Czarnoksiężnik: Armageddon (1993). Psychodeliczny skok na kasę

Pierwszy Czarnoksiężnik (1989), choć okazał się komercyjnym sukcesem, nie miał łatwej przeprawy do kin. Bankructwo łożącego nań New World Pictures spowodowało, że nie mógł być dystrybuowany w roku swojej produkcji. Światło dzienne ujrzał dopiero dwa lata później, kiedy wykupieniem praw do niego zainteresowało się Trimark Pictures. Jest to o tyle istotne, że odpowiada na pytanie, dlaczego sequel powstały następne dwa lata później nie ma z oryginałem praktycznie nic wspólnego.

Ponieważ film Steve’a Minera był tak naprawdę zamkniętą całością, decydenci z Trimark postanowili zrobić sequel „po włosku”, czyli tylko z tytułu. Czarnoksiężnik: Armageddon przedstawia tytułowego złoczyńcę jako samego syna Szatana, który raz na kilkaset lat w momencie zaćmienia Księżyca przybywa na Ziemię, by uwolnić swojego ojca z Piekła. Przeszkodzić mu może tylko garstka druidów, która z pomocą kamieni runicznych uniemożliwia Czarownikowi ponowne narodziny.

Niestety już w otwierającej scenie rzeczona sekta zostaje niemal w całości wyrżnięta, a kamienie skradzione. Gdy akcja przenosi się do współczesności, poznajemy kolejne pokolenie druidów pod przewodnictwem Willa Travisa (Steve Kahan) żyjących w bliżej nieokreślonym małym miasteczku, gdzie uchodzą za dziwaków. Ich spokój zostaje przerwany, gdyż nadchodzi pora na kolejne zaćmienie Księżyca, a co za tym idzie – ponowne narodziny Czarownika. Will będzie musiał wprowadzić swojego syna Kenny’ego (Chris Young) do świata magii i uczynić z niego druida-wojownika. Zadanie będzie trudne, ponieważ ma na nie tylko tydzień – sześć dni po zaćmieniu Księżyca nadchodzi zaćmienie Słońca, czyli moment, w którym Czarownik będzie mógł otworzyć przejście dla swojego ojca.

Reżyserem drugiego Czarnoksiężnika mianowany został Anthony Hickox, twórca kontrowersyjnego Hellraisera III: Hell on Earth (1992) i jeżeli ktoś jest zaznajomiony z ty filmem, doskonale będzie wiedział, czego spodziewać się tutaj. Pod względem tonu i klimatu z oryginału Minera nie ostało się kompletnie nic. Całość idzie już w stronę horroru, w dodatku ociekającego brutalnością i groteską. Sama scena narodzin Czarownika jest nad wyraz obleśna, w dodatku doprawiono ją czarnym humorem – Czarownik pyta się kobiety, która go urodziła, czy nie chce ucałować „swojego maleństwa”. Muzyka także uległa całkowitej zmianie. Mark McKenzie skomponował bombastyczny, wykorzystujący chóry soundtrack, co prawdopodobnie miało nawiązywać do Omenu (1976) Richarda Donnera, wszak oba filmy opowiadają o synu Szatana. No i podobnie jak w Hellraiserze III, estetyka filmu opiera się zbliżeniach i częstym stosowaniu obiektywów szerokokątnych.

Armageddon cierpi na brak sympatycznego, wyrazistego protagonisty pokroju Redferne’a z części pierwszej. Kenny i jego ukochana Samantha (Paula Marshall) są w gruncie rzeczy typowymi nastolatkami, których największymi rozterkami są plany na studia i wyjazd z miasta. Podstarzali druidzi, choć sympatyczni, również nie posiadają w sobie niczego, czym mogliby zapisać się w pamięci widza, a gdy przychodzi co do czego, są zwyczajnie bezużyteczni. Nie posiadają oni tak naprawdę żadnych magicznych umiejętności większych niż sporadyczna telekineza i zdolność uzdrawiania, co wydaje się być dość słabo pomyślane biorąc pod uwagę, że mają oni za zadanie powstrzymać samego syna Szatana.

Wszyscy oni zostają bez problemu przyćmieni przez powracającego w roli Czarownika Juliana Sandsa, który czyni z filmu swój prywatny teatr. Jego postać przeszła przez o wiele większe zmiany niż te ukazujące jego backstory. Stał się on o wiele bardziej odczłowieczony i zimny, a także popisuje się szeregiem nowych zaklęć – albo więzi prowadzącego cyrk jegomościa w innym wymiarze po drugiej stronie lustra, albo zamienia nieznanego biznesmena w figurę w stylu Picassa. Oprócz tego zdarza się mu rozprawiać z niektórymi postaciami bez użycia magii. Na przykład zabierze ze sobą prostytutkę, a kiedy ta zbyt długo gada o swoich włosach, postanawia… zerwać jej skalp z głowy.

Przyjrzawszy się dokładniej fabule trudno jest nie odnieść wrażenia, że ta ze wszystkich sił stara się uczynić z Czarownika „fajnego”, bad-ass antagonistę. Całość jest skonstruowana tak, że z jednej strony obserwujemy, jak ten podróżuje po Ameryce i rozprawia się na różne wymyślne sposoby z posiadaczami kamieni runicznych (pod tym względem Armageddon kojarzy mi się ze slasherami), a z drugiej śledzimy przygotowania druidów do wielkiej bitwy o losy świata. Poza tym, Czarownik jest tak naprawdę jedyną wyrazistą postacią w całym filmie, a podczas finału przez większość czasu bez problemu wycierają podłogę pozytywnymi bohaterami. Dodatkowo zaczął sypać one-linerami, co jest olbrzymim odejściem od jego wizerunku z „jedynki”. Recenzując oryginalnego Czarnoksiężnika zwracałem wszak uwagę na to, że tam tytułowego bohatera interesującym czyniła właśnie jego ludzkość i brak potrzeby puentowania każdej swojej sceny „fajnym tekstem”. Nie będę jednak kłamać, Sands dzięki swojej magnetycznej prezencji potrafi sprzedać widzowi wszystko. Jego postać stała się jeszcze bardziej demoniczna i bezwzględna, a jemu odgrywanie jej sprawiało ewidentnie jeszcze więcej frajdy.

Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – Czarnoksiężnik: Armageddon to nie jest dobry film. Pod względem scenografii i efektów specjalnych zostawia, co prawda, w tyle swojego poprzednika, jednak scenariusz jest topornie skonstruowany. Widać, że studio chciało, by film zarobił jak najwięcej, toteż protagoniści są w wieku policealnym, pojawia się szereg niepotrzebnych scen, żeby podkręcić poziom brutalności, a złoczyńca każdą swoją scenę puentuje one-linerem. Jednakże, oferowana przez Hickoxa parada obrzydliwości wciąż może usatysfakcjonować niejednego fana horroru, zarówno pomysłowością, ja i wykonaniem. Poza tym, nie oszukujmy się – Amageddon zdaje się istnieć tylko po to, by Julian Sands raz jeszcze błysnął w swojej kultowej roli i choćby dlatego (albo może tylko dlatego) warto po niego sięgnąć. Jeśli pokochaliście pierwszego Czarnoksiężnika, to „dwójka” jest idealnym materiałem na bonusowe guilty pleasure.

1 Komentarz

  1. Naprawdę dobrze napisane. Wielu osobom wydaje się, że posiadają rzetelną wiedzę na ten temat, ale niestety tak nie jest. Stąd też moje ogromne zaskoczenie. Jestem pod wrażeniem. Zdecydowanie będę polecał to miejsce i częściej wpadał aby poczytać nowe rzeczy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.