Dirty Weekend (1993). Piękna i bestie

„Facet to świnia!”, śpiewali przed laty czołowi kabareciarze polskiej sceny muzycznej. Podobnego zdania musi być z pewnością Bella (Lia Williams), która po rozstaniu ze swoim partnerem wprowadza się do skromnej sutereny. Szybko okazuje się, że dobór lokum nie był zbyt fortunny, bo w sąsiedztwie mieszka napalony podglądacz, który na swą kolejną ofiarę obrał sobie właśnie Bellę. Facet dręczy kobietę obleśnymi telefonami, grozi jej i upokarza na wszelkie możliwe sposoby. Poszkodowana zgłasza rzecz jasna sprawę na policję, ale ta podchodzi do kwestii z opieszałością, a w dodatku przydzielony do zadania gliniarz sam składa Belli niedwuznaczne propozycje. Pozbawiona nadziei na sprawiedliwość dziewczyna postanawia wymierzyć ją sama. Zakrada się nocą do mieszkania swego dręczyciela i ukatrupia go we śnie. To jednak dopiero początek zemsty Belli – uzbrojona w pistolet wyrusza na poszukiwania samców, których ciężko określić mianem „dżentelmenów”…

W trakcie trwającej cztery dekady kariery, Michael Winner wyreżyserował 34 pełnometrażowe filmy, jednak w pamięci kinomanów na trwałe zapisał się za sprawą jednego konkretnego tytułu – Życzenie śmierci (1974) to dziś żelazny klasyk kina zemsty i zarazem obraz, który wywindował Charlesa Bronsona do rangi jednej z największych gwiazd celuloidowej akcji. Dirty weekend można zaś potraktować jako żeńską wersję tamtej historii – w obu przypadkach mamy do czynienia z motywem samotnego mściciela, który w obliczu bezradności stróżów prawa bierze sprawy we własne ręce. Winner powraca więc niejako na dawne śmieci, ale o ile krytycy i widzowie względnie byli w stanie przymknąć oko na moralną ambiwalencję poczynań Paula Kerseya – film wprawdzie wywołał pewne kontrowersje, ale okazał się też ogromnym hitem – tak tym razem po premierze dominowały zgorszenie i niesmak. Eksploatowanie kwestii molestowania seksualnego w ramach niewyszukanej rozrywki wywołało sprzeciw większości recenzentów i zostało odebrane jako cyniczny skok na kasę.

Z pewnością w odbiorze nie pomógł fakt, iż Winner miejscami snuje swoją opowieść w sposób nader dosadny. Przemiana bohaterki następuje podczas wizyty u irańskiego jasnowidza, który wpierw obraża dziewczynę i jasno stwierdza, że „kobiety to dziwki, bo pozwalają się tak traktować”, po czym wręcza jej w ręce oręż (dosłownie!) i zachęca do wkroczenia na ścieżkę zemsty. Teraz już „wyzwolona”, Bella nie ma oporów by naprawdę udawać przedstawicielkę najstarszego zawodu świata i pozyskiwać kolejne ofiary. Pierwszy klient – grubas ze sflaczałym penisem – kończy z głową w plastikowej torbie, wpierw jednak zmuszeni jesteśmy oglądać nieporadne wygibasy tłuściocha w hotelowym pokoju. W innej ze scen, dentysta który najpierw chwali się zdjęciem swojej nastoletniej córki, w chwilę potem pomstuje na zepsucie płci pięknej, po czym zmusza bohaterkę do seksu oralnego. Lada moment ów hipokryta wyląduje pod kołami samochodu… W wersji kinowej udało się przemycić co drastyczniejsze fragmenty w stanie nienaruszonym, jednak na rynku video film dostał od BBFC bana. Wypuszczony na kasetach VHS został dopiero w dwa lata po wejściu na ekrany i to w wersji ocenzurowanej.

Bulwersująca dla wielu zawartość pogrzebała Dirty weekend, który nie tylko nie odniósł sukcesu, ale po latach jest już obrazem praktycznie całkowicie zapomnianym. I to czyni go właśnie tym bardziej interesującym, bo wcale nie mamy tutaj do czynienia z niestrawną chałą (jak chciałaby to widzieć większość recenzentów), ale całkiem udanym przedstawicielem brytolskiego sleazu. Fabuła wciąga praktycznie od pierwszych minut, a atrakcji dla miłośników niepoprawnego filmowego śmiecia jest tu całkiem sporo (zwłaszcza w wersji uncut). Wcielająca się w główną bohaterkę Williams nie posiada może naturalnej charyzmy na miarę Bronsona, niemniej dobrze sprawdza się jako komiksowo przerysowany anioł zemsty na wysokich obcasach. Z kolei melancholijny pejzaż nadmorskiego Brighton stanowi nieoczekiwany kontrapunkt dla dokonywanych na ekranie aktów przemocy.

Oczywiście, ciężko w tym przypadku uniknąć pewnych porównań i bez bicia przyznam: Winner nie ma ani artystycznego zacięcia i warsztatu Abla Ferrary (piję rzecz jasna do Kalibru 45 [1981]), ani nie jest tak bezkompromisowy jak Meir Zarchi i jego Pluję na twój grób (1978). To sprawny rzemieślnik, który nie bawi się w stylizacje i nie odczuwa potrzeby, by wpleść w swoje dzieło jakiś głębszy komentarz. W wywiedzionym z kart powieści Helen Zahavi świecie podział jest jednoznacznie czarno-biały: mężczyźni to ohydne knury, które przywykły do tego, że mają prawo brać od słabszych kobiet co im się podoba i kiedy im się podoba. W efekcie Bella jest niczym główny bohater ocierającego się o absurd Malowanego ptaka (1965) Jerzego Kosińskiego, który na każdym kroku natykał się na bestialstwo i wszelkie możliwe dewiacje – z tą różnicą, że heroiny z Dirty weekend nie zadowala bierny udział w festiwalu degrengolady. Nie zapominajmy jednak jednocześnie, że znajdujemy się w obszarze eksploatacyjnego szlamu, gdzie niuanse są rzadko spotykane i gdzie najwyższą wartość mają dwa podstawowe składniki: seks oraz przemoc.

Winner korzysta z tej mieszanki bez oznak zażenowania, dostarczając solidny dreszczowiec w klimatach rape and revenge. Zarzucić mu można sporo: nieco archaiczny styl (narracja z offu), koślawe miejscami dialogi, drobne niedociągnięcia realizacyjne. Można też przyklasnąć malkontentom i stwierdzić, że tematyka zasługuje na poważniejszy ton. Nie w tym miejscu jednak: mi obskurny charakter tego weekendu przypadł do gustu i przyznam szczerze, że chętnie zobaczyłbym sequel (zakończenie historii jest otwarte), w którym Bella spuszcza łomot szowinistycznym świniom z Londynu.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.