Arcydzieła grindhouse’u: Rituals (1977)

Fragment okładki do krążka Blu-ray wydanego przez Scorpion Releasing

Kiedy w 1970 roku James Dickey, na kartach swojej powieści Wybawienie, wpuścił w nieprzebyte ostępy Appalachów czterech mieszczuchów z amerykańskiej klasy średniej, oblicze leśnej kniei na całym świecie nabrało nowego, śmiertelnego charakteru. Oliwy do ognia podgrzewającego stereotyp mieszkańców prowincji dolał dwa lata później John Boorman adaptując historię Dickeya na arcydzieło podgatunku znanego jako hixploitation. Jego Uwolnienie idealnie przeniosło znane z literackiego pierwowzoru napięcie i wolę przetrwania pomiędzy uzbrojonych w cywilizacyjne dobra miastowych a żyjących wciąż wedle brutalnych praw natury, nieokrzesanych rednecków.

Kino grozy przeszło swoistą reformę. Okazało się, że by skutecznie straszyć, nie trzeba wcale wracać do archaicznego wizerunku nieśmiertelnego krwiopijcy czy nieustannie łaknących ludzkiego mięsa zombie. Choć wcześniej filmowcy również wykorzystywali człowieka jako źródło wszelkiego zła, tak dopiero obraz na wpół zdziczałego autochtona zamieszkującego amerykańskie bezdroża rozgrzał wyobraźnie na dobre. Hixploitation na stałe zagościło na ekranach kin samochodowych i grindhouse’owych (później obrastając też kultem na kasetach VHS) z całym swoim dobrodziejstwem najczęściej obskurnego inwentarza. Obrazy takie jak Whiskey Mountain (1977) czy Invasion of the Blood Farmers (1972) słusznie obrosły mchem zapomnienia, za to film Petera Cartera nigdy nie zyskał należnego mu rozgłosu.

Rituals co prawda czerpie pełnymi garściami z obrazu Boormana – niektóre sceny i punkty fabularne przenoszone są wręcz bezpośrednio – jednak kanadyjski reżyser stworzył film wyjątkowy. Nie zapowiada tego pomysł wyjściowy. Teoretycznie to kolejna historia o próbie sprawdzenia swej męskości na łonie natury, w tym wypadku malowniczych lasów północnej puszczy Ontario, która przeistoczy się w walkę na śmierć i życie z czającym się w gęstwinie zagrożeniem. O ile jednak w Uwolnieniu widz wiedział dokładnie, jaką formę ów zagrożenie przyjęło, a napięcie z biegiem czasu oscylować zaczynało wokół starań uniknięcia kary, o tyle Rituals konsekwentnie trzyma się w ramach mrocznego i sugestywnego horroru.

Aż do mrożącego krew w żyłach finału, będącego swoistym ukłonem w stronę gotyckiego kina grozy, niedane nam będzie poznać polującego na piątkę lekarzy monstrum w ludzkiej skórze. Od czasu do czasu przemknie on gdzieś w gąszczu za ich plecami, raz zobaczymy jego rozmyte odbicie w wodzie, lecz przez większość czasu jest on jedynie obserwatorem. Eterycznym cieniem stojącym gdzieś na horyzoncie. Jego sposób działania nie wymaga bowiem bezpośredniej ingerencji z siekierą w dłoni, woli on wpierw osłabić grupę, zaburzyć jej strukturę i podżegać do drzemiących wewnątrz niej konfliktów. Skradzione nocą buty zmuszą lekarzy do przemierzania dziczy w owleczonych wokół stóp szmatach, zrzucony ul pełen pszczół rozpocznie paniczną ucieczkę, a rozstawione w rzecznej przeprawie sidła sprawią, że jeden z członków wyprawy resztę czasu spędzi na prowizorycznych noszach.

Bohaterowie z biegiem czasu łamią się, a morale ich grupy mocno podupadają. Wszystko to podkręca wyśmienita gra aktorska, w której zdecydowanie wybija się nominowany do Oscara za Wszystko za Życie (2007) Hal Holbrook. Grany przez niego Harry to jedyna postać, która stara się trzeźwo odnaleźć w trudnej sytuacji, podczas gdy jego przyjaciel Mitzi (Lawrence Dane) przeżywa gruntowną rezygnację. Wszystko to sprawia, że bohaterowie Rituals są nadzwyczaj ludzcy, boją się, oskarżają się wzajemnie, lecz potrafią też podejmować racjonalne decyzje. Choć napięcie między nimi utrzymuje się podczas całej ich podróży przez zielone piekło, zenit osiągnie, gdy jedyni ocaleli wyjdą w końcu na spopielone pustkowie, gdzie niegdyś szalał ogromny pożar.

Scenografia jest kolejnym elementem, dzięki któremu film Cartera góruje nad podobnymi produkcjami. Puszcza Ontario zwana przez miejscowych Indian „Księżycowym Kotłem” to zarówno kraina wielkich jezior, rwących potoków czy gęstych lasów, jak i suchych pustkowi. Ze wszystkich krajobrazów operator René Verzier – który rok wcześniej odpowiedzialny był za zdjęcia do filmu Mała Dziewczynka, która mieszka na końcu drogi (1976) – potrafi wydobyć ich pierwotne piękno zamykając film we wręcz postapokaliptycznej scenerii. Rituals ma w sobie zaskakująco dużo z kina wojennego. Umorusany błotem Harry z obwiązaną wokół głowy opaską przywołuje bowiem obraz Charliego Sheena z późniejszego Plutonu (1986). Otoczenie staje się wręcz kolejnym bohaterem, naturalnym zagrożeniem, które wydaje się pochłaniać nieproszonych gości. Matka Natura jest tutaj bestią, jednocześnie piękną i niebezpieczną.

Nie bez znaczenia jest także zawód, jaki wykonują nasi bohaterowie. Cały kontekst, gdy już się zawiąże, daje nam historię prywatnej wojny wymierzonej służbie zdrowia przez ofiarę jej niekompetencji. Co prawda, nie jest to konflikt, który wyrównałby szalę pomiędzy protagonistami a antagonistą, jednak wciąż zachwyca niebanalnym podejściem do tematu i urozmaica ten prosty na pierwszy rzut oka fabularny koncept. Lekarska etyka i moralność skonfrontowana zostanie z brutalną walką o przetrwanie, której finałem zależeć będzie od determinacji jednego człowieka.

Przez większość trwającego prawie 100 minut seansu można kwestionować przynależność Rituals do horroru. Jednak kiedy na ekranie pojawią się napisy końcowe, a wszystkie nerwy znajdą w końcu ujście, jasnym stanie się, że obcowaliśmy z prawdziwym arcydziełem kanadyjskiego kina grozy. Dzisiaj film Petera Cartera nosi w pewnych kręgach znamiona kultowego i często pojawia się w dyskusjach jako zapomniane arcydzieło kanadyjskiego kina eksploatacji. Dlaczego nie zyskał należnego sobie miejsca obok innych, głośnych produkcji z lat 70-tych? Rituals nakręcone zostały już w 1976 roku, jednak przez konflikt pomiędzy dziennikarzem Robertem Fulfordem a Davidem Cronenbergiem, recenzenci zaczęli… masowo krytykować kanadyjskie kino gatunkowe. Wydane w 1978 roku dzieło Cartera zostało rozjechane przez prasę, która zarzucała mu schematyczność, plagiaryzm czy banalność.

Rituals padło także ofiarą technicznych niekompetencji, za sprawą których taśma z zapisem kulminacyjnych scen została uszkodzona, co skutkowało tragicznym pogorzeniem się jakości. Sam film nigdy nie był szeroko dystrybuowany, oficjalnie w Europie ukazał się tylko w okrojonej wersji na rynku niemieckim, by później za sprawą poprawianych cyfrowo bootlegów trafić do filmowego undergroundu. Warto dzisiaj sięgnąć po Rituals, gdyż wciąż jest to najlepsze nagromadzenie suspensu, survivalu, piękna kanadyjskiej scenerii i czystej krwi horroru w jednym filmie.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.