Breaking Point (1975). „Brunetki, blondynki, ja wszystkie was dziewczynki…”

Bo Arne Vibenius nie może pochwalić się zbyt obszerną filmografią. Nakręcił zaledwie trzy pełnometrażowe fabuły, z czego jedna przyniosła mu wieczną chwałę w środowisku miłośników kina eksploatacji. Mowa oczywiście o niesławnym, zakazanym w ojczyźnie reżysera, Thriller: A Cruel Picture (1973). Przepełniona okrucieństwem opowieść o zemście uzależnionej od heroiny jednookiej prostytutki to kawał celuloidowego dynamitu, który do dziś porządnie wytrząsa widzem. Zaledwie dwa lata po premierze tego obrazu Vibenius postanowił zaszokować raz jeszcze, tworząc perwersyjne Breaking Point.

Bohaterem historii jest Bob (Andreas Bellis), sfrustrowany urzędniczyna pod krawatem, który snuje przepełnione wyuzdanym seksem fantazje na temat napotkanych na swej drodze atrakcyjnych kobiet. Jak się okazuje, mężczyzna nie tylko marzy: po godzinach Bob zamienia się w psychopatę, który gwałci i morduje swe bezbronne ofiary…

Na pierwszy rzut oka Breaking Point (aka Pornografisk Thriller) to wysoce mizoginistyczny kawał grindhouse’owego ścierwa. Obskurny, powolny w narracji, wzbudzający u widza uczucie dyskomfortu. Podobnie jak to miało miejsce w przypadku A Cruel Picture, reżyser sięga po środki wyrazu rodem z „kina dla dorosłych”. Scen jawnie pornograficznych jest tu znacznie więcej niż w poprzednim dziele Szweda, ale też mają one tym razem lepsze uzasadnienie od strony dramaturgii. Za namową twórcy wchodzimy bowiem do hermetycznego świata seryjnego zabójcy. Zabójcy, który – należy to podkreślić – szczerze gardzi płcią żeńską. Czemu zresztą trudno się dziwić, bo to typ zakompleksionego, safandułowatego służbisty w okularach i z postępującą łysiną. Facet z pewnością nie jest ulubieńcem kobiet, gorzej że swą nienawiść wyładowuje w tak ekstremalnej formie.

Okładka francuskiego VHS-a

Pod pewnymi względami film Vibeniusa ma więc sporo wspólnego z kontrowersyjnymi roughies, czyli filmami sexploitation, które powstawały w tym okresie w Stanach. Nie jest wprawdzie tak zepsuty i ordynarny jak choćby Forced Entry (1973) czy Water Power (1977), dwa przepełnione brudem i zdegenerowaniem klasyki nurtu, niemniej posiada podobny feeling. Ci, którzy oczekują prawdziwie „ostrej jazdy” poczują się jednak w trakcie seansu zawiedzeni. Szwed wykorzystuje prosty schemat z szaleńcem myślącym za pomocą ptaka nie po to, aby bezrefleksyjnie epatować scenami znęcania się nad niewiastami, ale by właśnie do pewnej refleksji widza doprowadzić. Wstawki XXX w gruncie rzeczy są tu zrealizowane „po Bożemu”, bez uciekania się do gorszących perwersji, a najważniejszy wydaje się stan psychiki naszego (anty)bohatera.

Portretowany jako samotnik, Bob po pracy bawi się w domu zabawkową kolejką (czemu nieodmiennie towarzyszy stłumiony, słyszany gdzieś w tle płacz dziecka), jeździ po mieście i okolicach samochodem w poszukiwaniu „atrakcji” i zatapia się w erotycznych majakach. Wystylizowane sekwencje senne, w których biurokrata jest traktowany po królewsku przez hojnie obdarzone przez naturę dziewczęta, przeplatają się z tym, co postrzegamy jako rzeczywistość. Co rusz pojawiają się jednak sygnały, że wizja świata, którą obserwujemy, wykreowana została w umyśle chorego bohatera. W jednej z początkowych scen, świeżo po pierwszym zabójstwie, Bob ogląda w swym biurze telewizyjny wywiad z psychologiem, który utyskuje na śmierć ofiary, jednocześnie zaznaczając, że większość kobiet i tak podświadomie pragnie być zgwałcona. W związku z tym, rada „specjalisty” brzmi: nie opierać się, dać zboczeńcowi zrobić, co ma do zrobienia, a wówczas ocalicie swoje życia. I – w domyśle – zaznacie odrobiny rozkoszy. Podobne absurdy powracają w trakcie opowieści wielokrotnie, zawsze serwowane z powagą godną Bustera Keatona.

Może więc jest w tym szaleństwie metoda? I nie chodzi mi jedynie o specyfikę skandynawskiego poczucia humoru. Reżyser wypunktowuje nonsensy obecne we współczesnych społeczeństwach Zachodu, wypaczenia i – wcale nie tak niegroźne – cywilizacyjne odchyły psychiczne. Wprawdzie im dalej w las, tym bardziej utwierdzamy się w przekonaniu, że wszystkie brutalne mordy były jedynie wytworem umysłu bohatera, ale do końca nie mamy pewności, czy przypadkiem nie byłby w stanie wcielić ich w życie. Na pewno chciałby. To chodząca bomba zegarowa, starszy, mniej atrakcyjny i gorzej ubrany kuzyn obłąkanego Patricka Batemana z American Psycho (1991) Breta Eastona Ellisa. Jeden z wielu mijanych co dzień na ulicy everymanów, którzy pod kopułami mają „brudne myśli”, a w zaciszu pustych sypialni „trzepią konia” przy brutalnych pornosach gonzo.

Z wierzchu ponura metafora i rozpacz czająca się w wielkomiejskim szambie, ale pod spodem sporo frajdy. Bo przecież Vibenius stworzył czarną komedię z prawdziwego zdarzenia, z masą niedorzecznych pomysłów, takich jak choćby kompletnie zwariowana scena akcji, wyjęta jakby z zupełnie innego filmu. Traktowany stuprocentowo serio, Breaking Point będzie uchodził za dziwactwo, do tego zrealizowane w nazbyt archaicznym stylu. Gdy podejść doń z przymrużeniem oka, odkrywa niespodziewanie szeroką paletę oryginalnych, może nawet egzotycznych, smaków. Szkoda, że nigdy nie dowiemy się, w jakim kierunku mógłby wyewoluować talent reżysera w jego kolejnych twórczych poszukiwaniach. Bo to, że facet miał nietuzinkowe spojrzenie na kino, nie podlega wątpliwości.

Caligula von Kömuda

Raczej kinofil, niż kinoman. Nie pamięta kiedy zaczęła się jego przygoda z kinem, bo najwyraźniej nastąpiło to nim zyskał świadomość. Jest za to wystarczająco stary, by pamiętać czasy, gdy w osiedlowej wypożyczalni kaset video taśmy w kartonowych opakowaniach były opisywane ręcznie. Wierzy, że CGI to narzędzie szatana, stworzone po to, by zniszczyć magię X muzy.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.