Cop Car (2015). Dzień myśliwego

Share

Gdzieś w alternatywnej rzeczywistości bracia Coen nie są tymi słynnymi filmowcami, których kinomaniacy kochają za Bartona Finka (1991) czy innego Big Lebowskiego (1998). W zasadzie to w tejże paralelnej rzeczywistości dopiero rozpoczęli swoje kariery. Ich debiut – ewentualnie drugi na koncie obraz… – nosi zaś tytuł To nie jest kraj dla małych dzieci. Jeśli jesteście fanami ich twórczości, to niewątpliwie bardzo byście chcieli taki film zobaczyć. Bez obaw, aby to uskutecznić nie trzeba wcale budować żadnej maszyny do podróżowania po alternatywnych światach, bowiem taki film istnieje i u nas. Tyle że nakręcił go początkujący reżyser/scenarzysta Jon Watts, a jego tytuł to Cop Car.

Wbrew powyższemu, Watts bynajmniej nie próbuje zostać „trzecim Coenem”. Zdaje się, że w jego serduchu tkwią po prostu te same rzeczy, co u nich. Tak jak oni, prezentuje widowni prostą i zarazem nieprzewidywalną mieszankę ironicznej czarnej komedii i cokolwiek smutnej historii kryminalnej, gdzie niemal każdy żart może nagle obrócić się w akt przemocy, gdzie główne postaci są jednocześnie zabawne i w jakimś stopniu tragiczne, gdzie większość akcji rozgrywa się w opustoszałej, prawie-westernowej scenerii z miejsca przynoszącej na myśl obrazy znane ze Śmiertelnie proste (1984) czy – przede wszystkim – To nie jest kraj dla starych ludzi (2007). Najważniejsze jest jednak to, że Watts, tak jak sławni braciszkowie często robią, opowiada historię, która jest właściwie jedną wielką parafrazą starego klasyka. W tym wypadku rozchodzi się o jedyny obraz w reżyserskim dorobku Charlesa Laughtona, zniszczone niegdyś przez krytykę filmową arcydzieło southern gothic znane jako Noc myśliwego (1955).

Tak jak w tymże kultowym dziś tytule, tak i w Cop Car przyglądamy się przygodom dwójki dzieciaków, które uciekły z domu i są ścigane przez bardzo niebezpiecznego dorosłego. Jednakże w Nocy myśliwego, utworze zakorzenionym w staroświeckiej bajce, dzieci ukazane zostały jako jednostki całkowicie niewinne. Tu natomiast otrzymujemy wersję prawdziwie nowoczesną, z chłopcami, którzy bywają odpowiednio niegrzeczni. Gwoli ścisłości, cały ambaras rozpoczyna się w momencie, gdy natykają się na „opuszczony” radiowóz policyjny i niewiele myśląc postanawiają go zwędzić, aby odjechać gdzieś przed siebie. Rzecz jasna, wkrótce pojawia się policjant chcący go odzyskać. A dokładniej – Bardzo Zły Szeryf jawiący się jako całkiem bliski krewny wiecznie ućpanego Złego porucznika (1992). No, tyle że ten tu jest jeszcze gorszy, skoro przecież wzorowany jest na psychopatycznym kaznodziei z majstersztyku Laughtona. Tak, tak, już od początku ma krew na rękach (swój samochód zostawił na odludziu, aby zająć się zakopaniem zwłok), a nasi złodziejscy bohaterowie mają naprawdę przejebane. Zwłaszcza, że w bagażniku radiowozu znajduje się pewna niespodzianka, jakże inna od tej ukrytej w laleczce z Nocy myśliwego.

Wszystko to może brzmieć jakby rozchodziło się o film pełen akcji, podczas gdy jest w zasadzie na odwrót. Fabuła jest tak prosta, że niemal przezroczysta, przez całość przewija się ledwie kilka postaci, a i tempo opowiadania do najszybszych nie należy. Co nie znaczy, że filmowi brakuje napięcia i fajerwerków. Po pierwsze, jest tu całkiem sporo suspensu, głównie dlatego, że postaci żyją w nieustannym zagrożeniu, zaś my nigdy nie wiemy, jak blisko siebie się właściwie znajdują (a przecież rozchodzi się o grę w kotka i myszkę). Żeby nie zdradzać zbyt wiele, w jednej z najlepszych scen dzieciaki bawią się bronią palną znalezioną na tylnych siedzeniach radiowozu. Nie, nie wiedzą jak się nią należy posługiwać. Tak, odgłosy wystrzałów są tylko kwestią czasu. Wreszcie wściekły policjant – znakomicie zagrany przez Kevina Bacona, który na tę okazję zapuścił nawet całkiem ejtisowego wąsa – nie może dopuścić, aby ktokolwiek natknął się na dzieciaki przed nim, bo to wiązałoby się z odkryciem wielu niezbyt legalnych działalności, z którymi jest powiązany.

Po drugie, jest tu zaskakująco sporo niewiadomych (w tym hitchcockowskich MacGuffinów). Nie wiemy dlaczego chłopięcy bohaterowie uciekli z domu. W zasadzie to w ogóle nic o nich nie wiemy i bynajmniej nie zmienia się to pod koniec filmu. Podobnie jest z Szeryfem. Dlaczego morduje? Dlaczego ćpa? Kiedy zachowuje się naturalnie, a kiedy tylko udaje? Wreszcie, dlaczego zawartość bagażnika radiowozu jest jaka jest? Odpowiedzi nie ma. Ktoś mógłby powiedzieć, że to scenariopisarskie niedopracowanie, że fabuła jest niedokończona, ledwie naszkicowana. Ja powiem, że dzięki temu film Wattsa jest bardziej enigmatyczny i zarazem bardziej precyzyjny. Z jednej strony pożywka dla wyobraźni, z drugiej efektywność. A dodajmy jeszcze pomysłową zabawę gatunkowymi archetypami – dziecięcy bohaterowie sprawiają wrażenie wyrwanych z jakiegoś reprezentanta Kina Nowej Przygody. Ale tutaj, w świecie crime stories, reguły gry są zupełnie inne.

Po trzecie, film cechuje się pięknie sentymentalną czy wręcz nostalgiczną atmosferą i parokrotnie prezentuje się jako zbiór wspomnień z dzieciństwa. Dla przykładu w jednej ze scen dzieci uczą się jazdy samochodem, co owocuje zygzakowaniem po ulicy, jak gdyby prowadziły kompletnie pijane. Szczerze, podczas oglądania tej sceny szybko przypomniało mi się, jak wraz z kuzynem, kiedy mieliśmy po jakieś osiem lat, zrobiliśmy coś bardzo podobnego. Tyle że z traktorem naszego dziadka. Ten zostawił go gdzieś w polu, aby pójść się napoić, my więc wskoczyliśmy do środka i co rusz to odpalaliśmy go, to ze strachu – że np. zderzymy się z jakimś drzewem – gasiliśmy. A że trochę nie wracał, to zdążyliśmy zepsuć akumulator. Oj, był dziadek na nas zły, a babcia tym razem nie zamierzała nas bronić. Ale dlaczego tu o tym piszę? Bo tak właśnie działa, lub może działać, seans Cop Car. Oto film, który sugestywnie ukazuje koniec dzieciństwa jednocześnie przenosząc widza w świat własnych wspomnień. I to również jest coenowskie, choć może bardziej w stylu Charlesa Laughtona, zważywszy na to, jak brutalnie bywa tu traktowany mit „ostatnich dziecięcych wakacji”. Słońce jeszcze pięknie świeci, gdzieś w oddali słychać gromki śmiech, jednak tym, co kapie na nasze buty jest nie woda, lecz opuszczająca podziurawione zwłoki krew.

Marcin Zembrzuski

Czyta filmy, ogląda muzykę, słucha komiksy, je książki. Fan autorskiego kina gatunku oraz różnorakiej pulpy, od filmu noir przez spaghetti western po horror klasy wszelakiej.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.