Beatrice Cenci (1969). Fulci a Żuławski

Share

Nie wiem czym inspirował się Andrzej Żuławski podczas pisania scenariusza Diabła (1972), lecz w trakcie seansu Beatrice Cenci – jedynego dramatu historycznego w dorobku Lucio Fulciego i być może jedynego jego dzieła, które trafiło na ekrany peerelowskich kin – trudno mi było oprzeć się wrażeniu, że polski reżyser nie tylko ten film widział, ale i był jednym z tych widzów, którzy po zakończeniu projekcji nie mogli przestać bić brawo. (No, jeśli tylko przyjmiemy, że ktokolwiek mógłby bić brawo po obejrzeniu czegoś tak ciężkiego i nieprzyjemnego. Już łatwiej sobie wyobrazić, że nikt nie mógł wstać z fotela.) Innymi słowy nawet, jeśli Żuławski na temat Fulciego milczy, ja bym obstawiał, że choćby podświadomie z jego obrazu czerpał.

Beatrice Cenci to adaptacja pierwszej ze sztuk Antonina Artauda, które wpisywały się w stworzony przezeń teatr okrucieństwa. Fulci był wielkim entuzjastą tego francuskiego surrealisty i już od czasu znakomitego spaghetti westernu Czas masakry (Tempo di massacro 1966), czyli swojego pierwszego „autorskiego” dokonania, konsekwentnie przenosił na grunt kina wybrane wyznaczniki rzeczonego rodzaju teatru, jak odrzucenie realizmu, eksperymenty narracyjne oraz szokowanie absurdem i makabrą. A wszystko to celem intensyfikacji przeżyć widza i dotarcia do jego podświadomości (co swoje apogeum znalazło w słynnym Hotelu siedmiu bram […E tu vivrai nel terrore! L’aldila 1981]).

Beatrice Cenci przedstawia autentyczną historię tytułowej, żyjącej w XVI wieku, młodej arystokratki, która w następstwie bardzo radykalnego buntu wobec swojego psychopatycznego ojca trafiła do kościelnej komnaty tortur, aby już po śmierci stać się symbolem buntu przeciwko tyranii władzy. Nie wiem jak to wyglądało w tekście Artauda, jak również w dramacie Percy’ego Shelleya, na którym to Francuz swoje dzieło oparł, ale u Fulciego otrzymujemy jedną wielką wykładnię nihilizmu. Opowieść sprawiającą wrażenie powstałej z najczystszej nienawiści, tak do arystokracji (czy późniejszej burżuazji), jak i do kościoła, bynajmniej nie tylko tego sprzed pięciu stuleci.

Jakkolwiek nie uświadczymy tu żadnego nadrealizmu, samą konstrukcję scenariusza – u swoich podstaw mającą liczne, nagłe i zawsze dezorientujące przeskoki czasowe – nazwałbym nie tyle nielinearną, co surrealistyczną. Ściśle kontrolowany chaos wzmacnia mrok i uwypukla szaleństwo, a dzięki temu rzecz ostatecznie przypomina koszmar senny. Koszmar śniony nie przez postaci, gdyż te przebudzić się mogą dopiero wraz z utratą swoich żyć, lecz przez reżysera. Koszmar śniony przez niego dla widzów, aby ci mieli sobie uświadomić coś, co on i Artaud nazywali prawdą o naturze człowieczej.

Mimo że Beatrice Cenci to stuprocentowy dramat historyczny – powstały na prawie 10 lat zanim Fulci zaczął kręcić kino grozy, za sprawą którego doczekał się miana „mistrza makabry” – prezentuje się dużo straszniej od wielu horrorów. Nie ma tu jakoś szczególnie dużo przemocy, jednak jej kolejne akty, choć niemalże wyzbyte widoków krwi, przedstawione są okropnie sugestywnie i – co ważniejsze – ich celem jest ukazanie rozpadu ciała. To zaś prowadzi nas wprost do kina gore. Zresztą tak naprawdę cały świat przedstawiony ulega tu na naszych oczach rozpadowi. Umiera człowiek, umiera wiara w niego, umiera cały kraj. Umiera Bóg, jedzony żywcem przez te wszystkie robaki, które wcześniej stworzył – zdaje się przemawiać z ekranu Fulci, któremu do optymistów nigdy nie było po drodze. Zaraz, ale co z tym Żuławskim? Otóż jeśli przymkniemy oko na układankową konstrukcję (bo Żuławski surrealistyczne przejaskrawienie osiągał innymi metodami), to wszystkie z najważniejszych wyróżników Beatrice Cenci – od odziania historycznej fabuły w kostium opowieści grozy i nadania jej charakteru politycznej alegorii, przez stworzenie „gore bez flaków”, po antyklerykalizm, nihilizm i wszechobecną ambiwalencję moralną – znajdziemy wszakże w Diable. No, polski artysta poszedł o krok (albo i kilka kroków) dalej i w tym kontekście dzieło Włocha jawi się jako ledwie wstęp do prawdziwego szaleństwa. Czasem jednak same wstępy są najlepsze i tak też jest w tym wypadku.

beatrice cenci

Marcin Zembrzuski

Czyta filmy, ogląda muzykę, słucha komiksy, je książki. Fan autorskiego kina gatunku oraz różnorakiej pulpy, od filmu noir przez spaghetti western po horror klasy wszelakiej.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.