popycha ją do coraz bardziej niecnych i podłych czynów. Film jest toporny, fatalnie nakręcony i udźwiękowiony, słabo zagrany, z dziurawym scenariuszem i niedorobionymi scenami, ale jednocześnie ma swój urok i ogląda się go bez cienia znużenia. Szczególnie podobać się może to, jak film pod płaszczykiem edukacyjności przemyca różne eksploatacyjne wątki i treści. Moralizowania jest tu obowiązkowe minimum, a film w mniej lub bardziej czytelny i atrakcyjny sposób przedstawia historię upadku dziewczyny. Opowieść jest miejscami zaskakująca, upadek bohaterki ogląda się z zainteresowaniem, a i akcji/atrakcji jest więcej, niż można by się spodziewać. Dzieje się tu więcej i ciekawiej, niż w poprzednim narkotykowym obrazie Espera, choć zarys fabuły pozostaje mniej więcej taki sam. Historycy gatunku i fani wiekowego trashu docenią ten produkt nie tylko ze względu na sędziwość i wkład w kształtowanie się gatunku, ale i za wyraziście zaznaczone eksploatacyjne wątki oraz wartko poprowadzoną akcję. Dla niedzielnego widza będzie to zapewne męczarnia, koneserom wypada jednak polecić, bo to jeden z atrakcyjniejszych i bardziej znaczących przedstawicieli gatunku z tego okresu.


1949 – She Shoulda Said ‚No’! (reż. Sam Newfield) – Jakub Krysiak

Cóż za świetny tytuł dla propagandowego filmu drugsploitation! Obraz można też spotkać pod znacznie mniej chwytliwym tytułem Wild Weed. Marihuana – zagrożenie nie tylko dla zdrowia i życia, ale prawdopodobnie największy wróg ludzkości i przyczynek do jej upadku. A przynajmniej tak uważają twórcy tej produkcji. Anne Lester to tancerka, która haruje jak wół by opłacić studia brata. Na jednym z towarzyskich przyjęć spotyka handlarza narkotyków Markey’a, który częstuje ją marihuaną. Anne początkowo odmawia, ale po namowach doświadczonych w paleniu zioła znajomych ulega pokusie, a tym samym jej dotychczasowe spokojne życie zmieni się diametralnie. W filmie wszystko jest absolutnie przesadzone: od efektu działań marihuany po skutki jej odstawienia, przez co naprawdę ciężko tu cokolwiek brać na poważnie. Z drugiej strony to pozycja, która najmocniej potrafiła obrzydzić chęć sięgnięcia po slangowe pomidorki. Wild Weed do szpiku swych celuloidowych kości przesiąknięte jest propagandą, ale potrafi też skutecznie przykuć uwagę widza. Ukazanie psycho-fizycznych efektów palenia „Maryśki” jest tu silnie przesadzone, posiada jednak w sobie przyjemnego drugsploatacyjnego kopa. W jednej ze scen nałożono na siebie w jednej sekwencji kilka gwałtownie zmieniających się obrazów w rytm kakofonicznej muzyki – to naćpany pianista wyobraża sobie, że gra przed publicznością w filharmonii. W innej jeszcze bardziej naćpany facet wykrzykuje, że chce się zabić, po czym rozbija szyby w oknie z którego chce wyskoczyć. Naprawdę genialna jest sekwencja przebywania naszej bohaterki w zakładzie karnym, gdzie męczy ją poczucie winy, koszmary i dziwne wizje. I pomimo, że kuleje tu aktorstwo, trafiają się przestoje, wszystko jest nad wyraz wyolbrzymione, brak szerokiego spektrum substancji niedozwolonych, a propagandowy charakter wybija się na pierwszy plan, to seans należy do przyjemnych, nie tylko w ten pozytywnie tandetny sposób. Urokliwym smaczkiem jest tu także drugoplanowy udział weterana westernu Jacka Elama w roli drobnego gangstera.


1951 – Subject: Narcotics (reż. Denis Sanders, Terry Sanders) – Jakub Krysiak

Uwaga! Ta recenzja nie jest przeznaczona do wglądu publicznego. Jeśli nie jesteś funkcjonariuszem policji zaprzestań dalszej lektury! Produkcja braci Sanders z 1951 roku to 20 minutowy film instruktażowy dla funkcjonariuszy policji, by poszerzyć ich zasób wiedzy na temat substancji psychoaktywnych. Subject: Narcotics jest właśnie tym, czym w teorii miały być filmy kręcone w latach 30., które jednak wówczas interesowało bardziej eksploatowanie tematu zażywania narkotyków, niż faktycznie ich edukacyjny charakter. Film braci Sanders jest rzeczowy, rzetelny ale i nie pozbawiony pewnych moralizatorskich inklinacji. Obraz składa się z inscenizowanych scenek opatrzonych komentarzem dwóch narratorów. O ile ilustrujące scenki same w sobie nie robią większego wrażenia, tak siłą tej produkcji jest właśnie komentarz. Z tego „nie przeznaczonego dla naszych oczu” filmu poznamy podstawowy podział narkotyków (opiaty, syntetyczne, kokaina i marihuana), sposób ich szmuglowania, efekty wywoływane przez substancje zabronione, sposób ich aplikacji, ceny oraz stopień uzależnialności. Narrator informuje swoich odbiorców, że marihuana właściwie nie uzależnia, a jej zażywanie to tylko nawyk, ale aby spełnić pewien obowiązek propagandowy po chwili dodaje, że marihuana to pierwszy stopień do sięgnięcia po kolejne, mocniejsze narkotyki. Mimo to, głównie dzięki swojej rzeczowości, obraz ogląda się naprawdę dobrze. Subject: Narcotics to dobre wprowadzenie dla fabularnych filmów drugsploitation, głównie dzięki swojemu rzeczowemu przedstawieniu tematu. Ten ekskluzywny w dniu premiery film pod względem treści już się przeterminował, ale jest dobrym świadectwem swoich czasów, gdzie coraz mocniej odcinano społeczeństwo od tematu narkotyków.


1958 – The Narcotics Story (reż. Robert W. Larson) – Jakub Krysiak

The Narcotics Story Roberta Larsona to połączenie filmu fabularnego i dokumentu, gdzie klasyczną dla gatunku historię uzależnienia i upadku bohatera połączono z bogatym i rzeczowym komentarzem narratora. To podobnie jak Subject: Narcotics produkt instruktażowy przeznaczony dla policjantów, ale w połączeniu z – wprawdzie dość wątłą i oklepaną – fabułą ogląda się go bardzo dobrze. Historia nastolatki z małego miasteczka, która zaczyna od piguł-ogłupiaczy czyli barbituranów, a kończy na heroinie, sprawnie niesie bardziej informacyjny niż moralizatorski charakter filmu. Obraz rozszerza wszystkie wątki przedstawione w filmie braci Sanders – poza znanymi nam faktami zobaczymy szczegółową procedurę aresztowania grupki palących zioło licealistów oraz odkryjemy różne skrytki dilerów narkotykowych. Bardziej praktyczne osoby będą mogły sobie przypomnieć techniki zwijania śmiesznych papierosków czy przygotowywania zastrzyku z heroiny, ale trzeba pamiętać, że zwykły widz w latach 50. nie uświadczył takiego widoku na ekranie kina. Brakować tu może jedynie scen związanych ze skutkami zażywania narkotyków, bo upadek bohaterki zostaje odroczony, a jej związana z uzależnieniem historia ogranicza się do stopniowego przechodzenia z etapu na etap i zażywania coraz to mocniejszych specyfików. Gdyby dopracować samą historię, która bądź co bądź i tak sprawnie niesie treść, to z bogactwem komentarza mógłby powstać naprawdę świetny na miarę odgórnych ograniczeń film w tym gatunku. Jest w tym wszystkim wtórność i tandeta ale dla osób, które przeszły przez poprzednie filmy drugsploitation będzie to całkiem przyjemne vademecum. Widać również – porównując ze sobą krótkometrażówkę braci Sanders oraz tę produkcję – że dbano o jak najatrakcyjniejsze przedstawienie tematu odbiorcom.


1966 – Chappaqua (reż. Conrad Rooks) – Simply

Uhonorowany Nagrodą Specjalną Jury na MFF w Wenecji poetycko-eksperymentalny psycholot i summa dragowych perypetii autora, bez mała imponujących. Conrad Rooks, syn prezesa kosmetycznego konsorcjum Avon, blisko związany z subkulturą Beat Generation, w latach 50. był już tęgim alkoholikiem. Nie gardził też modną w środowiskach jazzowo-beatnikowskich heroiną, którą ładował jako skuteczny środek na kaca. Spektrum ,,sztucznych rajów” znacznie poszerzy mu się podczas wieloletniej podróży do Azji. W Tajlandii zaliczy trwającą równo pół roku opiumową jazdę, dochodząc do 72 nabić dziennie, a stare, dobre alko na przemian z psychodelikami i tanią herą, dopełnią całości. Po powrocie Rooks odbył dwie sesje odwykowe w Europie, osobno zwalczając nałóg heroinowy i alkoholizm. Odniósł zwycięstwo. Wtedy też postanowił utrwalić bagaż doświadczeń na taśmie filmowej, co umożliwił mu kilkumilionowy spadek po zmarłym ojcu. Dla wykreowania tak osobistego uniwersum przeżyć, tradycyjna narracja filmowa nie wchodziła w grę. Należało wypracować oryginalny język obrazów, lunarno-magiczny, skojarzeniowy i intuicyjny. Pomocna okazała się  technika cut-up, której Rooks nauczył się od Williama Burroughsa i Byrona Gysina, polegająca na łączeniu losowo wybranych komunikatów w arbitralne ciągi wypowiedzi, ujawniające  nowe sensy dla rozbitej w ten sposób informacyjnej realności. Chappaqua to pozornie chaotyczny zapis odlotu, kuracji i walki z nałogiem przenikających się jednocześnie (jak w Nagim Lunchu Burroughsa), ujęty w formie podróży bohatera, granego przez samego Rooksa. To dzieło na przemian przytłaczające i zapierające dech wizualnie. O to drugie zadbał operator Robert Frank, wybitny fotograf i dokumentalista, autor osławionego Cocksucker Blues (1972). Częste multi-ekspozycje kadru odzwierciedlają ciągłą interferencję symbolicznych obrazów, generowanych z podświadomości przez naoliwione kwasowym hajem neuroprzekaźniki. Sam drag jest także pełnoprawnym bohaterem tripu. Śnieżnobiały napis LSD ułożony z kostek kwasu rozdeptywany jest przez Tuli Kupferberga (lidera undergroundowego bandu The Fugs), a nasz bohater zasysa cenne okruchy z podłogi, jak odkurzacz. Obsada to sama artystyczna śmietanka epoki. Burroughs pojawia się w roli Opium Jonesa, makiawelicznej personifikacji nie poddającego się tak łatwo nałogu, z którym bohater zmaga się w klinice doktora Benoit  (Jean Louis Barrault). Do tego Allen Ginsberg, Moondog i twórca wspaniale eklektycznego soundtracku, Ravi Shankar (alternatywną, free jazową ścieżkę nagrał też Ornette Coleman, odtwórca roli amatora peyotlu). Kręcąc Chappaquę Rooks był już od pewnego czasu czysty, co stanowiło dlań pewien problem związany z kreatywnością. Aby przywołać pokonane i wyparte stany świadomości, poddał się hipnozie, która spowodowała u niego regresję tripowych doznań. Ale tylko w ich pozytywnym aspekcie, słowem: wrócił mu haj, tyle że bez groźby ponownego uzależnienia.


1967 – Death Trip / LSD Flesh of Devil (reż. Gianfranco Parolini / Massimo Mida) – Wongo

Dyskontujące sukces filmów z Jamesem Bondem spionaggio to jedna z najbardziej dziś zapomnianych i niedocenionych odmian włoskiego kina gatunkowego. Rozkwit owych produkcji przypadł na lata 1965-67, więc stosunkowo jeszcze „niewinny” okres w dziejach makaroniarskiej pulpy. Niemniej twórcy tych szpiegowskich obrazów – z ich psychodeliczną oprawą, buzującą energią Swinging Sixties oraz akcją przeskakującą do modnych dyskotek i na hedonistyczne cocktail party – musieli kiedyś sięgnąć po zdobywające wówczas coraz większą popularność LSD. W 1967 roku powstały dwa tytuły z fabułą skoncentrowaną wokół dietyloamidu kwasu lizergowego. Death Trip to kolejna odsłona realizowanego przez Gianfranco Paroliniego przebojowego cyklu Kommissar X. Akcja tej części rozgrywa się w Istambule, gdzie tajna organizacja zwana Green Hounds przechwytuje potężny – wart bity milion dolarów – ładunek LSD, pierwotnie przeznaczony do niejasnych wojskowych zastosowań (sic!). Późniejszy twórca ikon spag-westu – Sartany i Sabaty – potwierdza tutaj klasę naczelnego speca od italo-spy, a wcielający się w główną rolę Tony Kendall doskonale bawi się swoją pełną luzu i szarmanckiego uroku kreacją. Natomiast LSD pełni funkcję klasycznego MacGuffina – sporo się o nim mówi, poszukują go bohaterowie, ale nie widzimy zbyt wiele efektów spożywania. Kendall zostaje poczęstowany szklaneczką whisky z kwasową wkładką, co utrudni mu pojedynek z bandą zbirów, pewna bohaterka otrzymuje śmiertelną dawkę, no i jeszcze poznajemy osobliwy sposób szmuglowania towaru przez granicę (w żołądkach wielbłądów!). I właściwie tyle… Dużo śmielej w tej kwestii poczynił sobie niejaki Massimo Mida – enigmatyczny reżyser, którego nazwisko niewiele powie nawet otrzaskanym znawcom włoszczyzny. Jego LSD Flesh of Devil to już pełnoprawny i zupełnie unikatowy mariaż spionaggio z drugsploitem. Wypełnione halucynacjami sceny odlotów stanowią tutaj istotny element i co warte odnotowania – zostały każdorazowo ujęte w odmienny sposób. Tak więc w pewnej, komediowej z założenia sekwencji gwiazda filmu, Guy Madison, wzbija się na wyżyny szarży mimicznej, radośnie tripując wespół z blond-towarzyszką po beztroskim wydryndoleniu całej flaszki doprawionego kwasem alkoholu. Z kolei reakcje poddanych poligonowemu testowi marines obserwujemy na chłodno – przedstawione w formie opatrzonego pozakadrową narracją dokumentalnego zapisu; tym samym dzieło Midy zostaje wzbogacone o drobne elementy konwencji found footage. Poszczególni członkowie wojskowego oddziału prezentują zróżnicowane spektrum indywidualnych reakcji na działanie psychodeliku – od euforycznego tańca św. Wita, przez żarliwe modły na klęczkach, po dygotanie na glebie w nieprzyjemnych konwulsjach. Jest wreszcie dowalona do pieca i zgoła fantasmagoryczna scena bad tripu, będącego w istocie formą przemyślnego morderstwa. Sponiewierana psychicznie dziewczyna, osaczona przez koszmarne halucynacje i całkiem realnych oprawców, decyduje się na ostatni odlot – wprost przez otwarte okno. Ten fragment można pokazywać na szkolnych zajęciach pod hasłem „zażywasz – przegrywasz”. I to z niezłym profilaktycznym skutkiem!


1968 – Alice in Acidland (reż. John Donne) – Oskar Dziki

Niezależnie od tego, czy powieść Lewisa Carrolla oparta była na jednym z narkotykowych lotów, wpływ Alicji w Krainie Czarów był niezaprzeczalny dla kontrkultury lat 60. Od kwaśnej adaptacji telewizyjnej Jonathana Millera z 1966, przez teksty Johna Lennona na obrazach Salvadora Dali kończąc, Alicja została odkryta na nowo i stała się swoistą ikoną popkultury przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Nakręcona w 1968 roku przez Donna Greera (znanego również pod pseudonimem John Donne) Alice in Acidland to nic innego jak popularna wówczas eksploatacja motywu seksu, okraszona moralizatorskim komentarzem lektora. Alicja wpada tutaj do króliczej nory pełnej imprez na basenie, bezpruderyjnego seksu (homo, hetero i grupowego) i testując kolejne, podawane jej pod nos narkotyki. Wcielająca się w tytułową postać Sheri Jackson wyrusza w osobistą wycieczkę na drugą stronę lustra, lekceważąc wszystkie znaki na ziemi i niebie, nawet samobójstwo popełnione przez jej wyzwolonego przyjaciela. Chociaż jakikolwiek sukces filmu jest kwestią dyskusyjną, Greerowi udało się uchwycić eksploatacyjny zeitgeist. Alice łączy w sobie niskobudżetowe produkcje o hipisach, narkotyczne odloty w stylu Podróży (1967) Cormana oraz edukacyjny charakter takich produkcji, jak Pokolenie halucynacji (1966). Wszystko to jednak podane jest w ponurym, czarno-białym sosie, w którym przez większość czasu duszą się kobiece piersi. Element halucynogenny wieńczy trwający nieco ponad 50 minut seans, tuż przed tym, jak Greer zamieni główną bohaterkę w „psychodeliczne warzywo”. Czy warto? Dla siedmiu minut wątpliwej jakości narkotycznego tripu – niekoniecznie.


1968 – Curious Alice (reż. Dave Dixon) – Karolina Graczyk

W założeniu ten dwunastominutowy rządowy spot miał przestrzegać dzieci w wieku 8-10 lat przed okropieństwami zażywania narkotyków. Jako edukacyjny straszak przez chwilę gościł w amerykańskich szkołach czasów Ery Wodnika, a lekcjom towarzyszyła kolorowanka i krzyżówka, sprawdzająca nowo nabytą wiedzę uczniów. Wkrótce National Coordinating Council on Drug Education zbanowało film, uznawszy, że zawarty w nim przekaz może dezorientować. Zanim to się jednak stało, psychodeliczna krótkometrażówka zdążyła zapisać się w pamięci wielu nieletnich. Prosta fabuła w efektowny sposób wydobywa bowiem z powieści Lewisa Carrolla jej narkotyczny potencjał. Tytułowa ciekawska Alicja po pogoni za Białym Królikiem zagląda do szafek z alkoholem, papierosami i proszkami na receptę. Dochodzi do wniosku, że to wszystko… lekarstwa. Uznaje też – bardzo w duchu współczesnej polityki narkotykowej – że w gruncie rzeczy nie istnieje twarde rozróżnienie między substancją psychoaktywną przepisaną przez lekarza, a tą kupioną w monopolowym. Po tej rozkosznej konkluzji bohaterka (nie wahając się zbyt długo) gulnie sobie pomniejszające pićko i bez oporów wkroczy w kolorowy świat ćpania. Tam Pan Gąsienica ma umysł zaczadzony zielskiem, Heroinowy Król terroryzuje karcianych poddanych, nafecony Marcowy Zając szyje butem, Suseł zmula na barbituranach, a Szalony Kapelusznik odpływa w kwasową kminę. W narwanej animacji pstrokate rysunki mieszają się z fotografiami twarzy młodej aktorki. Na tła składają się gęste wzory – piękny misz-masz, od którego trudno oderwać wzrok. Film radośnie tapla się w wizualiach, a morał wypada przez komin.


1968 – Jigsaw (reż. James Goldstone) – Caligula

Ot, sytuacja: budzisz się w pokoju hotelowym, nie wiesz jak się w nim znalazłeś, ba – nie pamiętasz kompletnie nic, nawet tego jak się nazywasz! Wchodzisz do łazienki, a tam w wannie martwa niewiasta. Grubo! Wprawdzie dla niektórych, np. dla Charlie’go Sheena, takie sytuacje to dzień powszedni, jednak pan Jonathan Fields (Bradford Dillman) całkiem słusznie wpada w popłoch. Szczęśliwie udaje mu się zachować zimną krew i swe pierwsze kroki kieruje do prywatnego detektywa. Arthur Belding (Harry Guardino) do rewelacji swego klienta podchodzi początkowo z dystansem, wygrywa jednak ciekawość i… brak lepszych (czyt. jakichkolwiek) zleceń. Trop prowadzi do ośrodka badawczego, w którym zatrudniony jest Fields… Remake Mirażu (1965) Edwarda Dmytryka z Gregorym Peckiem w roli głównej (oba filmy są ekranizacją tej samej książki). Zasadnicza różnica jest taka, że o ile film z Peckiem był „po Bożemu” poprowadzonym dreszczowcem, o tyle Jigsaw śmiało już daje nura w odmęty psychodelicznej drugiej połowy lat 60. Przyczyną amnezji bohatera jest końska dawka LSD, co daje okazję do zaprezentowania szeregu „tripowych” flashbacków. Znajdzie się też miejsce na wizytę w barze będącym siedliskiem kontrkulturowych „odszczepieńców” (komentarz naszego poczciwego detektywa: „za 20 lat te dzieciaki będą rządzić tym krajem…”), scenę „terapii szokowej” na kwasie (czym się strułeś, tym się lecz!) oraz wcale efektowny finał na dachu wieżowca. Film Goldstone’a pierwotnie planowany był jako produkcja na mały ekran, jednak szefostwo stacji NBC po zapoznaniu się z zawartością zrezygnowało z emisji, dzięki czemu obraz trafił do kin rozpowszechniany przez Universal Pictures. Słusznie zresztą, bo w towarzystwie takich serii jak Bonanza (1959–73) czy The Bill Cosby Show (1969-1971) tylko by się marnował. Kameralna łamigłówka z grooviastym feelingiem oraz delikatnym, acz wyczuwalnym ćpuńskim posmakiem, która zdecydowanie zasługuje na odkurzenie dla ciekawskich potomnych.


1968 – Psych-Out (reż. Richard Rush) – Marta Płaza

Film Richarda Rusha od pierwszych minut tonie w zachwytach nad wizerunkiem wolnościowego San Francisco. „Tu kupisz zioło”, „wyprzedaż sprośności” – nęcące reklamy biją po oczach rozochoconą bohaterkę, w którą wciela się Susan Strasberg. W tle kapela The Strawberry Alarm Clock przygrywa o zachwytach psychodelicznych doświadczeń. Kobieta wielkimi oczami chłonie klimat jedynego takiego miasta na ziemi. Wygodnie rozsiadamy się, czekając co przyniesie spacer po ulicach, na których wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Niesłysząca Jenny trafia do San Francisco by odnaleźć brata. Na miejscu szybko zostaje wchłonięta przez hipisowską komunę, w której prym wiedzie grupa samozwańczych artystów (w jednej z ról młody Jack Nicholson), marzących o rozwalaniu instrumentów na koncertach. Poszukiwania brata dziewczyny stają się z czasem początkiem drogi w głąb metropolii, która najmocniej żyje na obskurnych obrzeżach. Psych-Out to wyrazisty produkt swoich czasów. Neony, fluorescencyjne farby do ciała. Feeria migocących świecidełek, zwiewnych koszul, pękatych kwiecistych sukienek. Głos sentymentalnej wolności, otwartej miłości, zachwyt nad psychodelicznymi podróżami. Rush umiejętnie podkreśla fakturę i brzmienie swojej opowieści. Miękkie światło, brzęk i blask koralików, gitarowe brzmienie dobrze oddają narkotyczny stan. Luźne materiały okrywają ciała niczym druga skóra. Uśmiechy się wydłużają i zastygają w czasie, kochankowie wibrują sensualnym rytmem. Czasami tripowanie bywa koszmarem, tak jak w jednej z najlepszych scen filmu, podlanej horrorowym klimatem, ale finalnie to podróż w głąb siebie jest tym co liczy się najbardziej. W końcu wszystko jest niebezpieczne, nawet przechodzenie przez ulicę – tak jak mówi jeden z bohaterów. „Pogrzeb” stanie się celebracją życia, imprezą ku czci zmarłego; zamiast płaczu żałobników rozlegnie się dźwięk perkusji.  Z dzisiejszej perspektywy film Rusha to głównie pielęgnacja ulotnego hipi-mitu, chociaż twórca nie szczędzi mu też gorzkich uwag, makabrycznych wizji, szczególnie w okrutnym finale. Koniec niewinności jest coraz bliżej. Charlie Manson właśnie wyszedł z więzienia, przymierzając się do założenia Rodziny. Rzeczywistość to zabójcze miejsce.


1968 – The Acid Eaters (reż. Byron Mabe) – Caligula

Byle do piątku – życiowe motto każdego korposzczura. Nie inaczej jest w przypadku bohaterów filmu Byrona Mabe. Bo gdy tylko przychodzi weekend, zrzucają służbowe uniformy, wskakują na swe motocykle i jadą w poszukiwaniu… wielkiej piramidy! To tytułowi „kwasożercy”, dla których każdy weekend to napędzana psychodelią orgietka. Wyuzdane tańce i niezobowiązujący seks w towarzystwie ich guru – Lucyfera. Wszystko po to, by oderwać się od szarej rzeczywistości, pokazać język światu pełnemu „kołtunów”… Brzmi jak nie lada przestroga – wszak to najprostsza droga do zatracenia! Osoby uczulone na moralizatorstwo pragnę jednak uspokoić: tego filmu na zajęciach w szkole Wam nie pokażą. The Acid Eaters to przypadek zgoła groteskowy, bo w zasadzie do czynienia mamy z późnym przykładem tzw. nudie-cutie, naprędce nakręconą taniochą, gdzie golizna stanowi główną siłę napędową. „Wiatr przemian” wiał już jednak na tyle silnie, że twórcy postanowili zbić kapitał wpasowując się w obowiązujące mody i dodać do przysłowiowych „gołych dup” pierwiastek kontrkulturowy. Postaci wprawdzie z hipisami wiele wspólnego nie mają, lubią za to narkotyki i „szatańskie” rytmy. Zachowują się głośno i nieodpowiedzialnie, a gdy przegrzeją im się neurony, to wizje mają iście piekielne. Naiwne i niedorzeczne to niczym wczesne filmy Herschella Gordona Lewisa, ale zarazem bardziej nieprzewidywalne i odjechane. Fabuła w zasadzie nie istnieje, ciąg przyczynowo-skutkowy również, to przede wszystkim zlepek scen mających – w zgoła nieporadny sposób – ilustrować efekty zażywania hostii pokolenia dzieci-kwiatów. Bez niepotrzebnego nadęcia i dydaktyzmu: ot, roztańczone, kolorowe cycki w klasycznie sixtisowej oprawie i z garścią głupot w zanadrzu. W skrócie – prawdziwa Szósta Rzesza! Na trzeźwo i w nieodpowiednim towarzystwie seans w każdym razie nie jest wskazany, bo może zakończyć się niepotrzebnymi nieporozumieniami. Ale hej, jak to mawiają: kto nie pije mleka, ten trąba!

C.D.N.

1 Trackback / Pingback

  1. Drugsploitation, mon amour Vol. 2 – Kinomisja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.