Dom, który zbudował Jack (2018). Chawira von Triera

Lars von Trier lubi namieszać. Nie mówcie mi, że nie! Raz był to manifest Dogmy 95 (który notabene błyskawicznie porzucił)  ze „spastykującymi” Idiotami (1998), kiedy indziej ponoszące wysokie ofiary, zadręczane na śmierć kobiety z Przełamując fale (1996) i Tańcząc w ciemnościach (2000). Burzę wywołał Antychryst (2009), który sam reżyser określił mianem „pornograficznego horroru”. Kiedy zaistniała obawa, że Melancholia (2011) nie wywoła podobnych kontrowersji, Duńczyk palnął pamiętny tekst o Hitlerze, za który dostał bana w Cannes, a w wywiadach z detalami opisywał swoją wieloletnią depresję. Potem była jeszcze Nimfomanka (2013), w której znów „pojechał po bandzie”, dając nam artystycznego pornosa z międzynarodową obsadą uznanych aktorów. W sytuacji, gdy ktoś taki obwieszcza, że zamierza wziąć się za obraz o seryjnym mordercy, możemy jedynie przeczuwać, że będzie ostro.

Czemu na samym wstępie wymieniam co głośniejsze dokonania jednego z największych skandalistów światowego kina? Tak się bowiem składa, że Dom, który zbudował Jack ma być swoistym podsumowaniem dotychczasowego dorobku von Triera. Dostajemy więc znajomą mieszankę natchnionej, zahaczającej miejscami o bełkot, paplaniny o roli sztuki w naszym życiu i artysty w świecie, z elementami obliczonymi na wywołanie szoku i oburzenia. Żeby zaś nie było wątpliwości co do tego, że reżyser wysoce utożsamia się z głównym bohaterem (przynajmniej pod pewnymi względami), serwuje nam zestaw autocytatów i odniesień. Tak, Dom zamierzony został jako opus magnum szalonego geniusza, który nie troszczy się o uczucia widza, tylko pluje mu raz po raz w twarz, powtarzając „Jestem wielkim artystą! Ssijcie pałę!”.

Tytułowy Jack (Matt Dillon) jest architektem. Jego dom powstaje latami, w bólach i mękach, niczym wielkie dzieło sztuki. Oprócz tego, Jack jest też socjopatą: nie odczuwa empatii, a zarazem doskonale potrafi udawać emocje, dzięki czemu bez trudu wtapia się w otoczenie. Kiedy odkrywa, że za popełnione zbrodnie nie czeka go żadna kara, zaczyna sobie coraz bardziej folgować. W pięciu retrospekcjach poznajemy starannie wyselekcjonowane „wyjątki” z żywota sadysty i mizantropa. Skompilowane one zostały na zasadzie „This is What You Want, This is What You Get”. Mianowicie: pomyślcie o jakimś tabu, a von Trier je złamie. W erze polowania na czarownice, jakim jest akcja „MeToo”, reżyser bez cienia zażenowania pastwi się nad przedstawicielkami płci pięknej, wszystkie je przedstawiając jako skończone kretynki, które same zapracowały sobie na swój los. Polowanie na dzieci? A co tam, tutaj nie ma miejsca na patyczkowanie się: segment „familijny” obfituje w makabryczne szczegóły i psychiczny terror, które tak zbulwersowały festiwalową widownię podczas premiery w Cannes. Kobiety są duszone, mają roztrzaskiwane czaszki, ucinane piersi, dzieci padają zaś trupem od strzałów ze snajperki, a następnie robią za kukiełki w teatrzyku. Mówiąc krótko: znów „jazda po bandzie”.

Duńczyk nie byłby jednak sobą, gdyby tej ferii okropieństw nie opatrzył tonami osobistych przemyśleń, w których popisuje się własną elokwencją i wiedzą z rozmaitych dziedzin. Tempo narracji jest więc niespieszne, niektórzy powiedzieliby wręcz: „usypiające”. Co ciekawe, większość osób z którymi rozmawiałem po seansie, określiła film jako „nudny”. Nie obrzydliwy, przykry, zwyrodniały, zdegenerowany czy po prostu ciężki, ale właśnie nudny. Czyżby więc von Trier za bardzo się zapętlił i położył zbyt wielką wiarę w swoją nieomylność odnośnie tego, czym uda mu się odbiorcy „przypierdolić”? A może to my, widzowie, mieliśmy się w tej historii przejrzeć jak w zwierciadle i przekonać jak bardzo uodporniliśmy się na ekranową przemoc? Paradoksalnie, największe wrażenie na większości robi scena, w której małoletni bohater ucina kaczuszce nogę – w tym momencie dosłownie słychać było, jak cała sala zamiera z przerażenia. Są więc jeszcze jakieś granice, których przekraczania nie pochwalamy. A może jednak to po prostu typowy przejaw hipokryzji sytego społeczeństwa?

Przyznam osobiście, że odczucia co do Jacka mam zgoła mieszane. W kwestii „nudy”, muszę przyklasnąć, że reżyser spokojnie mógł sobie darować tak rozbudowany epilog, który zmierza w stronę grubo rżniętego kawału. Wplecenie do narracji postaci jednego z najważniejszych poetów w dziejach to również cios poniżej pasa (o kim mowa, nie zdradzę, bo najwyraźniej ujawnienie tej „zagadki” ma być dla widza zaskoczeniem), ot, taki sztubacki popis „finezji”. Doceniam jednak szereg elementów składowych opowieści. Przede wszystkim, von Trier nie byłby sobą, gdyby nie okrasił akcji dużą ilością czarnego humoru. W wielu momentach mocno przegiętego, ale często też autentycznie zabawnego. Zwłaszcza dwa pierwsze zabójstwa upływają w „sympatycznej” atmosferze. Cholernie cieszy mnie również fakt, że twórca Dogville (2003) odkopał z czeluści zapomnienia personę Dillona, który – co zaznaczyć trzeba – w pełni wykorzystał nadarzającą się okazję i stworzył błyskotliwą figurę. Lekko przeszarżowaną, ale pełną energii i dowcipu. Poza tym, nie ukrywam, że zawsze podobała mi się przekora gościa, który – teraz powracając z banicji na salony na Lazurowym Wybrzeżu – nie omieszkał ukradkiem i tak pokazać „fucka”, trochę poszerzając temat swojej fascynacji osiągnięciami III Rzeszy.

Warto wszak zadać sobie pytanie: cóż jest tak wyjątkowego w Domu, który zbudował Jack, że winniśmy jego autorowi naszą uwagę? Po bliższym przyjrzeniu: niewiele. Odniosłem wrażenie, że von Trier w większym stopniu, niż kiedykolwiek wcześniej, kopiuje sam siebie. Przecież rzeczona pozycja to nic innego, jak powtórka z osławionej Nimfomanki, z tą różnicą, że na stanowisku centralnej postaci, nienasyconą Joe zastąpił pozbawiony sumienia Jack. Duńczyk już dawno temu uwierzył w to, że jest mistrzem i teraz rozpływa się nad swoją erudycją, pławi w zachwycie nad artystą, którego sam „zbudował”. Niesfornym bufonem, enfant terrible europejskiej kinematografii, cierpiącym w niezrozumieniu, przysłowiowym „bucem”. Trochę go rozumiem, niemniej nie oznacza to, że przyklasnę mu za każdym razem, gdy „dołoży do pieca”. Bo jednak mimo wszystko, seans jednego z najbardziej oczekiwanych filmów sezonu okazuje się sporym rozczarowaniem.

Caligula von Kömuda

Raczej kinofil, niż kinoman. Nie pamięta kiedy zaczęła się jego przygoda z kinem, bo najwyraźniej nastąpiło to nim zyskał świadomość. Jest za to wystarczająco stary, by pamiętać czasy, gdy w osiedlowej wypożyczalni kaset video taśmy w kartonowych opakowaniach były opisywane ręcznie. Wierzy, że CGI to narzędzie szatana, stworzone po to, by zniszczyć magię X muzy.

1 Komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.