Behind the Green Door. Na drugą stronę tęczy

Share

Na wstępie przyznam niechlubnie, że pisząc wcześniejsze teksty o Głębokim gardle i serii Emmanuelle, pozostawałem na te filmy zupełnie obojętny. Nie zrozumcie mnie źle, doceniam ich społeczny wydźwięk, nieoceniony wpływ na mainstream i pewien osobliwy – co jak co – urok, wynikający głównie ze specyfiki i estetyki tamtych lat. Mimo to zupełnie obeszły mnie jako pełnoprawne, nazwijmy to, dzieła filmowe. Tym razem jest jednak zupełnie inaczej. Nakręcony w 1972 roku Behind the Green Door to coś więcej niż pospolity film dla dorosłych. Ba! To wyrodny Czarnoksiężnik z Oz przemielony przez wszelkie pokłady perwersji kubrickowskich Oczu szeroko zamkniętych. A i to nie wszystko. Ambitny porno-art? Być może.

Ale po kolei. 4 lipca 1969 roku Jim i Artie Mitchell’owie otwierają w San Francisco przy ulicy O’Farrell Street kino dla dorosłych (później również strip-tease club, prężnie działający do dzisiaj pod nazwą „Mitchell Brothers O’Farrell Theatre”). W czasie, gdy na dole trwają pokazy, na piętrze bracia kręcą swoje własne pornosy z udziałem znajomych i łasych na niewielką gażę amatorów. Początkowo skromny interes zaczyna się całkiem nieźle rozkręcać, lecz prawdziwie duże (i jak głosi legenda – chwilowe) pieniądze mają dopiero nadejść. Bracia wpadają bowiem na pomysł ekranizacji anonimowego opowiadania p.t., Behind the Green Door. Do głównej roli angażują debiutującą już wcześniej u Herberta Rossa („Puchacz i Kotka”, 1970, u boku Barbary Streisand) i Wesa Cravena („Together”, 1971) Marilyn Briggs, która na potrzeby produkcji przybiera – genialny według mnie – pseudonim „Chambers”.

Aktorka początkowo ma opory przed przyjęciem roli, która mogłaby „pogrzebać jej główno-nurtową karierę”, jednak po krótkiej namowie (pieniężnej; bracia obiecali jej podobno – prócz tradycyjnej gaży – 10% z ogólnych zysków, co później okaże się nieco przesadzone) decyduje, że warto jednak dać szansę „tak fantastycznej historii”. Mimo wszystko, do końca tego nie wiadomo. Jedna wersja głosi, jakoby Mitchellowie, zafascynowani urodą klasycznej „girl next door”, sami zabiegali o Chambers, druga natomiast, że dziewczyna – po przeprowadzce do San Francisco i podjęciu kilku dorywczych robótek w miejscowych topless barach – stawiła się na castingu, odpowiadając na ogłoszenie z San Francisco Chronicle. Jak było faktycznie, trudno mi jednoznacznie stwierdzić. Mniejsza jednak o to. W porównaniu bowiem do legendarnego Głębokiego gardła, siła filmu Mitchell’ów nie leży jedynie w społecznym impakcie. Wiadomo, nastroje czasów zrobiły swoje, jestem jednak przekonany, że Behind… nie straciłoby na swojej wartości tak czy inaczej.

Psycho-pantomima jako alegoryczny wstęp do głównego przedstawienia.

Akcja rozgrywa się w przeciągu jednej nocy. Gloria (Chambers, która nie wypowiada ani jednej kwestii!) zostaje uprowadzona i wywieziona przez nieznanych napastników do okazałej, bogolskiej, tajemniczej posiadłości. Tam, poddana hipnozie, bierze udział w seksualnej orgii, odbywającej się za tytułowymi, symbolicznymi drzwiami.

Zaliczany dziś do klasyki tzw. „Złotej Ery Porno” debiut braci Mitchell robi wrażenie samoświadomością i skoncentrowaniem nie tyle na prostej opowieści, ile na samym medium. Mówiąc jeszcze inaczej – nie widzę Behind… jako filmu o seksie, ale raczej o seksualności kina (a jak mawiał ś. p. Andrzej Żuławski, kino musi być seksualne, żeby w ogóle nim być). Już pierwszy, w całości wypełniony zieloną planszą kadr, daje jasno do zrozumienia z jakimi drzwiami mamy do czynienia. Odnieść można to do najsłynniejszej auto-opowieści w historii kina w ogóle – Czarnoksiężnika z Oz. Prócz drzwi prowadzących do komnaty „Wielkiego Iluzjonisty” z chęcią uczepiłbym się już samych kolorów: czerwonego samochodu sunącego po złotych pasach, czerwonej czapki, czy słynnej, „tęczowej”, sześciominutowej sceny ejakulacji w zwolnionym tempie. Sama orgia, zajmująca znaczną większość filmu, stylizowana jest na quasi-cyrkowy rytuał, do którego powoli, coraz śmielej dołączają obecni na sali widzowie. Wbrew pozorom, wszystkie te elementy wskakują w końcu na swoje miejsce.

Ile w tym jednak sensu, a ile mojej własnej fanaberii – nie mam pojęcia. Faktem jest jednak, że film zyskał uznanie wśród ówczesnej krytyki, która zachwalała wyraźne ambicje i artystowski sznyt. Behind the Green Door było też pierwszym, obok Głębokiego gardła, pornosem wprowadzonym w końcu do szerokiej, ogólnokrajowej dystrybucji (i pierwszym z międzyrasowym stosunkiem). Oczywiście, tak jak przy filmie Damiano, tak i tu pojawiły się prawno-społeczne przeszkody, głównie nakręcające polityczną maszynkę. Pomimo tego, wyprodukowany za $60 tysięcy zarobił w Stanach – jeśli wierzyć krętym liczbom – ponad $50 milionów (włączając dystrybucję video), co stanowi jeden z absolutnych rekordów dekady.

Scena ejakulacji w slow-motion. Somewhere over the rainbow.

Nie można oczywiście zapomnieć o samej Marilyn Chambers, choć historia jej życia zasługuje na osobny artykuł. Osławiona filmem aktorka zarobiła, mimo wszystko, całkiem sporo (biorąc pod uwagę, jak w tamtym czasie ograbili Lovelace). Jej gaża wyniosła podobno $25 tyś., natomiast tantiemy – koniec końców jednoprocentowe – przez pewien czas przynosiły nawet do $2, 500 miesięcznie. U Mitchellów pojawiła się jeszcze w Resurrection of Eve (1973), oraz archiwalnie w dokumentalnym Inside Marilyn Chambers (1976), po czym na jakiś czas przeniosła sie do upragnionego mainstreamu, grając nawet główną rolę we Wściekłości (1977) Davida Cronenberga. Oszałamiającej kariery nie zrobiła, jednak pozostała aktywna zawodowo do końca życia, grając w mniej lub bardziej erotycznych produkcjach (m.in. wspólnie z Ronem Jeremym). Co ciekawe, po latach bardzo dobrze wspominała swoją przygodę na planie Mitchell’ów. W wywiadzie dla GQ Magazine z 1987 roku powiedziała: „Każda sekwencja była dla mnie niespodzianką. Nikt nie mówił mi, co będzie dalej. Po prostu dałam się ponieść i to zadziałało. Zawsze byłam strasznym napaleńcem. O mój Boże, kocham to! ” 12 kwietnia 2009 roku Chambers została znaleziona martwa w swoim domu w Kalifornii. Jak wykazała autopsja, przyczyną śmierci był krwotok mózgowy spowodowany pęknięciem tętniaka.

Losy braci Mitchell to całkiem osobna – i niezwykle ciekawa – historia, której omawiany film stanowi zaledwie niewielką część. David McCumber poświęcił im całą książkę pt. „X-Rated”, którą przyzwoicie zekranizował później Emilio Esteves (Tylko dla dorosłych, 2000). Polecam, warto zobaczyć, choćby ze względu na ciekawy, nieoczywisty wątek śmierci Artiego, jak i typowe dla tamtego środowiska zatargi mafijne. Po latach bracia próbowali wrócić do swojego najgłośniejszego dzieła, kręcąc koszmarne pod względem artystycznym i finansowym Behind the Green Door: The Sequel (1986), z Missy Maners w roli głównej atrakcji. Film miał być przestrogą przed nagłośnioną wtedy epidemią AIDS, a sceny seksu „zaopatrzone” zostały w prezerwatywy i wszelkie inne środki zapobiegawcze.

No i chyba tyle. Podsumowując: Behind the Green Door to nie tylko rzetelnie nakręcony pornos – to po prostu dobre kino. Ambitne, ale bez pretensji; odważne, ale nie prostackie. Powiem więcej – film Mitchell’ów to jedyny adult, o którym lubię ludziom opowiadać, bo naprawdę jest o czym. Swego czasu znalazł się nawet na liście najważniejszych filmów wszech czasów, był inspiracją dla muzyków, a nawet – jak głoszą ploty – stanowił jakąś podporę dla Kubricka podczas kręcenia Oczu szeroko zamkniętych, ale tego już, niestety,  nie wiem. Wiem natomiast, że jeśli filmowa pornografia chciała kiedykolwiek powiedzieć coś o samej sobie, to zrobiła to właśnie wtedy, za tymi niepozornymi, zielonymi drzwiami.

Bartek Słoma

Pasjonat jazzu, dobrego piwa i klasycznej literatury. Miłośnik zarówno kina artystycznego, jak i gatunków. Prawie bloger na kino/obsesja. Prawie kulturoznawca.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.